Przed czterema laty Antek po raz pierwszy założył narty; dzisiaj, w 11. roku życia, jeździ lepiej niż większość dorosłych – to skutek matczynych inwestycji podczas rozmaitych zimowych ferii, kiedy go pakowała do szkółek dziecięcych, by pod okiem instruktorskim mógł bezpiecznie baraszkować na stoku. Z tych baraszków niepostrzeżenie wyrósł demon szusujący z taką prędkością i techniką, że dogonić go nie sposób. Właśnie jesteśmy w Awlpach Karnickich, bo po sezonie taniej, w Wielkim Tygodniu najpuściej, a z początkiem kwietnia najprzyjemniej, wszak na dole wiosna, a u góry zima, można sobie zmieniać pory roku w ciągu dnia.
W Polsce jeździć na nartach się boję, bo na stokach ciasno, a rodzimi narciarze są jak polscy kierowcy, odczuwają samczy imperatyw dominacji, to żadna przyjemność jeździć z duszą na ramieniu i lękiem, że zaraz ktoś większy i szybszy właduje się we mnie, połamie mi żebra i jeszcze opier… że mu zajechałem drogę.
Im jestem starszy, tym lepiej czuję się w krajach germańskich, gdzie hasło ordnug muss sein, irytujące dla młodych rogatych dusz, przynosi jednak dużą ulgę, kiedy człowiekowi z wiekiem opóźnia się czas reakcji na niespodziewany atak licha. Ten germański porządek, który za młodu wyszydzałem, a nawet kojarzyłem go z odcieniem brunatnym, teraz pojmuję jako wyższy stopień rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i szczerze go zazdroszczę, bo w Polsce naród nad społeczeństwo się wynosi na ołtarze. Nie ma takiej umowy społecznej, która przetrwałaby napór narodu, powiem nawet, że obecne przepołowienie Polski to podział na tych, co to odczuwają dumę z bycia Polakiem, i tych, którzy czują odpowiedzialność za bycie obywatelem Rzeczypospolitej. Germanofobia,






