Wirus lubi pływać

Wirus lubi pływać

W pandemii pijemy więcej alkoholu, choć często nowych rodzajów

O zglobalizowanym świecie milenialsów często mówi się, że jest światem bez tradycji. Niechętni zapuszczaniu korzeni, wszędzie czują się swobodnie, ale nie przynależą na stałe nigdzie – młodzi ludzie nie tworzą własnych zwyczajów i są z natury przeciwni jakiejkolwiek rutynie. Takie zarzuty często padają zwłaszcza ze strony bardziej konserwatywnych starszych obserwatorów życia społecznego. Łatwo jednak podważyć tę tezę. Parafrazując Stanisława Bareję, „świeckie tradycje” w życiu globalnych nomadów wytwarzają się relatywnie szybko. Jedną z nich jest tzw. suchy styczeń, czyli miesięczne powstrzymywanie się od picia alkoholu na początku nowego roku. Ma to zamortyzować negatywne dla zdrowia skutki sylwestrowych imprez. Tylko w Wielkiej Brytanii zaprzestać picia w styczniu 2020 r. chciało aż 3,9 mln osób – wynika z danych Alcohol Change UK, organizacji pozarządowej walczącej o trzeźwość mieszkańców Wysp. Mowa w tej statystyce oczywiście o ludziach, którzy na co dzień alkohol konsumują – niekoniecznie nałogowo ani regularnie, ale nie określają się jako abstynenci.

12 miesięcy później, po niemal roku spędzonym z wirusem, liczba ta wyraźnie wzrosła. Chęć odstawienia alkoholu na cały styczeń zadeklarowało 6,5 mln Brytyjczyków. Oznacza to, że co piąty pijący na co dzień alkohol mieszkaniec tego kraju ma ochotę zrobić sobie miesięczną przerwę od procentów.

Oczywiście przyczyny tego zjawiska mogą być różne, od wzrostu popularności samej idei „suchego stycznia” do rosnącej w zachodnich społeczeństwach świadomości ryzyka uzależnień. Trudno jednak nie wiązać go z innym, znacznie bardziej niepokojącym światowym trendem społecznym. Pandemia koronawirusa i jej konsekwencje: zamknięcie w domach, izolacja od kontaktów społecznych, problemy w związkach i często utrata pracy, sprawiły, że pijemy – tu naukowcy są zgodni – więcej niż kiedykolwiek.

Statystyki jasno mówią, że ci, którzy alkohol konsumowali regularnie przed wybuchem zarazy, w jej trakcie nie tylko swoje przyzwyczajenia utrzymali, ale też najczęściej wznieśli na wyższy poziom, jeśli chodzi o częstotliwość picia. W pandemii do kieliszka zaczęło zaglądać także wiele osób, które wcześniej nie robiły tego w ogóle albo bardzo rzadko. Dane ze wspomnianych już badań Alcohol Change UK pokazują bardziej szczegółowo, jak do tego doszło. Aż trzech na dziesięciu respondentów przyznało się, że w pandemii piło więcej niż zwykle. 26%, pisze brytyjska edycja magazynu „Forbes”, zaczynało pić o wcześniejszych porach, aż 31% zauważyło zaś, że przybyło dni, gdy konsumują alkohol. Nie tylko zatem spożywali go więcej, zmniejszyła się poza tym liczba dni, w których pozostawali zupełnie trzeźwi.

Powody zwiększonej konsumpcji alkoholu w pandemii mogą być wielorakie, jednak rzadko kiedy występowały pojedynczo. Piliśmy więcej najczęściej z kilku nawarstwiających się przyczyn. Prof. Natalie Crawford, wykładowczyni w katedrze zdrowia publicznego na Emory University w Stanach Zjednoczonych, wprost przyznaje, że dla wielu ludzi picie było najprostszym sposobem radzenia sobie z nerwami. „Stres w pandemii stał się dolegliwością chroniczną. W krótkim okresie organizm sobie z nim radzi, ale na dłuższą metę potrzebuje wsparcia. Często tym wsparciem okazywał się alkohol”, mówiła prof. Crawford w wywiadzie dla telewizji NBC. Podkreślała, że wzrost konsumpcji zaczynał się najczęściej bardzo niewinnie. Piliśmy, bo czuliśmy się jak „dzieci na niezapowiedzianych wakacjach”. Nasze życie stanęło w miejscu, mogliśmy parę czy paręnaście dni pobalować w domach bez konsekwencji. Ale uczucie wolności szybko przerodziło się w lęk o przyszłość. Zwolnienia z pracy, zawieszenia pensji, brak kontaktu z bliskimi – wszystko to staraliśmy się neutralizować alkoholem.

Co prawda, badania Międzynarodowej Rady Informacji o Żywności (IFIC) pokazują, że częściej w skali globu piło tylko 22% badanych, a mniej więcej taki sam odsetek zupełnie zrezygnował z alkoholu, lecz nie oznacza to wcale stagnacji w światowej konsumpcji. Ci, którzy teraz nie piją w ogóle, zwykle i tak pili okazjonalnie, a ci, którzy piją częściej, nie tylko pochłaniają więcej alkoholu, ale i przerzucili się na mocniejsze trunki.

Podczas gdy wciąż najlepiej sprzedającymi się alkoholami są piwo i wino, w pandemii radykalnie wzrosła konsumpcja innych, mocnych alkoholi: wódki, ginu, rumu. Jak podaje badająca rynek firma Nielsen, tylko w Polsce w 2020 r. zanotowano aż 28-procentowy wzrost sprzedaży rumu. O 26% wzrosła konsumpcja ginu, a o 21% – tequili. Polacy więc, przynajmniej w pandemii, pili nie tylko mocniej, ale również bardziej światowo, odchodząc od stereotypowo przypisywanych do naszego kraju wódki i piwa (choć wciąż są one u nas najpopularniejsze).

Nie na wszystkich jednak pandemia odbiła się jednakowo, co widać też w danych na temat konsumpcji alkoholu. Szczególnie niebezpiecznie wyglądają statystyki dotyczące kobiet. Według badań przeprowadzonych przez amerykański think tank RAND Corporation wskaźniki kobiecego picia poszły w górę praktycznie w każdym zakresie. I choć badania dotyczyły kobiet w USA, ich wyniki i przyczyny zwiększonej konsumpcji łatwo ekstrapolować na inne kraje. U Amerykanek w minionym roku zaobserwowano, że wypijają więcej alkoholu, i to mocnych trunków, rzadsze stały się dni bez procentów, a co najbardziej alarmujące, przybyło problemów związanych z piciem: dolegliwości zdrowotnych, ale też tych natury psychicznej, np. stanów depresyjnych i lękowych.

Aż 41% mieszkanek USA w pandemicznym roku zwiększyło liczbę dni w tygodniu, kiedy za pomocą alkoholu doprowadzały się do stanu mocnego odurzenia, co według RAND oznacza wypicie przynajmniej czterech drinków w jednym ciągu. Dla 20% kobiet to co najmniej jeden dzień w tygodniu, gdy były „pod wpływem”. Co dziesiąta zauważyła u siebie wzrost negatywnych skutków picia. Podobne prawidłowości zaobserwowano w wielu innych krajach – we Francji, Włoszech, w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii czy Kanadzie.

Najbardziej narażone na częstsze picie w pandemii były kobiety w wieku 30-59 lat. U nich, podkreśla RAND, konsumpcja wzrosła prawie o jedną piątą. Prof. Sharon Wilsnack z University of North Dakota wiąże to zjawisko z obowiązkami wynikającymi z macierzyństwa. W wypowiedzi dla „New York Timesa” podkreśla, że zaraza i przymusowa izolacja nałożyły na matki dodatkowe obowiązki, wynikające z przejścia szkół na naukę zdalną. Wiele badań analizujących podział zadań w gospodarstwach domowych w 2020 r. (w Polsce prowadziło je m.in. Centrum Nauki Kopernik) jednoznacznie pokazuje, że COVID-19 nie przyczynił się do wyrównania podziału obowiązków. Ci rodzice, którzy już wcześniej byli zaangażowani w edukację dzieci, robili to w pandemii po prostu częściej i intensywniej. A wewnątrz rodziny najczęściej, tak jak przed zarazą, były to kobiety. Na nie spadała organizacja dnia w domu, która była jednocześnie organizacją dnia pracy. Na jego koniec często, częściej niż wcześniej, otwierały butelkę alkoholu. Prof. Wilsnack podkreśla, że dla naukowców nie było to zaskoczeniem. „Od dawna wiadomo, że kobiety są bardziej skłonne pić, żeby radzić sobie z izolacją lub problemami w związku”, mówi. Gdy doda się do tego wyzwania związane z nauką zdalną, niepewność jutra i częste separacje od najbliższych, nietrudno zrozumieć, skąd wzrost w alkoholowych statystykach.

Światowa Organizacja Zdrowia już w kwietniu alarmowała, że COVID-19 może spowodować wyższe spożycie alkoholu, zwłaszcza w krajach rozwijających się. Apelowano, by razem z regulacjami dotyczącymi masowej izolacji wprowadzać nową politykę sprzedaży napojów wyskokowych. I owszem, wiele krajów próbowało ograniczać konsumpcję procentów, ustanawiając limity czasowe, zakazując picia na świeżym powietrzu czy sprzedawania alkoholu na wynos przez restauracje i bary. Na niewiele to się zdało, również dlatego, że do ofensywy przystąpili alkoholowi marketingowcy. Na cel wzięli znów przede wszystkim kobiety, reklamując nowe, „specjalnie dla nich stworzone” produkty – np. pozornie lekkie, niskoprocentowe piwa, opakowane w „damskie” barwy i grafiki. Do tego dochodzą wspomniane już alkohole pite głównie w drinkach, takie jak rum i gin, a badania ich spożycia od lat pokazują, że to właśnie mieszane napoje są wśród kobiet najpopularniejsze.

Widać więc, że z covidem często próbowaliśmy sobie poradzić za pomocą alkoholu. Dziś już wiemy, że wirus nie zostanie z nami na zawsze. Równie ważne jest, by odeszły z nim pandemiczne przyzwyczajenia alkoholowe.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. AFP/East News

Wydanie: 5/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy