Wojewody Kempskiego przypadki

Wojewody Kempskiego przypadki

Przypadek wojewody Kempskiego można zbyć starą fraszką Jana Kochanowskiego: “Ziemię pomierzył i głębokie morze / Wie, jako wstają i zachodzą zorze. / Wiatrom rozumie, praktykuje komu / A sam nie widzi, że ma kurwę w domu”.
I pewnie ekipa premiera Buzka przypadek wojewody Kempskiego zbyć by chciała. Ot, zdarzyło się. Człowiek prawy, ale każdy wie, że niewykształcony. Działacz związkowy, który chciał dobrze, ale nie poradził sobie. Nie zauważył, zaaferowany walką z aferami, że w jego urzędzie rozpleniła się korupcja.
Przypadek wojewody Kempskiego można zbyć – tłumacząc wszystko pleniącym się w mózgach działaczy związkowych, tak zwanych “śrubokrętów” – prostym antykomunizmem. Wedle niego, za PRL-u, “za komuny” władza traktowała państwowe jak swoje i brała z tego, ile potrzebowała i chciała. “Solidarność” latami krytykowała komuchów za specsklepy, te “za żółtymi firankami”, za ośrodki wczasowe tylko dla wybranych, wczasy w Bułgarii, talony na luksusowe samochody osobowe marki Łada czy Wartburg combi. Kiedy nowa władza przejmowała rządy, wskoczyć chciała, świadomie lub nie, w kapcie starej. Nowe elity dziwiły się wtedy, że muszą np. opłacać pobyt w sanatoriach, wczasy w Łańsku. Myśleli, że każdy członek KC PZPR brał z państwowego tyle, ile chciał.
Przypadek wojewody Kempskiego ma inne, antykomusze korzenie. Krytycy PRL-u wielokrotnie krzywili się na awans, zajmowanie stanowisk przez ludzi wiernych systemowi, ale niekoniecznie formalnie wykształconych, posiadających kwalifikacje. Na awans działaczy partyjnych na stanowiska państwowe. Marek Kempski jest czystym przypadkiem partyjno-związkowej nomenklatury. Nie miał doświadczenia w pracy samorządowej ani administracyjnej, a wojewodą czołowego regionu został. No i potem zaprezentował się jako nieświadomy naiwniak.
Przypadek wojewody Kempskiego można wytłumaczyć dziwną, wielomiesięczną tolerancją premiera Buzka dla poczynań swego podwładnego. O tym, że na Śląsku źle się dzieje, huczało w parlamentarnych kuluarach. Media, wcześniej niż “Rzeczpospolita”, chociaż nie tak pełnie, sugerowały korupcjogenność wojewody. Premier zachowywał się jak matematyk u Kochanowskiego.
Przypadku wojewody Kempskiego nie da się jednak zbyć prostymi wytłumaczeniami. Ten przez przychylną obozowi rządowemu propagandę urzędnik kreowany był na pierwszego rycerza walczącego z korupcją. Silnego człowieka. Naszego, krajowego, nowojorskiego burmistrza Giulianiego. Kempski z wielkim zadęciem ogłaszał akcje oczyszczania moralnego miasta Katowic i województwa. Obiecywał wyplenienie narkomanów, prostytutek, złodziejaszków. Wszystko ładnie brzmiało w dzień pierwszy do kamer i mikrofonów. Efekty pokazowych akcji Kempskiego były mierne. Potiomkin się z nieba kłania. Teraz wzorowy, asolidarnościowy antykorupcjonista został wzorcowym, skorumpowanym urzędnikiem państwowym. I na nic tu minister Płoskonka, który pewnie będzie Kempskiego wybielać, na nic dymisje. Kiedy tylko będziemy mówić “korupcja”, od razu pomyślimy “Kempski”. Na hasło “Kempski” wyskoczy termin “korupcja”.
Przypadek wojewody Kemspkiego można zbyć, ale szkód, jakie ten urzędnik uczynił dla Śląska i Zagłębia, długo się nie naprawi. Przypadek korupcyjny wojewody media krajowe łatwo tłumaczyły specyfiką regionu. Ot, bogaty, zasobny, to rzecz jasna, niemoralny. Przez lata Ślązacy uchodzili w naszym kraju za ludzi uczciwych, pracowitych, skromnych. Sztandarowy Ślązak Kempski zepsuł nie tylko opinię o sobie. Zbrukał mit Śląska w potocznej, ale powszechnej opinii. I tego nie da się łatwo zbyć.

Wydanie: 50/2000

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy