Wojtyła ukryty – rozmowa z Giacomem Galeazzim

Wojtyła ukryty – rozmowa z Giacomem Galeazzim

Jan Paweł II był papieżem wojownikiem, który nie miał czasu zarządzać Kurią Rzymską. Każdy robił, co chciał. Teraz Kościół płaci za to wysoką cenę

Przed beatyfikacją Jana Pawła II, która nastąpiła w czasie rekordowym, doszło do wielu polemik. Dlaczego?
– Polemiki wybuchły dlatego, że tuż przed samą beatyfikacją i zaraz po niej ujrzały światło dzienne wszystkie te cienie jego pontyfikatu, które być może powinny zostać ujawnione i przeanalizowane wcześniej.
Nie dotyczyły one samego Karola Wojtyły, lecz sposobu, w jaki Watykan rozwiązywał za jego pontyfikatu wiele spraw. Chodziło zwłaszcza o skandal pedofilii, który wybuchł już za jego rządów. Przypomnijmy, że aby rozwiązać ten problem, Jan Paweł II wezwał w 2002 r. do Watykanu biskupów amerykańskich. Jednak największe kontrowersje wywołała afera w Legionie Chrystusa, czyli sprawa Marciala Maciela Degollada, który jako jeden z najhojniejszych sponsorów Kurii Rzymskiej od lat cieszył się przychylnością papieża.
Problemem nie było więc świadectwo heroizmu wiary, które nie ulega wątpliwości – wystarczy pomyśleć o poświęceniu, z jakim Wojtyła kierował Kościołem niezależnie od swojej choroby. Jako dziennikarz śledziłem poczynania papieża przez lata i jestem głęboko przekonany, że jest on świętym.
Polemiki dotyczą oceny historycznej tego pontyfikatu. Wątpliwości, jakie się pojawiły, w pewnym stopniu mogą mieć wpływ na proces kanonizacji – choć są już setki przypadków uzdrowień, które zostały przedstawione w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Klimat jest jednak ciężki. Choćby na przykładzie afery Vatileaks widać, że źródłem wielu aktualnych problemów Kurii były rządy Jana Pawła II.

Głosy krytyczne odezwały się także w Kurii? W Polsce uważa się, że papieża Polaka krytykują tylko ateiści i antyklerykałowie…
– Także w Kurii Rzymskiej i w obrębie Kościoła podniosły się głosy krytyczne, to prawda. Najlepszym tego przykładem była krytyka teologów z Ameryki Łacińskiej.
Ja napisałem już trzy książki o Janie Pawle II. Byłem w Stanach Zjednoczonych oraz w Ameryce Łacińskiej i stwierdziłem, że podejście do Karola Wojtyły jest tam zupełnie inne niż na Starym Kontynencie. W Stanach jest on uważany za przyjaciela, który walczył razem z Ronaldem Reaganem przeciw komunizmowi i wygrał zimną wojnę. W Ameryce Łacińskiej natomiast widzi się w nim reakcjonistę, który „znormalizował” otwarcie się tamtejszego Kościoła, które było realizowane poprzez teologię wyzwolenia.
Z geopolitycznego punktu widzenia ma to swoje uzasadnienie, gdyż Jan Paweł II zrozumiał, że aby wygrać z komunizmem na Wschodzie, nie może sobie pozwolić na tolerowanie wroga w Ameryce Łacińskiej. Zrozumiał lekcję historii – Napoleon i Stalin, którzy jednocześnie walczyli na froncie wschodnim i zachodnim, przegrali obie wojny. Nie można było pokonać komunizmu, tolerując idee komunistyczne we własnym Kościele. Jan Paweł II, który był wielkim politykiem i wielkim strategiem, wiedział o tym dobrze. Jego wybory miały jednak wysoką cenę. Obecnie w Ameryce Łacińskiej kościoły katolickie zaczynają świecić pustkami, bo wielu wyznawców związanych z teologią wyzwolenia przeszło do sekt ewangelickich. Najbardziej katolicki kontynent świata boryka się z problemem dezercji wiernych, wywołanym przez „normalizację” Wojtyły. Konsekwencją tej „normalizacji” była też sytuacja polityczna. Odczuwa się tam wielką gorycz, odkąd papież poparł reżimy prawicowe, przeciwstawiając się ruchom wolnościowym o orientacji lewicowej.

Giovanni Franzoni, teolog i jeden z uczestników Soboru Watykańskiego II, podpisał się pod Apelem o jasność w sprawie pontyfikatu Jana Pawła II, wystosowanym już w 2005 r. Z tego powodu był także świadkiem w procesie beatyfikacyjnym Karola Wojtyły. Franzoni wysunął kilka zarzutów przeciwko niemu – wśród nich: zmuszenie niewygodnych teologów do milczenia, sprawę zabójstwa biskupa Oscara Romera, zdławienie teologii wyzwolenia, przymykanie oczu na podejrzane afery finansowe, ukrywanie pedofilii. O co w tym wszystkim chodziło?
– Te zarzuty przedstawił były duchowny, jeden z ojców soborowych. Choć Giovanni Franzoni ze względu na przekonania został zmuszony do zrzucenia sutanny, wcześniej – wraz z Karolem Wojtyłą – brał udział w Soborze Watykańskim II. Fakt, że to on sformułował główne zarzuty pod adresem pontyfikatu Jana Pawła II, krytykując – raz jeszcze podkreślam – nie człowieka, tylko jego działania polityczne i ich konsekwencje, ma swój wymiar historyczny.
Ale proces kanonizacyjny to nie trybunał historii, w którym ocenia się wymiar polityczny pontyfikatu – tu liczy się jedynie heroiczność wiary kandydata na świętego. Sam Jan Paweł II wyniósł na ołtarze Piusa IX – papieża, którego pontyfikat jest bardzo kontrowersyjny – tłumacząc, że należy go oceniać nie jako głowę Kościoła, lecz jako człowieka wierzącego. To samo tłumaczenie można przyjąć w stosunku do Karola Wojtyły.
Niezależnie od wszystkiego Wojtyła będzie zawsze postrzegany jako ten, który wygrał zimną wojnę bez wystrzelenia jednego pocisku i dopomógł w obaleniu muru berlińskiego bez rozlewu krwi. Nie zapominajmy o tym, co się wydarzyło w Czechosłowacji i na Węgrzech, a co zostało zaoszczędzone Polsce. To przyćmiło problemy i skandale, do których doszło podczas jego pontyfikatu, wyszczególnione później przez Franzoniego: przestępstwa seksualne na nieletnich, afery finansowe, pieniądze dla „Solidarności” pochodzące z wątpliwych źródeł, złe zarządzanie Kurią, poparcie dla prawicowych reżimów, zdławienie ruchów rewolucyjnych w Ameryce Łacińskiej.

Wojtyła miał jeden cel: ratować umierający Kościół w komunistycznej Europie Wschodniej. Wszystko inne przechodziło na drugi plan. Cel uświęcał środki.
Postawę Jana Pawła II w stosunku do teologii wyzwolenia można jakoś wytłumaczyć. Trudno jednak zrozumieć jego milczenie w kwestii poważnych nadużyć seksualnych, o których przecież w jakimś stopniu był informowany…
– Wojtyła pochodził ze Wschodu, wychował się w komunizmie, miał doświadczenia wyniesione z okresu walki z reżimem. Zawsze myślał, że oskarżanie księdza o pedofilię jest wyłącznie prowokacją polityczną. Jako człowiek prawy nie potrafił sobie wyobrazić, że jakiś sługa Boży mógł się splamić przestępstwami przeciwko nieletnim.
Ratzinger natomiast ukształtował się w innej kulturze i miał inne podejście do problemu – jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary przejrzał wszystkie teczki księży pedofilów i zrozumiał, że oskarżenia nie są fałszywe. Jako papież usunął 40 biskupów, którzy chronili nadużycia seksualne, i wprowadził nowe normy – nie wyłączając denuncjowania księży pedofilów władzom cywilnym, jeśli wymaga tego prawo danego kraju.
Uważam, że największą odpowiedzialność za skandal pedofilii ponoszą biskupi. Przekonałem się o tym, jeżdżąc po świecie, i udokumentowałem to w swoich artykułach. Od pontyfikatu Jana XXIII istnieje cała procedura postępowania względem duchownych podejrzanych o nadużycia seksualne, z amissio status clericalis (opuszczeniem stanu duchownego) włącznie. Jeżeli jednak inicjatywa nie wyjdzie od biskupa, Sant’Uffizio samo się nie dowie.
Jeśli jednak mamy dokonać obiektywnej oceny – bez wątpienia Joseph Ratzinger zrobił więcej, by walczyć z pedofilią, i jest to fakt. Czy Jan Paweł II chronił księży pedofilów? Raczej, niestety, wcale nie zainteresował się sprawą, uważając ją za problem marginalny. Wojtyła w ogóle nie zarządzał Kościołem, powierzał to innym. Ratzinger natomiast, gdy został papieżem, od razu zajął się sprawą Marciala Maciela Degollada. Benedykt XVI uniósł cały ciężar tego skandalu.
Dziś wiemy już stosunkowo dużo także o skandalach finansowych banku watykańskiego IOR. Uzasadnienie wyroku procesu apelacyjnego – z 7 maja 2010 r. – w sprawie o zabójstwo Roberta Calviego, przytoczone w książce „Wojtyla segreto” („Tajemniczy Wojtyła”), której jest pan współautorem, mówi: „Cosa nostra, w różnych formach, wykorzystywała Banco Ambrosiano i IOR jako środek masowych operacji prania pieniędzy”. Książka Gianluigiego Nuzziego „Vaticano S.p.A.” („Watykan, sp. z o.o.”) dokumentuje fakt, że przez bank watykański przeszła „megałapówka Enimontu”. Prawny aspekt tych afer pozostawmy trybunałom sądowym.

Słuszne jest jednak zadanie pytania: czy Jan Paweł II zrobił coś, aby zapobiec skandalom finansowym i nieprawidłowościom w funkcjonowaniu Instytutu Dzieł Religijnych?
– Nie, a na pewno to, co zrobił, nie było wystarczające. Za pontyfikatu Jana Pawła II bardziej liczyło się to, na jakie cele szły pieniądze, niż to, skąd pochodziły. Raz jeszcze podkreślam, że moim zdaniem wszystko to jest konsekwencją faktu, że Wojtyła nie zarządzał Kurią Rzymską. Skupiał się tylko na swojej misji politycznej, dając wolną rękę Marcinkusowi. Nie przymykał oczu – po prostu nie wiedział. Nie znał mechanizmów i układów, jakie rządziły Watykanem. Był tu zupełnie obcy. W pewnym momencie zimnej wojny, na początku lat 80., sytuacja stała się na tyle kryzysowa, że nieważne było, skąd pochodzą pieniądze – liczyło się, że są i idą na słuszny cel. Zostały uruchomione wszystkie możliwe kanały, którymi środki finansowe mogły napływać do Watykanu – również poprzez cosa nostrę, bandę z Magliany, lożę masońską P2. Niestety, w tamtych czasach – w zdominowanych przez afery finansowe i nieczyste układy polityczno-biznesowo-mafijne Włoszech – taka była rzeczywistość. Wojtyła jej nie znał, bo przybył z komunistycznej Europy Wschodniej.

My, Polacy, dobrze znamy biografię Karola Wojtyły. O jego życiu wiemy prawie wszystko. Nie wiemy natomiast, dlaczego Polak został wybrany na papieża.
– To bardzo ważny aspekt całej sprawy. Wojtyła od samego początku był postrzegany jako najbardziej „zachodni” duchowny ze Wschodu. Wszyscy zrozumieli od razu, że to nie Wyszyński, ale on jest „zwycięskim koniem”, na którego należy postawić. Obydwaj walczyli z komunizmem, lecz Wojtyła robił to w inny sposób, nowy – nie jako męczennik wpisujący się w tradycję biskupów wschodnioeuropejskich jak Wyszyński, lecz jako „koń trojański”.
Jak wynika z raportów CIA, a także ze wspomnień Zbigniewa Brzezińskiego, z którym przeprowadziliśmy rozmowę, Wojtyła nigdy nie przekraczał granicy tego, na co pozwalał mu reżim. Z tego powodu polski rząd komunistyczny na wiele jego działań przymykał oczy. Wojtyła był jedynym duchownym, który swobodnie podróżował za granicę i nawiązywał szerokie kontakty na całym świecie. Dostawał prezenty z Zachodu – jak amerykański samochód, który mu podarowano, gdy był biskupem w Krakowie. Wszyscy od razu zrozumieli, że to człowiek, który może wpłynąć na bieg historii.
Wielokrotnie mnie pytano, dlaczego piszę zawsze o Wojtyle. Dlatego, że uważam go za giganta XX w. Michaił Gorbaczow powiedział: „Nie można zrozumieć XX w. bez zrozumienia roli, jaką odegrał w nim Wojtyła”. To fascynująca postać, eklektyczna, pokroju papieży renesansowych.
Jan Paweł II był papieżem wojownikiem, który nie miał czasu zarządzać Kurią Rzymską. 27 lat tego nierządu przyniosło opłakane rezultaty. Każdy robił, co chciał. Teraz Kościół płaci za to wysoką cenę. Jest jak rozbity dzban, którego skorupy musiał sklejać Benedykt XVI.

W swojej książce piszecie panowie, że to Opus Dei przyczyniło się do wyboru Polaka na tron papieski. Jakie były relacje Karola Wojtyły z tą organizacją?
– Bardzo silne. Gdy Karol Wojtyła, zanim został papieżem, przyjeżdżał do Rzymu, zatrzymywał się zawsze w domach prowadzonych przez Opus Dei. Rzeczywiście odegrało ono wielką rolę w jego wyborze, ukierunkowując na niego głosy wielkich elektorów i przekonując, aby postawić na tego obcego, przybyłego ze Wschodu człowieka, za którego gwarantowało.
Opus Dei było pasem transmisyjnym procesu „normalizacji” w Ameryce Łacińskiej. Odegrało w nim – wraz z Legionem Chrystusa – olbrzymią rolę, stawiając na czele Kościoła latynoamerykańskiego ludzi, którzy zastąpili biskupów bliskich teologii wyzwolenia. Opus Dei było łącznikiem pomiędzy Janem Pawłem II i Ronaldem Reaganem oraz głównym narzędziem walki z komunizmem. Po upadku muru berlińskiego przejęło wreszcie zarządzanie finansami watykańskimi, które wcześniej było wyłączną prerogatywą Marcinkusa.
W zamian za to wszystko papież kanonizował jej założyciela, Josemarię Escrivę de Balaguera, a samą organizację wyniósł do rangi prałatury personalnej, dając jej wiele przywilejów.

Często krytykuje się sekretarza stanu Agostina Casarolego, nazywając go „czerwonym kardynałem”. Jakie były relacje Wojtyły z Casarolim?
– Był to związek polegający na wielkim obopólnym szacunku, ale i na olbrzymich różnicach. Karol Wojtyła był zwolennikiem Realpolitik, Casaroli – kontynuatorem Ostpolitik rozpoczętej za czasów Pawła VI. Różnice brały się na pewno także z tego, że obaj zostali inaczej ukształtowani, politycznie i życiowo. Wojtyła był biskupem z komunistycznego Wschodu, podczas gdy Casaroli był dyplomatą z Zachodu, który próbował nawiązać i utrzymać stosunki z państwami bloku wschodniego. Wojtyła przychodził zza żelaznej kurtyny, więc wiedział, że komunizm umiera. Casaroli myślał, że komunizm będzie trwał kolejne tysiąc lat, zatem należy znaleźć jakiś sposób na współistnienie, nawiązać dialog, zawrzeć porozumienie z reżimami, aby w ten sposób ratować Kościół na Wschodzie. Był też przeciwny finansowaniu „Solidarności”.
Do 1989 r. Wojtyła pozostawił Casarolego jako sekretarza stanu, później go wymienił, gdyż nie był mu już potrzebny. Kiedy reżimy komunistyczne upadły, nie było z kim prowadzić dialogu. Nastąpiło przejście od Ostpolitik do Realpolitik.
Karol Wojtyła przybył ze Wschodu i nie miał najmniejszego pojęcia o układach i relacjach w Kurii Rzymskiej. Robił też wszystko z entuzjazmem i uporem. Czy na początku papież Polak przeszkadzał w Watykanie?
Na pewno. Np. kard. Casaroli, którego bardzo dobrze znałem, miał inne podejście do wielu spraw niż on. Mimo to był mu wierny. Również Episkopat włoski przejawiał sympatie lewicowe. Wojtyła „znormalizował” go, osadzając na jego czele kard. Camilla Ruiniego. Jan Paweł II lubił roszady. Np. Carlo Maria Martini został nominowany biskupem Mediolanu, a później kardynałem oraz przewodniczącym biskupów europejskich. Wojtyła potrafił wykorzystywać różnice w poglądach politycznych tak, aby działały na jego korzyść. Wybrał Ratzingera, ale również Martiniego; Ruiniego, ale także Casarolego. Kiedy chciał – potrafił dozować konserwatyzm i postępowość. Nie był wprawdzie papieżem, który zarządza, potrafił jednak wybierać ludzi.
Wszyscy mieli bezpośrednie relacje z Janem Pawłem II – i Opus Dei, i Marcinkus, bankier Roberto Calvi oraz wielu innych. Były to jednak relacje bardzo oficjalne, gdyż – jak już powiedzieliśmy – Wojtyła sam nie zajmował się rządzeniem. Wysłuchał, może coś obiecał, ale później odsyłał wszystkich do innych osobistości. Sam zajmował się tylko geopolityczną misją Kościoła. W ten oto sposób każdy myślał, że ma na papieża jakiś wpływ, a w rezultacie nie miał go nikt.

Jaki Kościół pozostawił po sobie Wojtyła?
– Kościół skupiony wokół papieża, którego on jest centrum. Na pewno więc Kościół bardziej autorytarny niż postsoborowy, który wchodził już na drogę demokratyzacji. Wszystkie aktualne problemy Kościoła wynikają z tego indywidualizmu. Niestety, był to Kościół źle zarządzany, który stał się ofiarą wielu interesów indywidualnych, walk wewnętrznych i zdobyczą rożnych ugrupowań – czego najlepszym przykładem jest afera Vatileaks.
Celem Wojtyły było szerzenie wiary, nie budowanie Kościoła. Ten papież miał do wszystkiego podejście „nieklerykalne”, co bierze się z faktu, że nie uczęszczał do regularnego seminarium. Był aktorem, sportowcem, studentem – nie uległ procesowi klerykalizacji. Nie zachowywał się nawet jak ksiądz – co widać choćby po sposobie, w jaki obejmował kobiety, bo nie miał uprzedzeń, jakich nabywa się zwykle w seminarium. W kontaktach osobistych był osobą bardzo otwartą, przyjazną, wręcz ujmującą.
Jeżeli jednak mamy oceniać jego pontyfikat – zasługuje on bez wątpienia na słowa krytyki. Jeżeli mamy oceniać Wojtyłę jako człowieka – musimy przyznać, że był to lider polityczny, który zmienił bieg historii.

Co pan myśli o zamachu na papieża, o zabójstwie Roberta Calviego oraz o porwaniu Emanueli Orlandi?
– Wszystkie te sprawy są konsekwencją zimnej wojny. Nad wszystkim dominuje racja stanu. Watykan w tamtym okresie był w centrum rywalizacji ideologicznej i politycznej. Służby specjalne wielu krajów – zarówno komunistycznych, jak i kapitalistycznych – walczyły ze sobą i działały przeciwko sobie, wykorzystując Watykan do własnych interesów. Ówczesna Stolica Apostolska była czymś zupełnie innym niż dziś. Świat był podzielony na dwa bloki, rozpołowiony – Watykan stanowił z jednej strony rów, który dzielił, z drugiej pomost, który łączył dwa światy.
Z Watykanu wypływały pieniądze przeznaczone dla „Solidarności”. Był to olbrzymi strumień pieniędzy, który powodował, że papieża szantażowano. Wszyscy ci, którzy zainwestowali jakieś sumy w walkę z komunizmem lub pożyczyli je na ten szczytny cel – a byli to inwestorzy, których lepiej nie ujawniać – domagali się zwrotu kapitałów. Sprawa Orlandi to szantaż mający na celu uzyskanie zwrotu pożyczki udzielonej przez bandę z Magliany. Zabójstwo Calviego ma to samo podłoże – ponadto nie chciano, by ujawnił brudne interesy i powiązania mafii z bankiem watykańskim IOR.
To są skandale szokujące. Wiele osób w gronie hierarchii kościelnej uważa, że IOR powinien zostać zamknięty. Przez lata odbywały się tam przekręty finansowe, które doprowadziły do tego, że dziś bank ten nie może wejść na „białą listę”. To wszystko są koszty zimnej wojny. Problem polega na tym, że w imię dobra Kościoła i szczytnych celów robiono rzeczy niezgodne z prawem. Papież jednak nie zarządzał Instytutem Dzieł Religijnych, robił to Marcinkus. Wojtyła był mu wdzięczny za to, że znalazł pieniądze dla „Solidarności”.
Przeprowadziłem wywiad z kard. Achille Silvestrinim, który powiedział mi, że zamach na papieża przypisuje się jego podróżom do Polski. Zaraz po wyborze Wojtyły odbyło się w Moskwie zebranie politbiura i zostały podjęte odpowiednie działania. Gdyby dziś został wybrany papież z Hongkongu, Chiny natychmiast by dostrzegły, że jest to dla nich wielkie zagrożenie. Tak samo Moskwa zrozumiała, że papież Polak jest narzędziem mającym na celu obalenie komunizmu. Moim zdaniem rękę Ali Agcy uzbroiła Moskwa, później historia wzięła zakręt, bo Wojtyła, dzięki Bogu, nie zginął.
Ale Jan Paweł II był niewygodny nie tylko dla reżimów komunistycznych. Przeszkadzał również na Zachodzie tym wszystkim, którzy dążyli do siłowej konfrontacji pomiędzy dwoma blokami. Amerykańscy potentaci przemysłu zbrojeniowego mieli interes w napędzaniu wyścigu zbrojeń, patrzyli więc złym okiem na Karola Wojtyłę, który chciał obalić mur berliński. Jestem przekonany, że Ali Agcy otrzymał wsparcie wywiadów zachodnich i był przez nie kryty. Po zabójstwie dziennikarza Abdiego Ipekçi wyszedł z tureckiego więzienia Kartal Maltepe w wojskowym mundurze. Ktoś musiał mu na to pozwolić w kraju sojuszniczym Paktu Północnoatlantyckiego. Pomysł zamachu na papieża narodził się na Wschodzie, zanim jednak doszło do jego wykonania, maczały w tym palce służby specjalne połowy świata. To była brudna gra, w której każdy miał swój interes, co ujawniło się najlepiej w sprawie porwania Emanueli Orlandi, gdzie – moim zdaniem – z szantażu mafijnego czerpały korzyści wszystkie wywiady.

Pisząc o Karolu Wojtyle, można być zafascynowanym jego osobą i jednocześnie go krytykować?
– Tak. Jest to nawet święty obowiązek. Wojtyła był wielkim człowiekiem, który wpłynął na bieg historii. To, że był papieżem, jest błogosławionym i najprawdopodobniej zostanie świętym, nie oznacza, że jego pontyfikat powinien zostać zwolniony z oceny historyczno-politycznej. Święty już z definicji jest mostem pomiędzy ziemią i niebem. Uznać jedynie świętość Wojtyły i wierzyć w nią bezkrytycznie oznacza odrealnić go jako człowieka, który był papieżem. Głowa Kościoła w ciągu tak długiego pontyfikatu podejmuje setki tysięcy decyzji – niektóre z nich mogą być błędne. Zresztą również święci mogą się mylić.
Jan Paweł II miał wielką charyzmę. Można powiedzieć, że w stosunkach personalnych był to człowiek naprawdę święty. Ja odczułem to osobiście, gdy poszedłem do niego ze swoim nowo narodzonym synem. To było bardzo silne przeżycie. Świętość jest przede wszystkim miarą heroizmu wiary. Wojtyła stawiał wiarę zawsze na pierwszym miejscu, nawet ponad własnym zdrowiem. Swoją chorobę traktował jako świadectwo wiary.

Jan Paweł II nie rządził Kościołem, wydaje się jednak, że nie rządził nim również Benedykt XVI…
– Nie da się ukryć, że następca Wojtyły miał wiele trudności, bo po 27 latach samowoli niełatwo wziąć w ręce ster Kurii Rzymskiej – zwłaszcza gdy jeszcze do niedawna było się jedną z części mechanizmu. Kuria powinna być zwyczajnie zlikwidowana, bo jest to wielki bezużyteczny organizm pożerający pieniądze. Kościół powinien składać się z namiestnika Boga, którym jest następca św. Piotra, i z kilku służących mu dygnitarzy kościelnych, a resztę powinien stanowić lud Boży. Tymczasem powstał w Rzymie cały aparat biurokratyczny, złożony z dziesiątków kardynałów, setek dygnitarzy pracujących w kongregacjach, dykasteriach i instytucjach kościelnych oraz kilku tysięcy zatrudnianych w nich urzędników. Każdy chce mieć swój kawałek tortu, każdy chce mieć trochę władzy. Wiele bezużytecznych instytucji i dykasteriów powinno zostać zlikwidowanych. Benedykt XVI dobrze o tym wiedział, ale wiedział też, że jest to praktycznie niewykonalne.
Vatileaks jest właśnie efektem wewnętrznej walki o władzę. Sama afera to czubek góry lodowej wszystkich watykańskich konfliktów, które narastały przez 27 lat pontyfikatu Karola Wojtyły. Dopóki na tronie Piotrowym zasiadał papież o silnym autorytecie, tarcia i walki wewnętrzne w Kurii Rzymskiej schodziły na drugi plan. Kiedy papieżem został Joseph Ratzinger, który jeszcze do niedawna był członkiem kolegium kardynalskiego, problemy stały się widoczne na zewnątrz. Benedykt XVI zbierał cierpkie owoce pontyfikatu swojego poprzednika.
Giacomo Galeazzi – watykanista dziennika „La Stampa”. Przez sześć lat jeździł po świecie jako korespondent dziennika telewizyjnego TG1. Autor wielu książek.
Rozmowa z książki Agnieszki Zakrzewicz Głosy spoza chóru. Rozmowy o Kościele, papieżach, homoseksualizmie, pedofilii i skandalach, Czarna Owca, Warszawa 2013

Wydanie: 24/2013

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy