Wszyscy mają lepiej niż my

Wszyscy mają lepiej niż my

Pięć największych polskich grzechów wyjazdowych

1. Kłopoty z posługiwaniem się językami obcymi

Hanna Janicka, pilotka, trenerka, autorka podręczników:
Wciąż jest problem ze znajomością języków obcych. Turyści z innych krajów potrafią się porozumieć, a „nasi” ciągle nie bardzo. Wychodzą z założenia, że jeżeli będą mówili po polsku, ale głośno i wyraźnie, to może ktoś ich zrozumie. To jest naprawdę zabawne. Byłam kiedyś z grupą na degustacji wina we Francji. Francuz opowiada, a jedna pani pyta po polsku: „A jaki to smak?”. Widzi, że Francuz dziwnie reaguje, więc powtarza jeszcze raz – wolniej i głośniej: „Ja­ki­to­smak?”. W końcu patrzy na mnie z wyrzutem i mówi: „Ale ten pan mnie nie rozumie, jak to?!”.

Radosław Szafranowicz-Małozięć, pilot, wykładowca, autor podręczników:
Wydawało mi się, że młode pokolenie turystów nie będzie już potrzebować pilota czy rezydenta, bo oni sobie wszystko sami załatwiają przez booking.com czy Trivago. Przyznam, że bałem się, co będzie, gdy zawód pilota wycieczek nie będzie już potrzebny, bo wszyscy wszystko załatwiać będą samodzielnie. Tymczasem wciąż miewam w Stanach Zjednoczonych honeymooners, czyli ludzi, którzy przyjeżdżają na miesiąc miodowy. I oni nie mówią po angielsku! Trzeba z nimi pójść do McDonalda i zamówić im hamburgera. A wydawało mi się, że całe młode pokolenie mówi po angielsku. (…)

*

Jeśli chodzi o nasze turystyczne zabawy językami obcymi, to sporo ciekawych sytuacji wywołuje słowo „sex”. Przy zakwaterowaniu w hotelu dostajemy kartę, na której wpisujemy swoje imię, nazwisko, adres, no i… sex, czyli po angielsku płeć. Rodakom kojarzy się to oczywiście zupełnie inaczej. A więc w kartach meldunkowych znajdujemy następujące wpisy: sex – chętnie, sex – raz w tygodniu, sex – nie dotyczy, sex – wdowa.

Przy nazwach hoteli i miejscowości jest jeszcze weselej. Słynny egipski kurort Szarm el Szejk to najczęściej „Szark end Szejk”. Wśród Wysp Kanaryjskich nasz wybór pada często na Fuerteventurę, czyli „Furarurę” lub „Fjuczer Wenczer”. Może być też Teneryfa, czyli „Terefere”. Jeśli Grecja to obowiązkowo Zakynthos, w polskiej wersji językowej „Zakrętos”. Turcja, wiadomo, to najpopularniejsza z wakacyjnych destynacji, choć tureckie nazwy są dla nas nie lada wyzwaniem. Kurort Alanya na Riwierze Tureckiej to najczęściej „Analja” lub „Analje”. Bywa, że ponosi nas ułańska fantazja i tureckie Side, zamiast czytać zgodnie z pisownią „Side”, czytamy z angielskiego „Sajd”. Podobnie jest z tunezyjską wyspą Djerbą, która w ustach rodaków przybiera czasem formę The Dżajro.

Bawimy się nie tylko językiem angielskim, ale i hiszpańskim. Miejscowość Morro Jable (czyt. Morro Hable) na Wyspach Kanaryjskich to dla nas „Moro Dżebel”, a hotel Bajara Beach (czyt. Bahaja Bicz) jest hotelem „Badżara”.

Skoro przy hotelach jesteśmy, to przylatujemy na Kretę, gdzie mamy zakwaterowanie w hotelu Syrios Village (czyt. Syrios Wilidż), i rozmawiamy z rezydentem.

Rezydent: Do którego hotelu Państwo jadą?

Odpowiedź – wersja 1: Do poważnej wsi (z ang. serious – poważny).

Odpowiedź – wersja 2: Do Syriusza.

Odpowiedź – wersja 3: Do Syrios Wilaaaaaaaż.

Miasteczko Rethymnon na Krecie bardzo często zyskuje u naszych rodaków nazwę „Richmont”, a kreteńska Chania (czyt. po prostu Chania) to „Czania”. Piękna i uwielbiana przez turystów plaża Elafonisi to „Elefanty”. Jeden z moich rozmówców usłyszał nawet: „No to kiedy pojedziemy na tę piękną plażę Fąfąsi?”.

2. Pretensje, roszczenia, podejrzliwość, narzekanie

Hanna Janicka, pilotka, trenerka, autorka podręczników:
Uważam, że byliśmy i wciąż jesteśmy zakompleksieni. To widać w restauracji. Siedzi polska grupa, obok grupa niemiecka, która ma inne menu, np. z winem. Po prostu zapłacili więcej. A jaka jest reakcja turystów? „Proszę! Nas się tu dyskryminuje!”. Nasze poczucie bycia gorzej traktowanymi wychodzi na każdym kroku. Idziemy do muzeum. „Jak to?! Dlaczego tu nie jest nic po polsku napisane!? Jest po niemiecku, jest po angielsku, a po polsku nie!”. (…)

Radosław Szafranowicz-Małozięć, pilot wycieczek, wykładowca:
Wszyscy mają lepiej niż my – Niemcy, Francuzi, Anglicy… Mają lepsze pokoje, widok za oknem, jedzenie, a my jesteśmy klientami drugiej kategorii. Tyle że nie bierzemy pod uwagę tego, że pokoje w hotelach są o różnym standardzie. Jest economy, standard, de luxe (oczywiście nazwy mogą się różnić, w zależności od hotelu i kraju). I kiedy niemieckie biuro podróży rezerwuje pokoje dla swoich gości, kupuje lepszy standard, bo ich wakacje są droższe. Turyści niemieccy przyjeżdżają i dostają lepszy pokój, bo po prostu za taki zapłacili. (…)

Nasze pretensje i roszczenia są zazwyczaj bezpodstawne. I niestety czasem wyrażamy je w niekulturalny sposób. Podczas jednego z ostatnich sezonów miałem w grupie pewnego profesora z Gdańska. Cały czas coś mu nie pasowało. Pewnego dnia przyszedł do mnie i powiedział: „Skoro pan się najął za psa, to musi pan szczekać!”. Jak widać, tytuł profesorski nie świadczy o wysokiej kulturze. Zagotowało się we mnie, odpowiedziałem coś stanowczo. Po wycieczce przyszła skarga do biura: „Pan Radosław był służbistą, realizował tylko program i nie chciał nas zabrać do outletów”. (…) Kiedy indziej okazało się, że samolot powrotny jest o osiem godzin opóźniony. Wytłumaczyłem powód opóźnienia, przeprosiłem w imieniu biura podróży. Wtedy jedna z turystek powiedziała: „No, panie Radku! Sprawdzimy, czy to wszystko, co pan mówił odnośnie do opóźnienia samolotu, jest prawdą, czy nas pan nie okłamał”. (…).

Aleksandra Mądry, wieloletnia rezydentka m.in. w Egipcie, na Kubie, na Fuerteventurze:
Z góry zakładamy, że jesteśmy bohaterami jakiejś intrygi, że ktoś chce nas oszukać, wykorzystać, żeby na nas zarobić. Pracowałam przez jakiś czas w hotelu i byłam świadkiem kuriozalnych sytuacji. Na przykład recepcjonista mówił do gościa: „Zarezerwował pan pokój dwuosobowy”. „No tak”. „Mamy w tej chwili wolne pokoje, a widzę, że państwo przyjechali z trzyletnim dzieckiem. Mogę panu zaproponować pokój dwuosobowy suite z częścią dzienną. Będzie państwu wygodniej, bo jest tam rozkładana sofa”. „Nie, nie, ja zapłaciłem za pokój dwuosobowy”. „Tak, ale suite jest w tej samej cenie. No i jest bliżej basenu”. „Nie, nie! To na pewno jakiś podstęp. Na pewno są tu jakieś ukryte koszty, na koniec każecie nam coś dopłacić”. Ciągła podejrzliwość, ciągły brak zaufania. (…)

W internecie roi się od artykułów na temat grzechów głównych Polaków na wakacjach. Ciekawą perspektywę opisuje Ludwika Włodek w branżowym „National Geographic Traveler”.

„Kiedy o największy grzech Polaków na wakacjach pytam na Facebooku, pod postem w kilka godzin zbiera się ponad 150 komentarzy. Lista zarzutów, którą odtwarzam na podstawie tej dyskusji oraz wieloletnich rozmów z przyjaciółmi i zwykłych życiowych obserwacji, jest naprawdę długa. Są na niej i skarpetki do sandałów, i obsesyjne przeliczanie cen, i nadużywanie alkoholu. Najczęstsze jednak przewiny rodaków są chyba cztery: śmiecenie, głośne zachowanie (wrzaski, głośne rozmowy, jak i puszczanie własnej muzyki na plaży czy kempingu), narzekanie (a nawet, jak napisał mój znajomy: „Wieczne narzekanie. Że zimno. Że gorąco. Że tłok. Że ludzi nie ma. Że drogo. Że tandetnie. Że brudno. Że za czysto. Że herbaty nie ma. Że kawa gorzka. Że słodka. Że soku nie ma. Że obsługa słaba. Że ludzie dziwnie grzeczni. Że wszędzie ci głupi Polacy. Że Rosjanie. Że Niemcy. Że jest inaczej”) i kombinowanie czy raczej nadużywanie reguł. To ostatnie może polegać na zabieraniu jedzenia na zapas ze stołówek czy obżeraniu się przy szwedzkim stole, ale też na obsesji dojechania wszędzie własnym autem, mimo tabliczek i zakazów”.

3. Oszczędność po polsku

Piotr Harton, pilot wycieczek, podróżnik, organizator wyjazdów:
Co robi polski turysta w Egipcie? Nigdy nie kupuje wycieczki od swojego rezydenta, bo jest przekonany, że na ulicy kupi dwa razy taniej. Idzie na ulicę, kupuje dwa razy taniej, a później się dziwi, że nikt nie przyszedł na miejsce zbiórki. A jak idzie tam, gdzie to kupił, to się okazuje, że na tym miejscu już są pomarańcze. Bo jak Polak ma zapłacić 150 dol. za wycieczkę do Gizy u rezydenta, a przychodzi miejscowy i mówi: „Nie przepłacaj! To tak naprawdę kosztuje 40 dol.”, to jasne, że wybierze tę drugą opcję, bo przecież woli za całą rodzinę zapłacić 160 dol. Tylko że w ten sposób Polak daje się nabrać. (…)

Łukasz, pilot wycieczek:
Polacy niestety nie mają zwyczaju dawania napiwków. Że nam, pilotom, nie dają, to jeszcze zrozumiem, wychodzą z założenia, że to wszystko, co robimy, to jest nasza praca, płaci nam biuro. Ale w wielu krajach arabskich czy azjatyckich zwyczajowo daje się napiwki kierowcom czy lokalnym przewodnikom. Rzadko ktoś na to wpadnie. Dlatego najczęściej to piloci zbierają od ludzi pieniądze i sami dają napiwki za walizki, za przewodników. Zdarzało mi się, że ludzie z mojej grupy o tym pomyśleli, ale wtedy kończyło się tak, że gdzieś wypadało dać 2 dol., a turysta dawał 20 centów. No i to jest nieporozumienie. Pracowałem wiele razy dla grup zagranicznych, dla nich napiwki to sprawa oczywista. Niemcy, Francuzi, Anglicy – dla nich to jest naturalne, żeby mieć drobne na napiwek. Nie trzeba dwa razy powtarzać. A u nas albo nie dają wcale, albo nie mają wyczucia.

Okazuje się, że Polacy w podróży doskonale potrafią omijać system odnośnie do swoich dzieci. W obszernym artykule dla portalu zajmującego się tematyką rodzinną parenting.pl Katarzyna Głuszak pisze:

„Zgodnie z przepisami linii lotniczych dzieci do dnia drugich urodzin podróżują nieodpłatnie na kolanach rodziców – tłumaczy Agata, specjalista ds. turystyki. To dlatego wiele osób podejmuje próby fałszowania dat urodzenia dzieci, żeby nie płacić za bilet. – Klienci potrafią przyjść z pięciolatkiem i zapytać, czy nie można wpisać, że ma dwa lata, bo wtedy wezmą go na kolana. Nieustannie spotykam też osoby, które upierają się, że ich dzieci w wieku 16 i 17 lat to przecież wciąż dzieci i powinny mieć świadczenia hotelowe gratis. Chociaż często są to osoby grubsze i wyższe ode mnie i na pewno sporo jedzą – komentuje Mikołaj, pracownik biura podróży, wcześniej rezydent w Grecji”. (…)

4. Całe życie „na patencie”

Radosław Szafranowicz-Małozięć, pilot wycieczek, wykładowca:
(…) Wyzwaniem jest dla nas na przykład czekanie na swoją kolej. W Stanach to norma, bo to jest bardzo poukładany kraj. (…) Jak jest kolejka do kasy, to wszyscy stoją. A Polak? Jak otwierają nową kasę, to biegnie. Amerykanie patrzą na niego zdziwieni. Jeżdżę z grupami na Empire State Building, gdzie zawsze na początku jest kolejka do zrobienia sobie zdjęcia. Tak wypada, wszyscy pozują. Nie trzeba zdjęcia potem kupować, ale wszyscy je robią, bo taki jest zwyczaj. Tymczasem polscy turyści omijają kolejkę do zdjęcia. Śmieję się, że mnie obsługa już tam zna, bo często jeżdżę tam z grupami. Tylko do nich macham i mówię: „Hej, hej, to ja! Jak zawsze przechodzimy?!”. My nie będziemy stać w kolejce. My omijamy system.

Albo inny przykład z moich wycieczek do USA. Mówię turystom: „Proszę państwa, do Ameryki nie można wwozić żadnego jedzenia – kiełbasy, czegokolwiek – proszę więc nie zabierać prowiantu”. I wtedy od razu pada pytanie: „A krakowska sucha?”. „Nie”. No to następne: „A kaszanka własnej roboty?”. „Nie!”. W końcu wjechali, otwierają walizki, a tam cztery opakowania kabanosów. Udało im się przemycić! Są wtedy najszczęśliwsi, bo pokazali prawdziwie polski spryt!

I wreszcie coś, co często boli najbardziej. Pakowanie jedzenia ze stołu do torby. Za każdym razem, gdy to widzę, nie wierzę własnym oczom. Są miejsca na świecie, gdzie jest napisane – tylko po polsku: „Proszę nie wynosić jedzenia z restauracji”.

Hanna Janicka, pilotka wycieczek, wykładowczyni:
Kto pierwszy przy bufecie, ten lepszy! Trzeba nie tylko zjeść, ale przede wszystkim zapewnić sobie prowiant na cały dzień. Śniadania kontynentalne – postrzegamy jako skandal, bo jak się tym najeść?! Najczęściej jednak, nawet na południu Europy, są bufety mniej lub bardziej bogate, więc bierzemy „na drogę”. Tłumaczenia, że śniadanie jemy tu i teraz, absolutnie nie trafiają. Obsługa hotelu zawsze ze zgrozą w oczach patrzy na te obyczaje i próbuje działać. Zdarza się kontrola torebek przy wyjściu, pobieranie opłat za zabrane kanapki, wydzielanie porcji. Każda z tych reakcji wywołuje nasze oburzenie: „Żałują nam, dyskryminują nas”. Przejeżdżaliśmy kiedyś z grupą tranzytem przez hiszpańskie miasteczko i byliśmy tam pierwszą grupą z Polski. Obsługa hotelu witała nas serdecznie, pomagała przy wnoszeniu bagaży… Wkrótce, podczas śniadania, zobaczyłam w ich oczach rosnące zdziwienie. A potem… Okazało się, że turyści, którzy przyszli na końcu, nie mieli już co jeść, bo współtowarzysze podróży zjedli lub zabrali ich porcje. Ile bułek ma zapewnić hotel 40-osobowej grupie? Było 100. Wracaliśmy potem przez to samo miasteczko, ale nikt już nas w hotelu nie witał… (…)

Robert, pasjonat podróżowania:
Wydaje mi się, że po prostu lubimy być sprytni. Czasem nawet nie chodzi o to, że nas na coś nie stać, tylko fajnie jest zapłacić mniej, tak dla sportu. Po co kupować wycieczkę w hotelu, u rezydenta, skoro na mieście ta sama wycieczka kosztuje 5–10 euro mniej? Wydaje mi się też, że jest parcie na wykorzystanie oferty na maksimum możliwości. (…)

5. Rasistowskie odzywki, ksenofobiczne nastawienie

Ania, pilotka, była rezydentka:
To jest coś, co mnie wytrąca z równowagi. Polak jedzie do Afryki, a potem się dziwi, że „Murzyn” go obsługuje. Wciąż dużo jest rasistowskich tekstów. Ktoś mówi: „Murzyn, ciapaty”, a kiedy zwracam mu uwagę, kryguje się: „No przecież ja nie mówię tego jakoś złośliwie”. Dla mnie to kompletny brak poszanowania kultury kraju, do którego Polacy jadą. Brak zrozumienia i otwartości. Zabierasz ich do jakiejś lokalnej wioski, a oni z czegoś szydzą. Gula mi wtedy rośnie.

Piotr Harton, wieloletni pilot wycieczek po całym świecie, organizator wyjazdów:
Brudas, ciapaty, brązowy – często to słyszę. Niestety, jesteśmy rasistami, nie umiemy się powstrzymać. Wycieczka do Tanzanii, wielkie pieniądze. Jeden z uczestników puszcza taki tekst: „Ale wie pan, k…, bo tam te czarnuchy są, czy one nam nic nie zrobią?”. Miałem ochotę odpowiedzieć: „Pewnie was zjedzą!”. Mam wielu przyjaciół w Egipcie – Beduinów, z którymi przez lata współpracowałem i od lat utrzymuję kontakty. Oni wiele razy mówili mi o polskich turystach, że czuje się ich rasizm i poczucie wyższości.

Magdalena Konik, pilotka specjalizująca się w Gruzji:
(…) Jesteśmy przekonani, że jesteśmy Zachodem Europy i przez to wszystko nam wolno. A Polki bardzo chcą za granicą udowadniać swoją niezależność, jakby w Polsce miały za mało okazji. W Tuszetii, gdzie mieszkam, nie jest dozwolone, żeby kobieta miała odsłonięte kolana i dekolt. A nasze dziewczyny przeważnie paradują w szortach. Miejscowi czują się zbulwersowani, bo jak mieliby zwrócić uwagę turystce, dzięki której zarabiają? Pytają mnie czasami właścicielki pensjonatów: „Magda, czemu ta pani chodzi w moim domu w bieliźnie?”. „To nie jest bielizna, to są szorty”. „Ale to jest takie krótkie, mój mąż jest w domu, to nie wypada, żeby ona tutaj rozebrana była”. Kiedy ktoś zwróci Polkom uwagę, to często słyszy: „Ja jestem turystką, mnie wolno” albo „Nikt mi nie będzie mówił, jak mam się ubierać”. OK, bądź sobie wolna, ale jesteś u kogoś. (…)

Agnieszka, rezydentka w Turcji:
W ofercie wycieczek fakultatywnych z Turcji mamy możliwość odwiedzenia Izraela. Polskie grupy raczej nie robią podczas tych wyjazdów zakupów. Na moje pytanie dlaczego, zdarzyło mi się usłyszeć pogardliwe: „Nie będę kupował u Żyda”.


Fragmenty książki Justyny Dżbik-Kluge Polacy last minute. Sekrety pilotów wycieczek, W.A.B., Warszawa 2021


Fot. Piotr Kamionka/REPORTER

Wydanie: 47/2021

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy