Zidane

Przeżywamy prowincjonalną komedię. Aby się o tym przekonać, wystarczy choćby na krótko opuścić granice naszego kraju, a tam choćby raz, dla zabicia czasu, włączyć radio lub telewizor. Czy słychać tam choćby przez moment o jakiejś sprawie prof. Gilowskiej? Albo o tym, kto kogo i dlaczego zlustrował w Polsce?
Obecnie nasza prasa przytacza dość obficie zagraniczne opinie o zmianach rządowych w Polsce, ale podkreśla się w nich głównie ścisłe więzy braterstwa łączące u nas prezydenturę z rządem, obszerniejsze natomiast komentarze znaleźć można głównie w pismach satyrycznych, na co nasz rząd reaguje z całą energią swojej dyplomacji.
Pewnie, że każde państwo na świecie ma swoje wewnętrzne sprawy, o których nie rozpisują się sąsiedzi. Istnieją jednak także wiodące tematy, które dotyczą wszystkich, a o których u nas mówi się dość cicho, choć w krajach europejskich zajmują one pierwsze strony gazet.
Ostatnio takim tematem są północno-koreańskie rakiety, które dyktator tego kraju wystrzelił na pokaz, aby postraszyć resztę świata, i rzeczywiście mogą one sięgać Japonii, amerykańskich baz na Pacyfiku, nie mówiąc już o Korei Południowej. Tych rakiet i ich wyrzutni nie można po prostu zlikwidować, tak jak rząd USA zlikwidował nieistniejącą w rzeczywistości broń masowego rażenia Saddama Husajna, ponieważ północni Koreańczycy naprawdę mają broń nuklearną, a ich przywódca pozbawiony jest poczucia rzeczywistości.
A więc rzeczywiście mamy wspólny kłopot z rakietami.
Wspólnym kłopotem jest także to, co dzieje się dziś w Strefie Gazy. Wygląda na to, że cofnęliśmy się znów w okolice wojny sześciodniowej, a cała krucha konstrukcja pokojowego współżycia Izraela z Palestyną wali się w gruzy do tego stopnia, że zaczynamy wspominać Jasira Arafata jako gołąbka pokoju. A przecież nie chodzi tu tylko o istnienie obok siebie dwóch państw – co również, samo przez się, nie jest drobiazgiem – lecz o to także, że właśnie pogranicze izraelsko-palestyńskie jest wylęgarnią międzynarodowego terroryzmu, co mądrze pokazał Spielberg w filmie „Monachium”.
Jest więc czym się martwić.
Wspólnym kłopotem jest także sprawa Zinedine’a Zidana.
Jest to sprawa ważna nie tylko dla futbolistów i ich fanów, ale również dla krętych dróg przyszłości Europy. O ile bowiem sprawy polskie widziane z tej perspektywy nasuwać mogą tylko pytanie, jak długo na wschodzie naszego kontynentu, a w dodatku w granicach Unii Europejskiej, utrzymać się może anachroniczny, konserwatywny ustrój polityczny oparty na prowincjonalnym nacjonalizmie, o tyle sprawa Zidane’a rodzi pytanie, czy możliwa jest harmonijna Europa. Wielorasowa i wielokulturowa, którą nasz kontynent już się staje, a równocześnie harmonijna właśnie.
Ktoś powiedział, że ile wart jest Zidane, tyle jest warta francuska reprezentacja narodowa, i zdanie to potwierdziło się dokładnie. Johann Harscoet, dziennikarz francuskiego „L’Équipe”, twierdzi jednak coś więcej – a więc że jak jest z Zidanem, tak jest z samą Francją, a dokładniej z francuskim modelem integracji mieszkańców Galii z przybyszami z dawnych francuskich kolonii w Afryce i Azji.
Zidane jest takim właśnie przybyszem, Algierczykiem. Jest także wychowankiem biednych imigranckich przedmieść Marsylii, a więc jednym z tych, z powodu których część Francuzów oddaje swoje głosy na nacjonalistę Le Pena i których bezwzględne usuwanie do krajów, skąd przybyli, zapowiada prawicowy kandydat prezydencki Sarkozy.
Mimo to jednak Zidane stał się symbolem Francji i większość Francuzów odnosi się do niego z szacunkiem, dumą i miłością. Oczywiście, że rację ma Harscoet, pisząc, iż ludzie z imigranckich dzielnic lub w ogóle z dzielnic nędzy mogą być Pelem, Maradoną, Zidanem albo nikim, ale tędy w bogatych krajach wiedzie droga społecznego awansu. Tak w Ameryce np. awansowali Polacy – najpierw futboliści lub dzielni i zdyscyplinowani sierżanci, a potem dopiero, po latach, Jaworski, pierwszy bodaj ważny Polak, przywódca związkowy z lat 60., zamordowany zresztą w dziwnych okolicznościach.
Że czymś takim dla Francji jest Zidane, zrozumiał dokładnie prezydent Chirac, który już po drastycznym incydencie na mundialu mówił o Zidanie: „Mam ogromny szacunek dla wartości, które reprezentuje – najwspanialsze cechy, których można szukać w drugim człowieku. Cenię go także za to, że swoją osobą uhonorował Francję”. Chirac nie jest dzieckiem, lecz świadomym politykiem, wiadomo więc, że mówił to nie do Zidane’a, lecz do tych Algierczyków czy muzułmanów, którzy niedawno próbowali podpalić Paryż.
Po tym jak Zidane „bykiem” powalił zawodnika Włochów, podobno też niezłego zakapiora, dziennikarze przypomnieli sobie o serii incydentów, pobić, kopniaków, czerwonych kartek, których dorobił się w swojej karierze Zidane. „Futbol jest grą dla brutalnych dziewczynek, nie zaś dla delikatnych chłopców”, mawiał jednak podobno Oskar Wilde i miał rację. Ale przez cały mundial Zidane wykonywał gesty niezwykłe, pełne kurtuazji wobec przeciwników i sportowej elegancji. Wznosił się na szczyty nie tylko futbolu, ale i savoir-vivre’u, jeśli coś takiego możliwe jest na boisku. Dlatego też zaszokowani komentatorzy sportowi pisali po jego brutalnym ciosie, że Zidane się skończył, zniszczył swoją legendę.
Nie sądzę. Nie tylko dlatego, że dzisiejszy futbol tak się zbrutalizował, że podczas każdego meczu odbywają się – nie na trybunach jedynie, ale i na boisku – sceny fizycznej przemocy, od których włos się jeży i wobec których „byk” Zidane’a nie jest niczym nadzwyczajnym, tyle że może inni ukrywają swoje ciosy lepiej.
Ale Zidane nie skończył się z pewnością jako symbol, lecz nabrał posępnej dwuznaczności. „Nie wiem, co się stało – mówił dość wykrętnie Chirac – ale został za to ukarany”, podkreślając tym samym, że regulaminowa kara, tak jak regulaminowy wyrok za przestępstwo, zamykają sprawę.
My też nie wiemy, co się stało, a okazało się, że to, co powiedział mu włoski zawodnik, mógł powiedzieć każdy łobuz drugiemu łobuzowi. Ale słusznie lub niesłusznie – a walenie głową jest zawsze niesłuszne – przerwało to jakąś tamę. Jeśli Zidane jest więc, jak uważam, jednym ze wspólnych problemów współczesnego świata, to pytanie polega na tym, w którym miejscu przerywa się owa tama i otwiera się droga gwałtu i brutalności. Tak przecież całkiem niedawno przerwała się ona, nie po raz pierwszy zresztą, w Paryżu i w innych miastach Francji. Podobnie podczas gorącego lata przerywała się wielokrotnie w Ameryce, w Los Angeles i gdzie indziej.
Są dwie metody – łatać przerwaną tamę siłą albo fałszywie unikać wyrazów i gestów, które prowadzą do eksplozji. Szczerze mówiąc, obie są złe.
I to jest właśnie problem Zidane’a, nasz wspólny problem, ponieważ chodzi albo o Europę harmonijną, albo też pogrążoną w niewyobrażalnym chaosie i nienadającą się do życia.

Wydanie: 29/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy