Żyjemy w czasach klątwy długopisu

Żyjemy w czasach klątwy długopisu

Wybory po polsku: Kidawa odchodzi, Trzaskowski przychodzi, Kaczyński miesza, Duda śpiewa

Polska polityka jest jak zerwany podczas burzy latawiec. Gdzieś fruwa, ale przecież nikt nie wie, co z nim za chwilę się stanie.

Oto krótki zapis ostatnich dni: wybory prezydenckie 10 maja się nie odbyły. Ale i tak mamy pierwszą przegraną. Jest nią Małgorzata Kidawa-Błońska. Platforma Obywatelska wycofała ją z wyścigu. Zastąpi ją prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski.

Poza tym nie wiadomo, kiedy będą nowe wybory i jaki jest kalendarz polityczny. Czy można zgłaszać nowych kandydatów, do kiedy itd. Do końca nie zostało też ustalone, według jakich zasad wybory będą się odbywać – ogólnie tylko określono, że będą hybrydowe. Ale nowa ustawa o wyborach wciąż jest procedowana, teraz trafiła do Senatu.

Mamy zatem kolejną turę chaosu. I to wcale nie koronawirus jest temu winien.

Co z tymi wyborami?

Zacznijmy od wydarzenia spodziewanego, choć bezprecedensowego. Wybory 10 maja się nie odbyły. A to z tego prostego powodu, że nikt ich nie zorganizował. Ktoś poniesie za te niewybory konsekwencje prawne? Pytanie retoryczne. Polska jest na takim etapie, że wszelkie przepisy prawa, Kodeks wyborczy itd., zeszły na drugi plan. Prawo, jego zapisy – to wszystko jest płynne. Jak u Karola Marksa, prawo odzwierciedla aktualny układ sił politycznych. Kto silniejszy, ten w tym prawie wyrąbuje sobie więcej. I tyle.

Wedle Prawa i Sprawiedliwości kolejnym terminem wyborów prezydenckich powinien być 28 czerwca. PiS ma w Sejmie większość, bo Gowin też jest za tym terminem, więc teoretycznie wszystko powinno pójść już gładko. Tylko że w żaden sposób nie zgadza się to z istniejącymi przepisami.

Zerknijmy na kalendarz wyborczy. Marszałek Sejmu Elżbieta Witek ma obowiązek rozpisać nowe wybory w ciągu 14 dni od stwierdzenia przez Sąd Najwyższy nieważności wyborów wobec ich nieodbycia. I już jest pierwsza wątpliwość – czy to Sąd Najwyższy będzie stwierdzał, czy wystarczy uchwała Państwowej Komisji Wyborczej? Jeżeli tę prawną przeszkodę przejdziemy, pojawią się nowe. Otóż marszałek Sejmu musi nową datę wyborów wyznaczyć na dzień nie późniejszy niż 60 dni od ogłoszenia. Jeżeli będzie ją ogłaszać np. 20 maja, to wybory muszą się odbyć nie później niż 19 lipca.

Ale są i inne utrudnienia. Otóż zgodnie z kalendarzem wyborczym w wyborach mogą startować tylko kandydaci zgłoszeni przez komitety wyborcze. Komitety trzeba zaś zgłosić do PKW 55 dni przed głosowaniem, a samych kandydatów – najpóźniej 45 dni.

Policzmy – jeżeli wybory miałyby się odbyć 28 czerwca, to już minął termin zgłaszania komitetów wyborczych i kandydatów. Skąd więc pomysł, by wycofać Kidawę-Błońską? Z jakiego przekonania on wynika?

Oczywiście byłoby rozsądne przesunąć wybory przynajmniej o parę tygodni. Kalendarz wyborczy dotyczy bowiem także działań PKW i przygotowań organizacyjnych – trzeba m.in. powołać okręgowe komisje wyborcze, zrekrutować członków komisji wyborczych, zatwierdzić wzory kart i karty wydrukować… Te wszystkie czynności są regulowane prawem i mają swoje określone terminy.

Kłopot w tym, że prawo… nie istnieje. Obowiązuje wciąż ustawa o wyborach pocztowych, niemożliwa do zrealizowania, a nad nową, regulującą najbliższe głosowanie, prace rozpoczyna Senat. I ma 30 dni, żeby je zakończyć.

Możemy więc w ciemno zakładać, że tym razem do przeprowadzenia wyborów też potrzebna będzie zgoda polityków. Mówi się zresztą o spotkaniu Grodzki-Duda (Kaczyński z Grodzkim nie chciał rozmawiać), podczas którego wyjaśnione mają być wszystkie sporne sprawy. Czy tak się stanie?

W takie rozwiązanie wierzy Jarosław Gowin. Mówił on, że Senat mógłby po prostu poprawić przegłosowaną przez PiS ustawę, skrócić terminy wyborcze. Ale czy senatorowie będą chcieli przyłożyć rękę do pisowskiego niechlujstwa? Przecież gdyby posłowie nie pisali tej nowej ustawy na kolanie, gdyby na jej przyjęcie w Sejmie dali sobie choćby dwa-trzy dni, a nie kilka godzin, te wszystkie błędy pewnie dałoby się wyłapać.

Przyjmijmy więc na razie taką wersję: nie wiadomo, kiedy będą wybory. Ani na jakich zasadach. Niechlujstwo prawne PiS i niechęć do współpracy z opozycją są górą.

Do tego mamy opozycję, która w sposób coraz bardziej irytujący nie jest w stanie wypracować wspólnego stanowiska w najprostszych i najbardziej oczywistych sprawach. Nie potrafi czegokolwiek jasno zakomunikować. Jakby zaraziła się od PiS wirusem krętactwa. To też jest nieszczęście.

Platforma w odwrocie

Nie wiadomo, kiedy będą wybory, za to wiadomo, że nie będzie w nich startowała Małgorzata Kidawa-Błońska. W piątek, 15 maja, kandydatka PO ogłosiła rezygnację. Oczekiwano tego już od jakiegoś czasu, kolejne sondaże były dla kandydatki bezlitosne, miała w nich po parę procent poparcia.

Gdy kilka miesięcy temu, po wyborach parlamentarnych, Małgorzata Kidawa-Błońska stawała do wyścigu prezydenckiego, miała wszelkie papiery, by zawalczyć o wygraną. Była jedynką Koalicji Obywatelskiej w wyborach w Warszawie, osiągnęła w nich znakomity wynik, zebrała więcej głosów niż Jarosław Kaczyński. Prezentowała się elegancko, dostojnie, z wdziękiem obnosiła jako prawnuczka Władysława Grabskiego.

Pierwsze sondaże dawały jej grubo ponad 20% poparcia, czyli pewne wejście do II tury. Co to oznaczało? Wiadomo, II tura wyborów prezydenckich, jeśli do niej dojdzie, będzie rodzajem plebiscytu – jesteś za PiS czy przeciw? Czyli wejście do niej oznacza wielkie szanse na pokonanie Dudy.

Innymi słowy, Małgorzata Kidawa-Błońska do wyborów prezydenckich startowała ze znakomitej pozycji. Mając bardzo dobre poparcie, aparat największej partii opozycyjnej i kilka miesięcy na udowodnienie Polakom, że jest najlepsza. Po kilku miesiącach poparcie dla niej spadło do 2-4%.

Dlaczego tak się stało? Najczęściej tłumaczone jest to tym, że w czasie forsowania ustawy pocztowej Małgorzata Kidawa-Błońska wzywała do bojkotu tak organizowanych wyborów. Do zbojkotowania farsy i oszustwa. A jednocześnie nie wycofywała swojej kandydatury.

Jednych to myliło, natomiast drugich śmieszyło. Bo gdzie tu rozum – wzywać do bojkotu wyborów, w których się startuje? W efekcie jej wyborcy wskazywali w sondażach, że głosować nie będą. Nie wypełniali więc dalszej części badania – na kogo oddasz głos. W ten sposób Kidawa-Błońska zaczęła szorować po sondażowym dnie.

Przypadek z wezwaniem do bojkotu to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Bo na porażkę Kidawy-Błońskiej złożyło się wiele innych czynników.

Po pierwsze, szła ona do wyborów jako kandydatka partii. A ta partia przeżywa wyraźny kryzys, zapada się na naszych oczach, jest skłócona i bardziej szkodzi, niż pomaga.

Platforma nie podniosła się po utracie władzy pięć lat temu, to jest partia ludzi chętnych do rządzenia, ale poza chęciami i przekonaniem o własnej doskonałości niewiele mająca do zaoferowania wyborcom. Ewidentnie ten projekt polityczny się skończył, PO musi się przeformatować, ciepła woda w kranie to dziś za mało.

Te kłopoty widać było w kampanii Kidawy-Błońskiej. Kandydatka nie potrafiła zająć stanowiska w żadnej ważniejszej sprawie, a jeżeli już zajęła – to nie potrafiła go obronić. Gasła w oczach.

Po drugie, w wyborach prezydenckich liczy się osobowość – wyborcy patrzą na telewizyjny ekran i oceniają, czy kandydat jest elok-
wentny, dobrze się prezentuje i czy ma naturę lidera. A tej ostatniej Kidawie-Błońskiej brakowało. Symbolem stały się jej konferencje prasowe, kiedy obok niej stał Borys Budka i podpowiadał, co ma mówić. To było działanie o wielkiej sile destrukcyjnej – oto kandydatka na prezydenta bez własnego zdania, powtarzająca coś po szefie partii.

Jej wyborców zaczęli przejmować inni kandydaci. Tacy, po których widać, że im się chce. Władysław Kosiniak-Kamysz, bardziej konserwatywny, zwracający się do mieszkańców mniejszych miejscowości. No i Szymon Hołownia, gwiazda TVN, liczący na elektorat PO, Nowoczesnej i młodzież.

I rzecz trzecia – PO otoczona była i jest różnymi grupami sympatyków, publicystów, działaczy. Tworzą oni towarzystwo mocno egzaltowane, rozgadane, związane z największymi miastami, więc raczej oderwane od tzw. polskiej rzeczywistości, no i chętnie deliberujące o polityce, choć rzadko trafnie. Kidawa-Błońska szybko stała się jego ofiarą. Nie potrafiła jako lider narzucić swojego spojrzenia na Polskę, więc płynęła z nurtem. Ulegała podpowiedziom, przejmowała się (takie można odnieść wrażenie) słowami troski i krytyki. Tak oto ogon kręcił psem.

Czy jej następca w roli kandydata PO w wyborach prezydenckich uniknie tych błędów? Pokaże osobowość lidera, samca alfa, pociągnie za sobą pół Polski? Czy wystarczy mu na to tych parę tygodni, które zostały do wyborów, kiedy Kidawie-Błońskiej nie starczyło pół roku?

Panika u Dudy (i nadzieja)

Nikt na te pytania nie potrafi odpowiedzieć i to jest miara nieobliczalności polskiej polityki. Tu w sondażach króluje Andrzej Duda, ma ponad 40% poparcia, a czasami ponad 50%, choć gołym okiem przecież widać, że nie zasługuje nawet na 5%.

Ale nie znęcajmy się nad Dudą, gdyż najboleśniejsze ciosy i tak spadają na niego ze strony PiS. Ten najdotkliwszy przyszedł w środę, 6 maja. Andrzej Duda właśnie debatował w TVP z kontrkandydatami, a w tym samym czasie Jarosław Gowin z Jarosławem Kaczyńskim przekładali termin wyborów prezydenckich. Trudno o bardziej dobitny dowód, że Duda w politycznym rozdaniu jest ledwie pionkiem w grze. On to wie i widać to po nim.

Jego kampania też wyhamowała, on już nawet nie ma siły udawać, że coś znaczy, że wydaje polecenia premierowi itd. Gdzieś zniknęły te konferencje, podczas których mówił Morawieckiemu, jak działać, jak rozdawać pieniądze.

Po prostu wszyscy wiedzą i widzą, że w systemie władzy PiS Andrzej Duda jest gdzieś daleko. W okolicach marszałek Witek. Za nią czy przed nią? A jakie to ma znaczenie?

To również tłumaczy, dlaczego prezydent wziął udział w zabawie w rapowanie, ośmieszając się potężnie. Śpiewanie piosenek to akurat jest poziom jego kompetencji i możliwości. Można rzec, że do tej roli sprowadził go system PiS. Ale nie jest to do końca prawdą – bo to także efekt miernych możliwości intelektualnych Andrzeja Dudy i jego charakteru.

Prezydentura w czasach Andrzeja Dudy uległa dewaluacji. Prezydent stał się notariuszem rządzącej większości, notariuszem prezesa, nie ma wpływu ani na bieżącą politykę, ani na życie intelektualne Polaków. Wałęsa, Kwaśniewski, nawet Lech Kaczyński – oni odcisnęli i na prezydenturze, i na Polsce swoje piętno. Potem przyszła klątwa żyrandola, a teraz żyjemy w czasach klątwy długopisu.

Dlatego Polacy instynktownie kojarzą dziś prezydenturę jako posadę trzeciorzędną. Prezydenta widzą w roli wodzireja na festynach. I taką miarę przykładają do innych kandydatów. To dlatego tak im słabo idzie, bo gdzie im w tych konkurencjach walczyć z Dudą.

Kaczyński, PiS, Duda… Oni wszyscy ciągną Polskę w dół.

To jest zresztą zdanie na zakończenie – jeżeli ktoś chce wygrać z Dudą, musi wpierw odbudować obraz prawdziwej prezydentury i prawdziwego prezydenta. Słowem, gestem. I zachwycić tym Polaków.

Fot. Jakub Kamiński/East News

Wydanie: 21/2020

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy