Wojna o suwerenność w czasach cyfrowej rewolucji

Wojna o suwerenność w czasach cyfrowej rewolucji

Korporacje internetowe zarabiają miliardy dolarów, ale płacą groszowe podatki

Robi wszystko, co każą Amerykanie, chętniej łupi zwykłych obywateli niż wielkie korporacje, a do tego wypina się na wszystkich europejskich partnerów – tak skrótowo przedstawia się obraz polityki polskiej prawicy w oczach jej krytyków. Jak to stereotyp – malowany jest grubą kreską i bywa niesprawiedliwy. Ale zdarzają się sytuacje, gdy prawda przerasta karykaturę. I nawet wyrozumiali i nieszukający dziury w całym obserwatorzy zdziwieni rozkładają ręce. Historia podatku cyfrowego to opowieść właśnie o tym.

O tym, jak rząd PiS mógł opodatkować korporacje cyfrowe i uzyskać dzięki temu dodatkowe pieniądze na realizację kampanijnych obietnic, nie obciążając daniną przeciętnych zjadaczy chleba, bo na podatek złożyłyby się w większości zagraniczne firmy. Mało tego, sama Komisja Europejska zachęcała do wdrożenia u nas takiego rozwiązania. Wizyta wiceprezydenta USA Mike’a Pence’a i nierealistyczne (jak już dziś wiemy) mrzonki o Forcie Trump poskutkowały tym, że nic podobnego na razie się nie wydarzy. Decyzja ta pozbawia nas w ciągu całej kadencji od 1 mld do 5 mld zł.

Skąd jednak te miliardy miałyby się wziąć? Czym w ogóle jest podatek cyfrowy? I dlaczego Polska nagle zmieniła front w sprawie, w której rząd był dotychczas jednomyślny? Zacząć trzeba od początku – czyli od pieniędzy.

Astronomiczne kwoty

Jak wyobrazić sobie miliard dolarów? Dziesięć miliardów? Sto? Szacunkowy majątek najbogatszego człowieka na świecie, Jeffa Bezosa, wynosi właśnie tyle – 100 mld dol.

Jak policzył portal Business Insider, Bezos musi wydać milion, żeby odczuć w portfelu różnicę porównywalną z wydaniem przez przeciętnego Amerykanina… jednego dolara. Dom na Lazurowym Wybrzeżu jest przy majątku Bezosa takim obciążeniem finansowym jak dla zwykłego człowieka duży kubek kawy w Starbucksie. Według magazynu „The Atlantic” Bezos musiałby przepuszczać 28 mln dol. dziennie wyłącznie po to, żeby – biorąc za punkt odniesienia miniony rok – nie powiększać majątku. Żeby w całości wydać 100 mld dol., trzeba kupować nowe auto marki Lamborghini codziennie przez tysiąc lat. Skala wymyka się wyobraźni.

Bezos jest założycielem Amazona, największego internetowego sklepu obracającego zarówno dobrami fizycznymi (takimi jak książki lub elektronika), jak i cyfrowymi (e-booki, wypożyczanie filmów, cyfrowa telewizja itd.). Amazon powstał w latach 90. w USA, dziś jest najwyżej wycenianą firmą na świecie – jej wartość przekracza już bilion (1 000 000 000 000) dolarów. Już samo to pokazuje, jak dynamicznie rozwijają się platformy cyfrowe – w kategoriach realnej wartości mogą z nimi konkurować wyłącznie molochy przemysłowe Chin, zrzeszające całe olbrzymie branże.

Jednocześnie za ostatni rok Amazon nie zapłacił w ojczyźnie, czyli w USA, ani dolara podatku dochodowego! Więcej, biorąc pod uwagę deklarowane koszty działalności, to rząd federalny w Waszyngtonie powinien zwrócić Amazonowi ponad 100 mln dol. „nadpłaty”. Co prawda, internetowy gigant zadeklarował w podatkach stanowych sporo ponad 1 mld dol., ale ta kwota – wydawałoby się pokaźna – jest i tak dużo mniejsza niż należność z tytułu amerykańskiego podatku korporacyjnego od idących w dziesiątki miliardów zysków. A przecież prezydent Trump już obniżył podatki od korporacji o jedną trzecią – do niedawna wynosiły 35%. Jak więc coraz częściej zwracają uwagę eksperci i ekspertki, firmy technologiczne grają według zupełnie innych reguł niż tradycyjny biznes, średnio płacąc kilku- lub kilkunastokrotnie mniejszy odsetek. A fortuny takie jak Bezosa, mówią krytycy – już nie tylko lewicowi – biorą się z internetowej aktywności setek milionów użytkowników, którzy tak czy inaczej płacą za usługi w internecie, ale ich dostawcy prawie wcale z tych miliardów się nie rozliczają.

I bynajmniej nie jest to – o ile kiedykolwiek był – wyłącznie amerykański problem. Wraz z kolejnymi pomysłami Komisji Europejskiej, by pociągnąć globalne korporacje do odpowiedzialności, także Polska staje się polem bitwy między suwerennością państwa a potęgą globalnych graczy cyfrowych.

Skąd te miliardy?

Polska, rzecz jasna, w tej batalii nie ma aż tyle do wygrania co USA czy Wielka Brytania. Ale mylą się ci, którzy uważają, że jesteśmy w jakimś sensie zapóźnioną gospodarką, którą problemy cyfrowej rewolucji dotykają w mniejszym stopniu niż europejskich sąsiadów. Polska jest w Unii szósta pod względem liczby aktywnych użytkowników sieci, a z uwagi na centralne położenie w regionie walczymy o obecność przedstawicielstw największych i najważniejszych firm z branży usług cyfrowych – bo chcemy być centrum, hubem, jak to się modnie mówi, dla całej Grupy Wyszehradzkiej i Europy Środkowej.

Mamy własnych czempionów w branży cyfrowej, takich jak producent gier wideo CD Projekt Red czy platforma Wirtualna Polska. Jako społeczeństwo ponadprzeciętnie często korzystamy z informacji w sieci i mamy wysoki odsetek zarejestrowanych użytkowników portali i aplikacji społecznościowych. Każdego roku wytwarzamy dziesiątki miliardów złotych w sektorze gospodarki cyfrowej. Dziesiątki miliardów, które są opodatkowane w znikomym procencie. Zyski z tych usług są zaś często od razu transferowane do innych krajów i nie przechodzą w ogóle przez ręce naszych urzędników skarbowych.

Agnieszka Kosik, szefowa Facebooka w Polsce, nie chciała w rozmowie z portalem Money.pl odnieść się do branżowych szacunków mówiących, że Facebook na reklamach kupowanych na platformach społecznościowych zarabia w Polsce ponad pół miliarda złotych. „Nie jestem w stanie tego skomentować – odparła. – Jesteśmy spółką giełdową. Co kwartał podajemy przychody globalne. Lokalnych liczb, niestety, nie podajemy”.

Kwota przychodów, którą podaje sam polski oddział Facebooka, jest jednak prawie 20-krotnie niższa – 30 mln zł. A zadeklarowany fiskusowi zysk netto polskiego Facebooka w 2018 r. wyniósł nieco ponad 4 mln zł. Dysproporcję widać gołym okiem.

Według raportu IAB AdEx, który mierzy wartość reklamy cyfrowej w Polsce, dwie największe firmy z Doliny Krzemowej, Facebook oraz Google, miały aż połowę udziału w tym rynku, którego wartość przekroczyła w 2018 r. 4,5 mld zł. Zgodnie z szacunkami Money.pl Google wyciąga na polskim rynku reklamy cyfrowej 1 mld zł rocznie. Mimo to podatki, które płacą najwięksi gracze na rynku cyfrowym, tzw. grupa GAFA – Google, Amazon, Facebook, Apple – pozostają w Polsce na dość niskim, jak na skalę ich działania, pułapie: od miliona w przypadku Facebooka do kilkunastu milionów, jakie zapłacił Amazon.

Skąd się bierze różnica między szacowanymi a deklarowanymi przychodami i podlegającym opodatkowaniu zyskiem? Na to pytanie odpowiada Jan Jakub Zygmuntowski, ekonomista i prezes think tanku Instrat: – Cyfrowi giganci korzystają z dobrze znanego i opisanego przez specjalistów od unikania opodatkowania schematu księgowego „podwójna irlandzko-holenderska kanapka”. Co to znaczy? Przychody są rejestrowane w irlandzkiej spółce, następnie przesuwane do pustej spółki w Holandii i ponownie do zarejestrowanej w Irlandii – jednak z siedzibą na Bermudach, gdzie nie obowiązują podatki od zysków firm. Ta sztuczka jest używana globalnie do zaniżenia łącznego efektywnego opodatkowania do poziomu poniżej 5%, co dotyka także Polskę.

Zdaniem Zygmuntowskiego szacunki mówiące o dziesięciokrotnej rozbieżności między deklarowanym przez korporacje cyfrowe przychodem a realnym udziałem w polskim rynku są wiarygodne, natomiast dane przekazywane do urzędów skarbowych przedstawiają obraz dalece niekompletny.

Znając udostępniane od niedawna przez Ministerstwo Finansów informacje na temat największych płatników CIT, można bez większej przesady stwierdzić, że w naszym kraju cyfrowi giganci płacą łącznie tyle podatku dochodowego, ile jedna duża sieć marketów – np. IKEA lub Leroy Merlin. To wciąż lepiej niż nic, prawda? – podsuwają co bardziej prorynkowo nastawieni obserwatorzy. A przecież Facebook – jak mówiła minister Jadwiga Emilewicz – w roku 2017 zapłacił zerowy CIT. Dziś premier Morawiecki dodaje, że przecież jest lepiej: wpływy z podatków korporacyjnych w naszym kraju rosną, a za PO stały w miejscu.

Ale tę kwestię można odwrócić. Pytać nie o to, w jakim stopniu gospodarka cyfrowa dokłada się do budżetu, lecz o to, ile budżet traci przez to, że podmioty działające na tym rynku wymykają się tradycyjnym podatkom. I na to pytanie jest odpowiedź.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 49/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. AP/East News

Wydanie: 49/2019

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy