80 Miesięcznic

80 Miesięcznic

Jarosław Kaczyński, bardzo zręczny manipulator, wymyślił comiesięczne narodowo-katolickie msze nienawiści politycznej, w których uczestniczyło początkowo wiele tysięcy warszawiaków i trochę ludzi sprowadzonych z terenu Polski. Odbywały się latach 2010-2017.

Marsze-Miesięcznice Jarosław Kaczyński prowadził pod Pałac Prezydencki, w którym do 2015 r. rezydował ówczesny Prezydent Bronisław Komorowski, wybrany w przedterminowych wyborach prezydenckich po śmierci Lecha Kaczyńskiego w katastrofie smoleńskiej (sobota, 10 kwietnia 2010 r.), której sam Jarosław Kaczyński był współwinnym.

Tam J. Kaczyński wygłaszał tyrady o tym, że katastrofa smoleńska to nie był żaden wypadek lotniczy, lecz wynik zamachu, zrealizowanego (według początkowej absurdalnej wersji) rozpyleniem przez Rosjan sztucznej mgły, albo (wersja późniejsza) wybuchem umieszczonych w samolocie środków wybuchowych –co mieli zorganizować Putin i Donald Tusk. Owe Miesięcznice-Marsze Smoleńskie kończyły się każdorazowo agresywnym przemówieniem J. Kaczyńskiego i mszą świętą w pobliskim kościele, co miało duży wpływ na religijnych Polaków.

Do udowadniania tezy o zamachu jako przyczynie katastrofy smoleńskiej PiS, partia, której prezesem jest J. Kaczyński, zorganizowała już w lipcu 2010 r. Zespół parlamentarny do wyjaśnienia przyczyn katastrofy rządowego samolotu Tu-154 w Smoleńsku. 20 lipca 2010 r. ówczesny minister obrony Antoni Macierewicz został przewodniczącym tego zespołu, którego potoczną nazwą jest Komisja Macierewicza. Przewodniczący powołał do swojej komisji niektórych uczonych polskich i Polaków z zagranicy. Żaden z nich nie był specjalistą mechaniki lotu ani specjalistą budowy płatowców.

Udziału w Komisji Macierewicza odmówili wszyscy bardziej znani zagraniczni specjaliści badania wypadków lotniczych po zapoznaniu się z publikowanymi materiałami oficjalnych komisji – rosyjskiej i rządowej polskiej.

Miesięcznice – ceremonie w ogóle nieznane ani tradycji katolickiej, ani polskiej tradycji historycznej – działały stosując metodę ciągłego powtarzania kłamliwych i nienawistnych haseł ideologicznych, udoskonaloną przez ministra propagandy III Rzeszy, J. Goebbelsa. Jarosław Kaczyński zastosował dość skutecznie tę metodę do rozpowszechniania i utrwalania wymyślonej przez siebie tezy o zbrodniczości Donalda Tuska, PO i Rosji Putina.

W toku kilkuletniego działania Komisja Macierewicza do dziś nie wykonała żadnych oględzin części wraku zebranych na lotnisku w Smoleńsku. A jest to pierwsza obowiązkowa czynność powypadkowych komisji lotniczych. Rosja zawsze udziela zgody na takie technicznie uzasadnione wizytacje, oczywiście bacznie obserwując, czy wizytujący czegoś we wraku nie naruszają lub nie podrzucają fałszywych dowodów. Z tego samego powodu Rosja – dla Polaków „oburzająco” – nie godzi się na wydanie wraku do czasu „zakończenia badania katastrofy przez rosyjskie służby śledcze”, a w rzeczywistości do pełnego przyznania przez Polskę i polskie społeczeństwo, że katastrofa smoleńska została spowodowana przez załogę samolotu, a nie przez rosyjski zamach.

Cały ciąg miesięcznic skończył się nagle, jak nożem uciął, gdy Kaczyński zorientował się, że Komisja Macierewicza do niczego nie dochodzi, nie znalazła żadnych dowodów wybuchu jako przyczyny katastrofy, że cała akcja miesięcznic staje śmieszna i że w marszach bierze udział coraz mniej ludzi. Kaczyński zaś najbardziej boi się śmieszności. Co jednak musi budzić zdumienie racjonalnie myślących ludzi, zaślepieni uczestnicy owych marszów w ogóle nie zauważyli robienia z nich durniów przez siedem lat.

Szczegóły katastrofy

Renomowanych specjalistów badania wypadków lotniczych jest szereg na świecie, bo mimo dużego postępu techniki lotniczej i wysokiej jakości szkolenia pilotów samolotów pasażerskich, wypadki i katastrofy lotnicze zdarzają się jednak stosunkowo często, gdyż obecnie lata się bardzo dużo – w powietrzu jest stale parę lub nawet kilkanaście tysięcy samolotów cywilnych, i to przez całą dobę i cały rok. Wypadki rzadko zdarzają się z przyczyn technicznych, zaś często powodowane są przez błędy pilota i załogi lub naziemną obsługę lotów.

Jeden z uczonych powołanych do Komisji, Polak dr Wiesław Binienda z USA, specjalista z dziedziny materiałów kompozytowych, ale nie specjalista lotniczy, dowodził, że samolot nie mógłby utracić części skrzydła w wyniku zderzenia go z drzewem i dlatego musiał się rozlecieć w powietrzu wskutek wybuchu podłożonej bomby. Jego długie wywody wytrzymałościowe opierały się na błędnym założeniu pomijającym istotny czynnik, że skrzydło było wówczas obciążone nie tylko siłą wynikającą ze zderzenia, ale też siłą aerodynamiczną, która utrzymywała w powietrzu samolot o masie blisko 100 ton. Zachodziło zatem obciążenie złożone, powodujące niszczące wytężenie materiału.

Odcięcie górnej części brzozy przez metalowe elementy zostało bezspornie udokumentowane, a obie części drzewa uszkodziły tak bardzo nośne części skrzydła, że reszta jego struktury nie wytrzymała i nastąpiło złamanie i oderwanie. Głosowy rejestrator zapisał faktycznie dwa odgłosy: jeden podczas zderzenia i drugi przy oderwaniu skrajnej części skrzydła. Rejestrator mechaniczny również zapisał dwa wstrząsy następujące niemal zaraz jeden po drugim, wywołane zderzeniem i oderwaniem.

W ciągu ponadstuletniej historii lotnictwa wojskowego i cywilnego po każdej z niezliczonych katastrof starano się dojść do ich przyczyn i wydawano zalecenia konstrukcyjne, gdy powód był techniczny, oraz instrukcje zapobiegawcze dla pilotów i obsługi naziemnej, gdy to oni byli winni. Zebrano olbrzymie doświadczenie, a wydane instrukcje są obowiązkowe dla całego personelu lotniczego danego kraju. Warto wspomnieć, że niepisaną, nieco żartobliwą regułą w szkoleniu polskich pilotów było dawniej powiedzenie: „zabić się wolno tylko regulaminowo”, czyli że bez własnej winy zginąć można tylko z przyczyn całkowicie niezależnych od pilota, stosującego się ściśle do obowiązujących przepisów i nakazów. Tej reguły rażąco nie zastosował pierwszy pilot samolotu prezydenckiego Arkadiusz Protasiuk w feralnym locie do Smoleńska. W Polsce panuje zaś nieuzasadniona wiara w specjalne talenty lotnicze wszystkich polskich pilotów, z natury lepszych niż zagraniczni.

Komisja Smoleńska Macierewicza zarządziła nawet ekshumacje zwłok z grobów, co mocno oburzało członków rodzin pochowanych ofiar. Ekshumacje miały dowieść, że na ubraniach ofiar osiadły resztki ze spalenia materiałów wybuchowych użytych w rzekomym zamachu; takich jednak nigdzie na zwłokach nie udało się wykazać. A jeśliby był zamach i wybuch, to takie cząstki osiadłyby przede wszystkim na tapicerce kabiny pasażerskiej, co łatwo można było zbadać na wraku. Okoliczność, że ekshumacje wolno prowadzić tylko w porze zimnej, powodowała, że taki propagandowy, pseudośledczy proceder można byłoby prowadzić jeszcze długo, co było celem Macierewicza, który sam pewnie dobrze wiedział, że żadnego zamachu nie było, ale zależało mu na wieloletnim kontynuowaniu nienawistnej propagandy Kaczyńskiego. A członkowie wieloosobowej Komisji Macierewicza zbierają się rzadko, ale do dziś pobierają wysokie wynagrodzenia, więc nie są skorzy zakończyć jej istnienie.

Faktycznie katastrofa smoleńska była skutkiem dużej niekompetencji pierwszego pilota samolotu prezydenckiego A. Protasiuka i szeregu przyczyn pośrednich. Cały lot miał umożliwić uświetnienie uroczystej żałobnej mszy św. w Katyniu, gdzie w latach II Wojny ZSRR zamordował kilka tysięcy polskich oficerów i innych ważniejszych Polaków, ujętych na terenach zajętych jesienią 1939 r. na podstawie umowy Ribbentrop-Mołotow. Nieoficjalnym, ale istotnym celem uroczystości katyńskich było promowanie Lecha Kaczyńskiego przed zbliżającymi się wtedy wyborami prezydenckimi, w których ubiegał się on o drugą kadencję prezydencką. Perspektywy jego ponownego wyboru były wówczas jednak złe. Lech Kaczyński zaprosił więc do udziału w pielgrzymkowym locie pełne delegacje Sejmu, Senatu, Dowódców Wojsk, partii i kilku organizacji politycznych. W tragicznie zakończonym locie zginęło 96 osób, w tym też sam Lech Kaczyński (główny dysponent lotu), wszyscy pasażerowie i załoga.

Nieszczęsny samolot to Tu-154, o numerze operacyjnym i potocznej nazwie Tu-101. Planowana trasa to Warszawa Lotnisko im. Chopina – Smoleńsk-Siewierny. A lotnisko Siewierny to dawne sowieckie i obecnie rosyjskie lotnisko wycofane z normalnego użytkowania, słabo wyposażone i źle utrzymane. Stan tego lotniska był w pełni wiadomy polskiemu lotnictwu wojskowemu i pierwszemu pilotowi Arkadiuszowi Protasiukowi. Lądował on tam kilka dni wcześniej jako II pilot samolotu, którym leciał do Smoleńska ówczesny premier Donald Tusk na spotkanie z Putinem. Był to wtedy premier Rosji, który w czasie tego spotkania pierwszy raz oficjalnie w imieniu Rosji przyznał, że mord katyński był zbrodnią popełnioną przez ZSRR i przepraszał za nią. To przyznanie niejako „zabrało wiatr” z politycznego celu organizowanych przez Lecha Kaczyńskiego uroczystości katyńskich, w których miał on tę prawdę dopiero oficjalnie piętnować w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej.

W rzeczywistości bezpośrednim sprawcą katastrofy był pierwszy pilot Arkadiusz Protasiuk, a techniczną przyczyną katastrofy było zejście samolotu poniżej minimalnej wysokości – limitu zniżania, przy nadmiernej prędkości opadania, w warunkach atmosferycznych uniemożliwiających wzrokowy kontakt z ziemią i spóźnione rozpoczęcie procedury odejścia na drugi krąg. Pilot Protasiuk nie umiał dobrze skierować samolotu na oś linii podejścia do lądowania (oś pasa lądowania), nie umiał utrzymać odpowiedniego kąta schodzenia na poziom pasa i prędkości samolotu względem ziemi, a przede wszystkim zniżył się poniżej dopuszczalnego wysokościowego limitu podchodzenia do lądowania bez widoczności ziemi. W przypadku miernych kwalifikacji pilota Protasiuka ten limit wynosił 120 m (a 100 m dla bardziej doświadczonych). Jeśli pilot zniżając się jeszcze nie widzi ziemi na wysokości swego limitu, to ma obowiązek przerwać lądowanie i albo próbować nowego, trwającego kilkanaście minut podejścia z okrążaniem lotniska na wysokości ok. 1000 m, albo od razu odejść na inne lotnisko. Pilot Protasiuk jednak świadomie schodził nawet poniżej 100 m czekając na zapowiedziane dyspozycje Prezydenta, których nie było do chwili zderzenia samolotu z drzewem i ziemią.

Było też kilka innych pośrednich przyczyn katastrofy:
– Prezydent L. Kaczyński i Dowództwo Wojsk Lotniczych zakazali w wojsku kilka lat przed katastrofą nauki języka rosyjskiego; było to co najmniej dziwne wobec faktu, iż polskie wojska lotnicze miały w ramach NATO walczyć z lotnictwem rosyjskim, w którym nie mówi się po angielsku, a tylko po rosyjsku. Jedynym członkiem załogi znającym język rosyjski był pierwszy pilot Protasiuk, mający w czasie lądowania wiele innych zadań niż rozmawianie z „Wieżą”, która podaje pilotom aktualną w danej chwili procedurę lądowania i koryguje ją w razie powstawania zagrożeń. Natomiast drugi pilot samolotu prezydenckiego miał bardzo mały „nalot” (liczba godzin w roli pilota samolotu Tu-154) i w ogóle nie powinien być wybranym do pełnienia swych funkcji w locie tak ważnych osobistości.

– Dowództwo Wojsk Lotniczych zawiniło w 100% wcześniejszej o dwa lata, analogicznej katastrofie (lądowanie bez wymaganej widoczności ziemi) w Mirosławcu; takie bohaterskie (polskie) latanie było przez Dowództwo dozwolone, czy wręcz zalecane. Po tragicznej katastrofie Prezydent winien był zdymisjonować Dowódcę Wojsk Lotniczych, gen. Błasika, za jego nieudolność i skandaliczne braki w szkoleniu lotników. Nasi piloci wojskowi nigdy nie byli kierowani na okresowy trening w pilotowaniu samolotów Tu-154 bez widoczności ziemi, prowadzony na rosyjskich urządzeniach symulacyjnych producenta samolotu Tu. Na niechęć zdymisjonowania gen. Błasika przez Lecha Kaczyńskiego mogła mieć wpływ okoliczność, iż demonstrował on szczególną gorliwość w przystępowaniu do komunii św. podczas uroczystości wojskowych, w czasie których pełnił rolę Dowódcy Polskiego Lotnictwa Wojskowego.

– Pośrednim sprawcą katastrofy był polityk Jarosław Kaczyński, brat bliźniak Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dominujący nad nim intelektem i zdecydowaniem. W czasie lotu przeprowadził z nim krótką, ale tragiczną w skutkach rozmowę. Po tej konsultacji, Lech Kaczyński przedtem powiadomiony przez załogę o bardzo złej widoczności, właściwie polecił jej (każąc jałowo czekać na swe dyspozycje) kontynuowanie schodzenia samolotu do niższego poziomu nad terenem, byle pilot ujrzał pas lądowania i lądował mimo nieodpowiednich warunków atmosferycznych. Przyczyną tej zaiste zbrodniczej rady Jarosława Kaczyńskiego i zwlekania z decyzją jego brata, Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, była okoliczność, iż odejście na odległe o kilkaset kilometrów inne lotnisko opóźniłoby dojazd Prezydenta i jego całej ekipy na uroczystości katyńskie o wiele godzin; nie odbyłyby się one więc i Lech Kaczyński utraciłby przedwyborczy efekt promocyjny owych uroczystości. Sama treść rozmowy braci Kaczyńskich nie została dotąd opublikowana, ale nie ulega jednak wątpliwości, iż została zarejestrowana przez należącą do amerykańskiej firmy sieć telefonii satelitarnej i najprawdopodobniej też przez wywiady innych państw. Żadne wywiady jednak nigdy nie przyznają się do prowadzenia nielegalnych podsłuchów w jakiejkolwiek obcej sieci.

– Ponadto Prezydent Lech Kaczyński nie zgodził się na obecność w samolocie i uczestniczenie w locie proponowanych przez służby kontroli ruchu lotniczego Rosji pomocniczych tzw. prowadzących, tj. pilotów (Rosjan) znających docelowe lotnisko, jego urządzenia techniczne i możliwości „Wieży”. W rzeczywistości była to buda na skraju lotniska, z technicznie przestarzałym radarem lotniskowym. „Wieża” kieruje procesem lądowania samolotów. Wspierająca funkcja nieobowiązkowych w lotnictwie „prowadzących” odpowiada zadaniom pilotów portowych w żegludze morskiej, którzy wchodzą na podkład statku zmierzającego do wyznaczonego miejsca na nadbrzeżu portowym i instruują kapitana statku; odpowiadałby on za kolizje, gdyby nie miał na pokładzie pilota portowego. Brak rosyjskich pilotów naprowadzających w samolocie prezydenckim był również jedną z przyczyn katastrofy, bo od razu korygowaliby oni błędy Protasiewicza i eliminowali trudności w rozumieniu informacji podawanych przez „Wieżę” załodze samolotu. Tych pomocników Kaczyński nie chciał ze względów ambicjonalnych lub z obawy przed ich kontaktami z naszymi pilotami.

Autor z wykształcenia jest mgr. inż. mechanikiem, studia ukończył na Oddziale Lotniczym. Jako pilot sportowy wylatał wiele godzin na ok. 10 typach szybowców i samolotów.

Wydanie:

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy