Do krwi ostatniej

Do krwi ostatniej

Znają Państwo to uczucie, kiedy dentystka nagle mówi coś w rodzaju „och!” i zaczyna gwałtownie pocierać was gazikiem i wydłubywać coś kłującym narzędziem z okolic szczęko-żuchwy? Ogarnia nas wtedy ciekawość i trwoga: co takiego wydarzyło się właśnie w okolicach szczęko-żuchwy, że zasługiwało na podejrzane „och”? Przypuszczamy, że nie było to nic dobrego! Dentystka opanowuje się i obdarza nas telewizyjnym uśmiechem: „Wszystko w porządku”. Na co z wacikami i płynami w paszczy odpowiadamy (umownie rzecz biorąc) jakieś mniej lub bardziej znaczące „gul gul” i sprawa zamknięta.
Po tego typu przygodzie kilka dni temu postanowiłam pocieszyć się miejskimi atrakcjami. Pełna nadziei ruszyłam zapominać o własnej śmiertelności w trzewiach małych, uduchowionych księgarń i oferujących najprostsze rozrywki galeriach handlowych. Po drodze spotkałam przyjaciółkę malarkę. Wypiłyśmy kawę na ławce. Morele, które zjadłyśmy, były gęste i treściwe jak mięso. – Jest tak ładnie, przejdźmy się – zaproponowała Karolina. Ruszyłyśmy więc pieszo przez rozpieszczony słońcem Wrocław, deptakiem pełnym hałaśliwych budek z badziewiem, serami i kiełbasą – aż do galerii handlowej Renoma. – Zajdźmy na soczek – rzuciłam i po chwili penetrowałyśmy eleganckie korytarze chluby lokalnej architektury. Przed wejściem do galerii w gablotce reklamowej zauważyłam plakat z czerwonym, alarmowym znakiem X i adnotacją: „István Kantor. Media revolt. Renoma Wro Art Center”. A ponieważ Centrum Sztuki Wro to instytucja, która gwarantuje progresywną, odważną, refleksyjną sztukę na najwyższym poziomie (od lat organizuje we Wrocławiu słynne na całym świecie Biennale Sztuki Multimedialnej), postanowiłam bliżej zbadać sprawę. Poza tym: Kim jest István? Co oznacza czerwony X kojarzący się z alarmem i zakazem? I wreszcie – jak wygląda współpraca galerii handlowej i instytucji kultury?
Z rurkami sterczącymi z jaskrawych soczków ruszyłyśmy na poszukiwanie Istvána. Wysoki mężczyzna o ponurej fizjonomii i w mundurze ochroniarza wskazał nam olbrzymie pomieszczenie, w którym zgromadził się spory tłum. – Och! Trafiłyśmy na otwarcie! Niestety, wino już zostało wypite. Spotkałyśmy wielu przyjaciół i znajomych dziennikarzy. Wszyscy byli poruszeni. Tłumem wstrząsała gorączka piątkowego wieczoru i ekscytacja, jaka towarzyszy wernisażom. W sali porozstawiane były telewizory wyświetlające wideo artysty – mocne, drastyczne obrazy kojarzące się z porno, przemocą i przekraczaniem granic: tabu, własnej cielesności, muzealnych przyzwyczajeń konsumenta kultury. Na jednym z filmów umazana krwią naga kobieta ze sztucznymi piersiami symulowała stosunek seksualny. Obraz był zaburzony, zacinał się i powtarzał, dodatkowo utrudniając odbiór. Przecież szukałam delikatności i ukojenia! A tu alarm, krew.
Wtedy coś mnie poraziło, dosłownie oślepiło. Był to sam István, a raczej jego diamentowe zęby. Mężczyzna, który stał na środku i przemawiał do publiczności, był starszym, żylastym gościem w typie Iggy’ego Popa (typ: wszystkie dragi, które wrzuciłem w trakcie mojego intensywnego życia, tylko jeszcze lepiej mnie zakonserwowały). Z tyłu głowy miał wytatuowany ciemny prostokąt (z napisem NEOISM), a nad uchem czarny X – jego znak rozpoznawczy. Oklaskiwany frenetycznie przez wyznawców dosłownie promieniał. Na jego pasku lśniła potężna, ciężka klamra, która przyciągała wzrok. I nagle mnie (nomen omen) olśniło: to ów klasyk – bezkompromisowy eksperymentator, krwawy performer, dziki partyzant, o którym opowiadał nam wiele lat temu na wykładach dyrektor Centrum Wro Piotr Krajewski. Nagle Piotr chwycił mnie pod ramię i rzekł, przekrzykując tłum: – Chodź, przedstawię cię! Musisz poznać artystę!
Przeciskaliśmy się przez tłum jak przez ślepą kiszkę. Ludzie gromadzili się niespokojnie wokół stołu, który był jak ołtarz. Artysta kapłan z blond kogutem dokonywał ostatnich przygotowań do performance’u. Fotografowie wycelowali w niego swoje bajeczne maszyny, aparaty ostrzyły cichutko, przesłony mrugały, mikrofony czekały łakomie na start. Wreszcie dotarliśmy do ołtarza. Inni patrzyli na nas w napięciu, zapanowała cisza, w której István wyciągnął do mnie twardą, asertywną dłoń, moje oczy zaś padły na tę drugą, w której ściskał trzy pełne krwi, przezroczyste probówki. – Wytoczył ją sobie dzisiaj, o tu – Piotr wskazał kącik wielkiej sali. Zrobiło mi się słabo. Moja przyjaciółka przezornie zdjęła kurteczkę. I nagle: jeb! István chlusnął krwią na ścianę. Zdołałam zrobić trzy kroki wstecz. Chlust! Zrozumiałam, że robi swój klasyczny X, który wykonywał już nielegalnie w światowych, pilnie strzeżonych muzeach świata. X jako rebelia. X jako sprzeciw dla komercjalizacji sztuki. X jako znak niezależności wobec systemu. A zatem punk is not dead!
Opuściłyśmy salę spocone. Jadąc tramwajem, długo dochodziłyśmy do siebie, a kiedy wreszcie zapukałam do drzwi własnego mieszkania, otworzył mi kolega syna, wcelowując we mnie zakrwawiony palec. – Proszę pani, ma pani plaster?

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy