Miasto dla ciebie

Miasto dla ciebie

Każdy uczciwy hipochondryk wie, jak trudno przygotować się do podróży. Kiedy inni wrzucają do podręcznego bagażu spodnie i mydło, on musi znaleźć miejsce na nawilżacz do nosa, krople do oczu z witaminą C, maść rozgrzewającą, środek przeczyszczający i środek przeciwbiegunkowy, stosy saszetek i plastrów, a wreszcie poduszkę i piłeczkę ortopedyczną, specjalną gumę do ćwiczeń, aspirynę, rutinoscorbin i dalej w tym stylu. Wiem to dobrze. W dodatku styl podróży wykształcił mi się jeszcze w poprzednim systemie, biorę więc w torebkach jabłuszka, w pudełkach migdałki oraz miniasortyment kuchenny typu nóż, łyżka, widelec, nożyczki, korkociąg, ściereczka. Ma się rozumieć, nie istnieje podróż bez książek i butów na zmianę, sami więc Państwo widzą, że robi się gęsto, nudno i przede wszystkim ciężko. Wycieczki po Europie utrudnia fakt, że do samolotu za Boga nie wsiądę, zamiast tego wybierając absurdalnie drogie, długie i niewygodne podróże tzw. sleepingami. A jednak jest poczucie dziwnej satysfakcji, kiedy zapewni się opiekę psu, kotu i papużkom, wyczyści lodówkę, odkurzy mieszkanie, weźmie prysznic i wreszcie idzie się, wlecze, do czyściutkiego samochodu.
Wystarczy jednak po drodze wdepnąć w gówno, by wszystkie migdałki w pudełeczkach, jabłuszka, radiowe piosenki, a nawet Berlin i Paryż – że tak powiem – straciły smak. A trudno ominąć trawniczek, wsiadając z boczku na miejsce pasażera, które nieuchronnie znajduje się przy trawniczku. Cóż, wiozę to polskie, jak mniemam psie, gówno przez pół Europy, wycieram o kępkę w Berlinie, próbuję wystukać w bruk Kolonii, gdzie przesiadam się dalej. I wreszcie dojeżdżam do Paryża, niemal bezwonna, zupełnie wykończona. Podczas gdy inni opuszczają samolot z głową w chmurach, pachnąc kosmetykami z Body Shopu i L’Occitane, z cerą świeżą jak dupcia niemowlaka.
Trzy dni w Paryżu to taka impresja filmowa, wiadomo jedynie, że wino jest tanie jak mleko i że jest bardzo pięknie, a potem trzeba znów wracać sleepingiem, tym razem bez przesiadki w Kolonii – ponad 12 godzin do samego Berlina.
Wyjeżdżam nocą, kabinka wygląda jak kabina w łodzi podwodnej. Mam własny kibel, powinnam się cieszyć, nie zwiększa to jednak poczucia komfortu. Pan konduktor jest niemiecki, wygląda jak Thomas Bernhard i puka tą nocą, otwieram w piżamce, pyta, czy napiję się wina, no jasne, a jak, napiję się. Bernhard przynosi butelkę z zakrętką, uśmiecha się jakoś oszukańczo. To merlot, piję, pociąg się szybko rozpędza. Nie widać żadnych świateł, chyba jedziemy przez pola. Robi się opresyjnie, huk, industrialny ścisk metalu, łoskot maszyn. Jest mi niedobrze i myślę, że Bernhard wrzucił mi coś do wina, na wszelki wypadek zamykam drzwi i kładę się w ciemności z otwartymi oczami. Jadę w ostatnim wagonie, pociąg gna i mój wagonik – coś tak czuję – zaraz się urwie i poszybuje w mrok. Leżę pod dziwnym kątem, jakby do góry nogami, to znaczy zjeżdżam z tej kozetki, z tej pryczy pokładowej i wyobrażam sobie, że mój wagonik tak właśnie zsuwa się z torów w jakąś przepaść albo chociaż mokry rów. Gdzie tonę. W ogóle przypominam sobie wszystkie spektakularne wypadki kolejowe. Mój Boże, czym się ratować, wino jest przecież zatrute! Sięgam do torby i wyciągam książkę: to Bernhard, „Wycinka”. O nie! Ale mam jeszcze coś: macam cienki grzbiet i wyciągam „Spóźniony owoc radiofonizacji” Dariusza Sośnickiego, i zaczynam czytać: „Pociąg stuka radośnie / o purpurowe szyny i mknie przez wysokie trawy na zachód, / w chłodną rzeczową noc, co nie nadejdzie nigdy, lecz trzeba ją negocjować (…)”. No i mój tak właśnie mknie! Myślę sobie: purpurowe szyny! I od tej pory zawsze już będą purpurowe. Czytam dalej, bo mi się robi lepiej od razu, lżej jakby na sercu. Mijam akurat miasteczko jakieś migotliwe, jeszcze francuskie albo już niemieckie, i trafiam właśnie na wiersz o „Mieście dla duszyczki”: „Musi być duże, tak duże, żeby cię nie było widać, / gdy staniesz z nim do wspólnego zdjęcia. / I musi być nocą, tak jasną, żeby cię tym bardziej nie było widać / w morzu świateł (…)”. I nagle robi się niesamowicie, bo wydaje mi się, że jestem w środku tego wiersza, w środku tej książki i zupełnie przestaję się bać. Bo to jakby o mnie! Pociąg staje się bardziej przyjazny – myślę – a wino jakby mniej zatrute. I chociaż jadę do Berlina – czytam o TLK Starosta, że tam jedzie „tata w marynarce, syn pod ścisłą kontrolą” i że ten tata „przez rurkę z kremem przeciąga słowa”. Śmieję się, czytam wszystkie 50 wierszy, a potem błogo zasypiam. Budzę się w Berlinie, Bernhard przynosi mi śniadanie. Wiem już, że kocham tę małą książeczkę, która potrafi wejść w tak bliski kontakt z czytelnikiem. Przede mną zamglony, niemiecki listopad, poranna mżawka i dźwigi, ale nic mi niestraszne, czuję się jak dzidziuś, co się świeżo wylągł, a już chce chodzić i wszystkiego dotykać. Idę do muzeum obok dworca. Pokazują zapętlony czarno-biały film, siadam cichutko na ziemi. Zostanę tu – myślę. Może mnie nikt nie znajdzie. „A zatem tylko miasto, miasto dla ciebie. Duszyczko”.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy