Kiedy zazieleni się Polska?

Kiedy zazieleni się Polska?

Ponad 40 lat temu prof. Charles Reich opublikował książkę „Zieleni się Ameryka” będącą pochwałą ruchu protestu, kontrkultury i młodzieżowego buntu. Kiedy pisał tę pracę, jego studentem na Uniwersytecie Yale był Bill Clinton, późniejszy prezydent USA. Choć w międzyczasie wiele się zmieniło na świecie, postawione wówczas przez Reicha pytania są wciąż aktualne – obecnie również w polskich warunkach: „Jaka jest istota systemu społecznego, w którym wszyscy jesteśmy bezsilni? Dlaczego nasze państwo wydaje się niepodatne na wszelką kontrolę, demokratyczną i społeczną?”.
We wstępie do polskiego wydania książki Reicha w 1976 r. Daniel Passent krytykował amerykańskiego autora, pisząc, że żadne zmiany stylu życia ani najbardziej buntownicze mody nie spowodują zniszczenia niesprawiedliwej struktury państwa i gospodarki. Słowa mistrza felietonu są szczególnie aktualne w kapitalistycznej Polsce. Rynek oferuje różne mody, maski, które można wkładać każdego dnia, najbardziej awangardowe ubrania i fryzury. Wybór takiego czy innego gadżetu z półki kulturowego hipermarketu nie wpływa jednak w żaden sposób na prowadzoną przez elity władzy politykę. Możesz być feministką, ekologiem, stadionowym kibolem, wielkomiejskim hipsterem i facebookowym rewolucjonistą, ale to niczego nie zmienia, dopóki jesteś pracownikiem najemnym lub bezrobotnym, poddanym logice kapitalistycznej ekonomii.
Reich, idealizując zrewoltowaną młodzież, jednocześnie opisywał krytycznie dwa pozostałe typy świadomości dominujące w społeczeństwie amerykańskim. Pierwszym byli konserwatywni mieszkańcy prowincji prowadzący ascetyczny tryb życia i wierzący, że swoje egoistyczne cele można realizować na drodze konkurencji, systematycznej pracy i działań na własną rękę. Ten typ przeważał w okresie wczesnokapitalistycznym i związany był z tradycyjną etyką protestancką.
Drugi typ świadomości to już charakter społeczny typowy dla kapitalizmu w epoce państwa korporacyjnego. Ludzie pasujący do tego wzorca ulegają dominującym modelom konsumpcji, podporządkowują się oficjalnym procedurom, wierzą w panujący porządek i jego technokratyczną logikę. Choć pozornie bywają liberalni, w gruncie rzeczy są konserwatywni. Przywiązują wielką wagę do pozycji społecznej oraz modnych w danej chwili poglądów i wzorów zachowania. Wiele rzeczy robią na pokaz i pod przymusem oficjalnych norm. Idealne ofiary dla banków oraz dobrzy kandydaci na korporacyjne miejsca pracy. Uwiązani na smyczy kredytów zrobią każdą bzdurę, jakiej będzie się od nich wymagało. Wierzą, że uda im się spełnić marzenia nowoczesnej klasy średniej, i po cichu pogardzają środowiskami stojącymi niżej na drabinie społecznej. W tym sensie są antyludowi i antydemokratyczni.
Wydaje się, że obecnie w Polsce też dominują dwa główne wzorce kulturowo-społeczne. Drugi typ opisany przez Reicha pasuje do tego niby bardziej europejskiego obozu „Polski rynkowej”, który ulega fałszywej wierze w bożka wzrostu PKB jako jedynego kryterium tzw. rozwoju społecznego. Pomysł na modernizację kraju „Polska rynkowa” czerpie z amerykańskich mitów – wiary w niewidzialną rękę rynku, która rzekomo rozwiąże wszelkie problemy. Nie chodzi wyłącznie o komercjalizację nauki czy służby zdrowia ani o dogmaty traktujące prywatną przedsiębiorczość jako główny napęd gospodarki. Ta logika towaru bowiem nie tylko dotyka sfery gospodarczej, lecz także wlewa się w każdy zakamarek codzienności, w której ludzie zaczynają traktować się nawzajem w kategoriach użytecznych lub bezwartościowych produktów. Efektywność ekonomiczna i zysk stają się zarówno nadrzędnymi kryteriami na poziomie systemowym, jak i drogowskazami w życiu osobistym.
Jako jedyna alternatywa dla „Polski rynkowej” jawi się „Polska parafialna”. Daje ona namiastkę pewnej wspólnoty wobec egoistycznego rynku, ale podobnie jak ta pierwsza tłamsi różnorodność kulturową, ludzką autonomię, spontaniczność myślenia i działania. O ile pierwsza opcja zamyka człowieka w klatce rynku, o tyle ta druga ogranicza wybór jednostki do kręgu religijnego, wpycha do narodowej klatki i zamyka w lochach mitów przeszłości. Ani polityka towaru i ciągłej rywalizacji, ani plemienna polityka odwołująca się do więzów krwi i jedynej słusznej prawdy nie jest sojusznikiem wolności i równości. Tak jak dom towarowy nie może dać jednostce prawdziwego spełnienia, tak plebania nie daje możliwości samodzielnych poszukiwań. Obie te instytucje wykluczają zadawanie istotnych i krytycznych pytań. Reprezentacje polityczne jednej i drugiej opcji kulturowej są tak samo pozbawione twórczego myślenia i żywych treści.
Brakuje w polskim krajobrazie środowisk, ruchów kulturowych, inicjatyw obywatelskich, które rozbiłyby monopol tych dwóch światów dominujących w polskiej polityce, w mediach, na uczelniach, w świecie kultury, w debatach społecznych. Oba te obozy są już nudne, ich ideologie mocno odbiegają od realnego świata, a ich hasła są coraz bardziej puste i mdłe. Choć pozornie są w opozycji do siebie, tak naprawdę stanowią dwie strony tego samego medalu. Żyją w symbiozie jak kościół i hipermarket kolonizujące do spółki czas wolny Polaków w niedzielę.
Nie chodzi o samo odsunięcie od władzy PiS i PO oraz odesłanie ich do skansenu, ale o głębszą zmianę społeczną. Nie chodzi o roszadę w układzie partyjnym i pokazanie nowych twarzy, które będą mówić to samo, co słyszymy od 20 lat, ale o stworzenie zupełnie innej atmosfery w kraju. Bez zdecydowanej lewatywy społecznej, kulturowej i intelektualnej, która nie tylko przeczyści wiele instytucji, lecz także pozwoli zaistnieć nowym aktorom publicznym, nie da się powstrzymać nacjonalistycznego bełkotu, rynkowych dogmatów i państwa, które wchodzi z butami w prywatne życie ludzi. Zanim nastąpi polityczne przewartościowanie, musi się odbyć kulturowa i mentalna rewolucja. Każdą zmianę polityczną poprzedzało „nowe słowo”. Czas na powiew świeżego powietrza i trochę nowych idei. Na razie jednak nie widać na horyzoncie sił, które mogłyby zakończyć ten trwający na oficjalnej scenie spektakl. Może samo życie w Polsce – coraz bardziej smutne i brutalne – zrodzi podmioty, które zawołają jak dziecko z bajki Andersena: Król jest nagi! Niech ten polski zaścianek w końcu się zazieleni!

Wydanie: 50/2013

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy