Ballada o Nowej Hucie

Ballada o Nowej Hucie

Inżynierowie i budowlańcy zdali egzamin, pomylili się politycy. Nie przewidzieli, że życie wyprzedzi ich pomysły

Zaprojektowane i zbudowane w ekspresowym tempie bloki Nowej Huty stoją już 70 lat, nic się nie wali ani nie pęka, mieszkańcy chwalą sobie ich ceglane ściany. Projekt i założenia urbanistyczne największej w dziejach Polski inwestycji miejskiej, z szerokimi ulicami, wielkimi terenami zielonymi i ścieżkami rowerowymi, przewidzianej początkowo na 60-100 tys. mieszkańców, a dzisiaj trzy razy większej, wzbudzają zachwyt specjalistów na całym świecie. W 1949 r. władze PRL wprawdzie podpowiedziały zespołowi projektantów z inż. Tadeuszem Ptaszyckim na czele, że mogą wzorować się na radzieckim Magnitogorsku, ale praktycznie zapewniły im pełną swobodę twórczą.

Natomiast przedmiotem wielkiej troski kierownictwa Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej było życie codzienne mieszkańców tego nowego „socjalistycznego miasta wiecznej szczęśliwości”, bo takiego sformułowania używano. Projektanci Nowej Huty mogli wymyślać ozdobne arkady przypominające wenecki Pałac Dożów czy ateńskie kolumny, ale musieli uwzględniać wszystkie dyrektywy dotyczące warunków życia mieszkańców spisane przez sekretariat Komitetu Centralnego PZPR i zatwierdzone przez prezydenta Bolesława Bieruta. W dokumencie tym, który otrzymał inż. Ptaszycki i jego zespół, zaprogramowano to życie z najdrobniejszymi szczegółami, od świtu do nocy: gdzie mieszkańcy mają spożywać posiłki, wypoczywać, co robić w niedzielę, czym jeździć, gdzie korzystać z telefonu, kto ma się opiekować dziećmi, jakich słuchać radiostacji, gdzie czytać gazety, gdzie prać pościel i ją suszyć, gdzie chodzić na imprezy kulturalne, gdzie się schować w przypadku alarmu lotniczego.

Po latach widać, że łatwiej było zbudować całe miasto, niż zaprojektować życie ludziom. Programowanie szczęścia okazało się czymś dużo trudniejszym. Co z tych planów zostało?

Nowy obywatel

Z okazji przypadającego w tym roku 70-lecia rozpoczęcia budowy miasta i kombinatu metalurgicznego w Nowej Hucie zaplanowano sporo imprez jubileuszowych. Z końcem marca w Muzeum Nowej Huty, które powstało z połączenia Muzeum PRL z oddziałem Dzieje Nowej Huty Muzeum Krakowa, otwarto wystawę „Nowohucianie” pokazującą, jak dzisiaj tu się żyje, co pozostało po raju, po idealnie zorganizowanym mieście, pięknych mieszkaniach. Czy wszyscy są nadal szczęśliwi?

O tym mieście budowanym z niezwykłą szybkością i entuzjazmem pisali chyba wszyscy polscy pisarze – Marian Brandys, Wiktor Woroszylski, Ryszard Kapuściński, Andrzej Braun, Wisława Szymborska. Ale czy pierwsi mieszkańcy Nowej Huty byli szczęśliwi i wdzięczni rządowi i partii za stworzenie im raju? – To było miasto szczęśliwych ludzi – mówi mi Maciej Miezian z Muzeum Nowej Huty, który wraz z Marią Wąchałą-Skindzier jest autorem koncepcji wystawy „Nowohucianie”. – Budowniczowie kombinatu i miasta dostawali mieszkania, nie było podziałów na centrum i zaniedbane przedmieścia, ulice były szerokie, dużo zieleni, sporo kin, domów kultury.

Może na tym kończyła się ich szczęśliwość?

Bez bogatych i biednych

Główny projektant Nowej Huty inż. Ptaszycki w lipcu 1950 r. w wywiadzie dla „Sztandaru Młodych” powiedział: „To pierwsze miasto bez ciasnych podwórek i ciemnych oficyn. (…) Każde z mieszkań zaopatrzone będzie w centralne ogrzewanie, instalację elektryczną, gazową i wodę. Wszystkie domy będą zradiofonizowane. Na każdej klatce schodowej będzie telefon. Poszczególne osiedla będą posiadać swoje żłobki i przedszkola. Każda zaś dzielnica otrzyma własny dom towarowy, ośrodek kultury, boisko sportowe, szkołę, kino, bibliotekę, teatr oraz lokale klubowe”.

Tempo budowy było szaleńcze. Zmarły w 2006 r. inż. Bolesław Skrzybalski z krakowskiego Miastoprojektu, zastępca inż. Ptaszyckiego, opowiadał mi, że osiedle Ogrodowe zaprojektował w sześć dni. Pierwsze trzy dni zajął mu projekt urbanistyczny, przez następne dwa dobierał gotowe projekty architektoniczne bloków. Gdy szóstego dnia oddał projekt, geodeci zaczęli wytyczać teren. Po roku do budynków na osiedlu Ogrodowym wprowadzali się już mieszkańcy.

W krakowskiej prasie pełno było informacji o zobowiązaniach i rekordach. Przed 1 maja 1950 r. „Gazeta Krakowska” pisała: „Murarze zobowiązali się wykonać po 5 m kw. muru na jednego murarza, czyli ok. 200% normy. Tynkarze, poza normalną pracą, zobowiązali się dodatkowo wykonać po jednej kondygnacji muru na każdy zespół. Brygada posadzkarzy Sylwestra Mularza zobowiązała się wykonać swoje posadzki w terminie do 1 Maja. Blacharze zobowiązali się wykonać po 130% normy. To samo betoniarze. Elektrycy zobowiązali się wykonać instalację w jednym budynku ponad plan. Tym samym zostanie przed 1 Maja ukończonych dodatkowo pięć budynków”.

– Rzeczywiście nie było podziałów na biednych i bogatych – przyznaje Maciej Miezian. – Robotnicy mieli możliwość dorobienia sobie na boku, a kierownicy, choć ich pensje były trochę wyższe, takiej możliwości nie mieli. Nie było więc bogatych kierowników i biednych robotników. Wszyscy mieszkali w tych samych warunkach, w tych samych blokach, w podobnych mieszkaniach. Nie było slamsów, zaniedbanych osiedli.

Wkrótce okazało się, że w Nowej Hucie przybywa bloków, ludzie z mieszkań są bardzo zadowoleni, ale opracowany przez polityków i socjologów program wspólnotowego życia nie jest akceptowany.

Lepsze i gorsze pomysły

Każdy blok mieszkalny musiał mieć w piwnicy pomieszczenie na pralnię do zbiorowego korzystania, wyposażoną w kilka gniazd elektrycznych i z podłączeniem wody. Pralki wirnikowe, bo automatycznych wtedy jeszcze nie było, miały zakupić komitety blokowe. Wypraną odzież lub pościel mieszkańcy mieli przenieść do suszarni zlokalizowanej na strychu. Uznano, że to powinno być dobre rozwiązanie, bo pralki są zbyt drogie i trudno dostępne.

Ale „program pralni domowych”, bo tak to się nazywało, nie wypalił. Komitety blokowe nie chciały kupować importowanych pralek wirnikowych ani polskich SHL Frania, które w 1953 r. zaczęto produkować w Kielcach. Mieszkańcy nie byli zainteresowani tymi nowościami i woleli prać ręcznie w wannach. Pomieszczenia przeznaczone na pralnie stały puste i były dewastowane. Z suszarniami na strychach było trochę lepiej, ale wkrótce też przestano tam wieszać pranie. Dlatego pralnie i suszarnie zaczęto przeznaczać na inne cele.

W pierwszych nowohuckich blokach przewidziano miejsce na ustawienie stolika i co najmniej dwóch krzeseł, gdzie mieszkańcy mogliby poczytać prasę i ewentualnie porozmawiać z sąsiadami lub swoimi gośćmi. Codziennie były tam dostarczane gazety. Ludzie szybko nazwali te miejsca „czerwonymi kącikami” i nie chcieli z nich korzystać. Wszystkie zostały zlikwidowane.

Autorzy przygotowanego w 1949 r. programu dla nowego miasta nie przewidzieli, że mieszkańcy mogą kiedyś zapragnąć własnych samochodów. Do pracy mieli jeździć tylko autobusami, tramwajami lub rowerami i nie został zaprojektowany ani jeden parking. Jak mi opowiadał inż. Skrzybalski, w krakowskim Miastoprojekcie dobrze wiedziano, że wkrótce musi nastąpić w Polsce rozwój motoryzacji i parkingi staną się niezbędne. Dlatego zaprojektowali bardzo szerokie ulice i dzięki temu dzisiaj w Nowej Hucie jest dużo miejsc postojowych dla samochodów.

Pomału zaczęto także rezygnować z budowy piwnicznych schronów przeciwlotniczych. Taki schron musiał być pod wybranymi budynkami na każdym osiedlu. Ich budowa kosztowała sporo, bo strop i ściany miały żelbetową konstrukcję, drzwi gazoszczelne, wentylację mechaniczną, system łączności przewodowej i awaryjne wyjście tunelowe. Dzisiaj kilka z tych schronów, m.in. pod dawnym kinem Światowid, gdzie teraz mieści się Muzeum Nowej Huty, stanowi atrakcję turystyczną.

Na każdym osiedlu musiała być zaprojektowana duża świetlica, w której mieszkańcy mieli spędzać czas po pracy, rozmawiać ze znajomymi, słuchać wykładów, uczestniczyć w dyskusjach. Tymczasem do świetlic mało kto przychodził i wszystkie zostały zamknięte, a ich lokale wynajęte. Robotnicy woleli siedzieć na ławkach lub gdzieś w krzakach pić wódkę z kolegami. Dopiero dzisiaj, gdy hutnikom i budowlańcom przybyło lat i poczuli, co to samotność, zaczynają szukać towarzystwa i spotykają się w klubach osiedlowych, teraz przeznaczonych dla seniorów.

Za dużo w Nowej Hucie wybudowano żłobków i niektóre budynki trzeba było zamienić na przedszkola. Planiści nie przewidzieli, że matki będą wolały zostawiać dzieci pod opieką babci lub dziadka, niż oddawać do żłobka. Choć nowo narodzonych dzieci z każdym rokiem przybywało, rodzice bardzo podejrzliwie traktowali powierzanie ich wychowania instytucjom państwowym.

Niespodziewanie natomiast proroczy okazał się program ścieżek rowerowych. Od wielu lat praktycznie do każdego miejsca w Nowej Hucie można dojechać rowerem, żadne polskie miasto nie ma tak wielu tras rowerowych. To jeden z nielicznych programów, który przetrwał próbę czasu i cieszy się dużym powodzeniem.

Wiadomości z głośnika

Powszechnie nadawanego programu telewizyjnego w 1950 r. jeszcze nie było (uruchomiono go w 1952 r.), mało kto dysponował radioodbiornikiem, niezbyt chętnie czytano ukazującą się od lipca 1950 r. miejscową gazetę „Budujemy socjalizm”, w której pokazywano wzorowych obywateli socjalistycznego państwa, przodowników, rekordzistów w układaniu cegieł. Współpracownikami tej gazety byli m.in. Sławomir Mrożek i Wisława Szymborska.

Uznano, że najlepszym sposobem na prawidłowe funkcjonowanie partyjnej propagandy i agitacji jest rozwój radiofonii przewodowej. Nowa Huta miała być pierwszym w Polsce miastem całkowicie zradiofonizowanym. Głośniki, o wymiarach 20 x 30 cm, zwane kołchoźnikami, miały być w każdym mieszkaniu, sklepie, biurze, punkcie usługowym, u fryzjera i szewca. Wybudowano centralny radiowęzeł. Pracownicy przedsiębiorstwa Radiofonizacja Kraju doprowadzili kable do osiedli A0, A1, A Zachód i C1. Prace jednak wstrzymano, bo wystąpiły problemy z produkcją 12-żyłowych kabli. Głośniki miały mieć pokrętło służące do wybierania przez słuchacza jednego z sześciu programów. Pierwsze trzy w kołchoźniku były zarezerwowane dla audycji Polskiego Radia, choć wtedy radio miało tylko dwa programy, a więc myślano perspektywicznie. Czwarty program miał być lokalny i informować, co się dzieje w Nowej Hucie, piąty – nazwany zagranicznym – poświęcony był wiadomościom o naszych sąsiadach, czyli krajach obozu socjalistycznego. Wreszcie szósty – wyłącznie muzyczny. Nowohucianie czekali na głośniki i żartowali, że gdy odwrócą kołchoźnik do góry nogami, usłyszą siódmy program – Wolną Europę. W pierwszych nowohuckich mieszkaniach ze ścian długo sterczały kable. Głośników nigdy nie przywieziono.

Program radiofonizacji okazał się wielką klęską. Nie przewidziano, że w sklepach pojawią się tanie polskie radioodbiorniki Pionier i Aga, na których, przez niedopatrzenie władz, można było słuchać dużo więcej stacji, łącznie z Wolną Europą w pasmach 16 i 25 m. W czerwcu 1953 r. Urząd Rady Ministrów wydał ściśle tajną instrukcję nr 418/53 nakazującą producentom odbiorników radiowych dokonanie takich zamian konstrukcyjnych, aby na falach krótkich można było odbierać audycje tylko w paśmie od 31 do 51 m.

Wiadomości z ambony

Spędzanie wolnego czasu też było zaplanowane. Mieszkańcy Nowej Huty mieli do dyspozycji dużo terenów zielonych ze ścieżkami spacerowymi, dwa stadiony, baseny, biblioteki, teatr, ogródki działkowe. W niedziele mieli się spotykać na placu Defilad, który do dzisiaj nie powstał, aby uczestniczyć w koncertach, występach artystów, kiermaszach, imprezach politycznych. Tymczasem ludzi ciągnęło do kościoła. Wielu robotników wierzyło nie tylko Wolnej Europie, ale i we wszystko, co księża mówią z ambony.

Dwa stare kościoły w Mogile i Czyżynach oddalone były znacznie od centrum, żadnego nowego nie przewidziano, bo charakter socjalistycznego miasta miał być świecki. Nowohucianie zaczęli więc się upominać o budowę świątyń, a gdy władze nie chciały o tym słyszeć, 27 kwietnia 1960 r. kilka tysięcy osób stanęło do walki z uzbrojonymi milicjantami w obronie drewnianego krzyża, który wskazywał miejsce budowy pierwszego kościoła w Nowej Hucie, na rogu ulic Marksa i Majakowskiego. Byli ranni po obydwu stronach konfliktu, prawie pół tysiąca osób aresztowano.

Potem władze odpuściły świecki charakter i zaczęły wydawać zezwolenia na budowę świątyń. Tak powstawały gigantyczne kościoły z olbrzymimi plebaniami i salami wykładowymi. Jeszcze większego przyśpieszenia budownictwo sakralne nabrało w okresie przemian ustrojowych, gdy często sekretarze PZPR odchodzili z partii i przechodzili do rad parafialnych.

W styczniu 1997 r. stało się jednak coś, czego można było się spodziewać. Gdy na osiedlu Handlowym władze kościelne postanowiły zbudować kościół na zielonym skwerze u zbiegu ulic generałów Władysława Andersa i Mieczysława Boruty-Spiechowicza, mieszkańcy okolicznych bloków zjednoczyli się i powołali Komitet Antybudowy Kościoła, argumentując, że w Nowej Hucie jest już za dużo świątyń, i zażądali od władz Krakowa referendum na temat konieczności budowy nowych. Referendum nie zorganizowano, ale kościół w tym miejscu również nie stanął.

Osiedlowa gastronomia

Kolejną pomyłką propagandzistów okazał się program budowy osiedlowych stołówek, które miały zwolnić kobiety z obowiązku gotowania posiłków w domu. Zamiast stać przy garnkach, będą mogły pójść z rodziną do stołówki i tym samym mieć więcej czasu na wypoczynek. Na każdym osiedlu oddawany był więc do użytku wielki lokal przeznaczony na osiedlową jadłodajnię. Wszystkie stołówki miały być zaopatrywane w półprodukty z centralnej bazy w Krzesławicach, gdzie m.in. miała się znajdować Centralna Skrobalnia Ziemniaków.

Partia liczyła, że kobiety przyjmą ten program z entuzjazmem. Po wielu miesiącach przygotowań żadna osiedlowa stołówka jednak nie ruszyła, bo nie było chętnych na osiedlowe jedzenie. Większość pracowników kombinatu i innych przedsiębiorstw korzystała ze swoich stołówek w zakładach pracy, a wieczorem żony chciały same mężom gotować. Nie udało się ich przekonać, że władza chce im pomóc.

Na każdym osiedlu planowano jedną elegancką restaurację. Otwierane były z wielką pompą i po kilku miesiącach zamykano je z powodu braku konsumentów. – Robotnicy do tych restauracji przychodzili tylko na piwo, wódkę i śledzia po japońsku – opowiada Maciej Miezian z Muzeum Nowej Huty. – Aby te lokale nie przekształciły się w zwykłe chlalnie, wprowadzano zaporowe ceny wódki. Wtedy ludzie przestawali przychodzić, kupowali butelkę i pili pod chmurką. Z przyczyn finansowych restauracje były likwidowane.

Została tylko Stylowa przy alei Róż, w pobliżu placu Centralnego, która do dzisiaj funkcjonuje dzięki temu, że zarówno jadłospis, jak i cały wystrój wnętrza, łącznie z meblami, żyrandolami, sztukateriami, jest taki sam jak w 1956 r., gdy lokal otwierano. Restauracja reklamuje się, że dla tych, którzy chcą poczuć dawny klimat Nowej Huty, organizuje przyjęcia „w stylu PRL” i goście są przenoszeni w „czasy świetności socjalizmu polskiego”. Sporo tu więc zagranicznych turystów, którzy chcą poczuć tę atmosferę. Jak kiedyś powiedziała Krystyna Zachwatowicz, żona Andrzeja Wajdy, turyści do Stylowej przychodzą ze względu na „peerelowski koloryt”.

Przed likwidacją obroniły się za to bary mleczne z kultowym Centralnym, też przy alei Róż. Centralny jest nieprzerwanie czynny od 1956 r. Ma te same meble co dawniej i nadal podaje się w nim ręcznie lepione pierogi, przygotowane według receptury z tamtych czasów. Jego pracownicy mówią, że ten bar jest trwalszy od Lenina, którego pomnik stał w pobliżu i został usunięty. Pierogów nikt nie śmiał ruszyć.

Co dzisiaj?

Po okresie entuzjazmu i zachwytów przemianami ustrojowymi nastały dla Nowej Huty ciężkie czasy. Padały kolejne przedsiębiorstwa. Wielu mieszkańców nie miało pracy. Huta im. Sendzimira zmniejszyła liczbę zatrudnionych z 20 tys. do zaledwie kilku tysięcy. Bardzo wzrosła przestępczość. Nowa Huta zaczęła mieć złą opinię, nie chciano tu mieszkać.

Gdy dawniej stary Kraków był symbolem reakcji, a Nowa Huta przykładem triumfu socjalizmu, to po latach role się odwróciły. Miasto, które miało być podporą władzy, stało się symbolem opozycji. Wielu dawnych działaczy Solidarności uważa, że w 1980 r. ważne były wydarzenia na Wybrzeżu, ale to Nowa Huta obaliła komunizm, tu były wielkie strajki i demonstracje. To stąd wyrzucono pomnik Lenina. Najbardziej lewicowe polskie miasto stało się nagle prawicowe, z niemal 20 już dzisiaj kościołami. Większość dzisiejszych nowohuckich prawicowych działaczy zapomniała, od kogo dostawała mieszkania, ogródki działkowe i darmowe zagraniczne wczasy. Zapomniała też, że przez lata korzystała z wielu innych partyjnych przywilejów. Nikt od nich nie wymaga wyrazów wdzięczności, tylko trochę pamięci.

Nowa Huta miała być miastem stworzonym od podstaw, o zupełnie nowych stosunkach społecznych, nowym stylu życia. Co z tego zostało? Co z tym rajem? Na to pytanie ma odpowiedzieć wystawa „Nowohucianie”. – Nowa Huta, dzielnica Krakowa, jest dzisiaj zwykłym miastem, z tymi samymi problemami jak wszędzie – mówi Maciej Miezian. – Z każdym rokiem jest lepiej, ludzie chcą tu mieszkać, szukają spokoju, jest dużo zieleni. W centrum Krakowa na każdej ulicy są hostele, restauracje, bary i kluby, wrzaski do samego rana, tutaj turyści tak masowo jeszcze nie dotarli. Nie ma również żadnych problemów z wyrzucaniem z mieszkań, z czyścicielami kamienic, bo w Nowej Hucie wszystkie budynki były państwowe.

Inżynierowie i budowlańcy mogą być dumni z Nowej Huty, bo jest to miasto dobrze, z myślą o przyszłości, zaprojektowane i solidnie, z tradycyjnych cegieł, zbudowane. Pomylili się natomiast politycy i socjologowie. Nie przewidzieli, że życie wyprzedzi ich pomysły. A już na pewno nie przewidzieli, że z lewicowego miasta wyjdzie im prawicowe.

Rozpoczynające się obchody 70-lecia Nowej Huty będą więc świętowaniem marzeń.


Na powitanie budowy
socjalistycznego miasta

Z asfaltu i woli wytrwałej
będzie szerokość ulic.
Z cegieł i dumnej odwagi
będzie wysokość budynków.
Z żelaza i świadomości
powstaną przęsła mostów.
Z nadziei będzie drzew zieleń.
Z radości – świeża biel rynku.

Miasto socjalistyczne –
miasto dobrego losu.
Bez przedmieść i bez zaułków.
W przyjaźni z każdym człowiekiem.
Najmłodsze z miast, które będą.
Najmłodsze na jutro bliskie.
Najstarsze na jutro dalekie.

Wisława Szymborska


Nie spotkamy tu ludzi starych. Ci, którzy są, to albo ludzie młodzi wiekiem, albo tacy, którzy pomimo swojego wieku są młodzi przez swój entuzjazm i energię. Dlatego w Nowej Hucie wszyscy są młodzi.

Sławomir Mrożek, 1952 r.


Fot. akg-images/Erich Lessing/East News

Wydanie: 17-18/2019

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy