Wrogie podziały

Wrogie podziały

Sprawa Krymu nie stanowi momentu zwrotnego w stosunkach amerykańsko-rosyjskich. Zaczęły one przybierać zły kierunek wkrótce po rozpadzie bloku radzieckiego. Gorbaczow sobie wyobrażał, że skoro poczynił Ameryce ważne ustępstwa w sprawie ograniczenia zbrojeń, zgodził się na zburzenie muru berlińskiego i zjednoczenie Niemiec, u siebie komunizm zastąpił „uniwersalnym humanizmem”, jednym słowem, uwolnił świat od zmory „imperium zła”, to może być pewnym, że Ameryka ze swoim NATO stanie się przyjazna nowej Rosji i nie przesunie swoich baz na wschód, w pobliże Pskowa i Petersburga, i w przyszłości nie zagrozi usadowieniem się w Sewastopolu. Było to dla niego tak oczywiste, że żadnych zobowiązań na piśmie nie żądał i nie potrzebował. Tymczasem Zachód inaczej się zapatrywał na sprawy: wrogie mocarstwo przegrało wojnę i trzeba z nim postępować jak z pokonanym. Jeszcze przez jakiś czas Kreml już uwolniony od Gorbaczowa działał w duchu jego optymizmu i nie miał odwagi widzieć, że Ameryka Rosję oszukuje.
Nie interesowałem się za bardzo stosunkami amerykańsko-rosyjskimi inaczej jak przez pryzmat roli Polski w tej epopei, ale to temat na inną okazję. Dopiero od kilku lat zaczęła mi się rzucać w oczy konsekwencja, z jaką media amerykańskie i proamerykańskie przedstawiają Rosję jako wiceimperium zła, jak powiedziałby Walery Wątróbka. Naukowcy rosyjscy, którzy od kilkunastu i więcej lat pracują w Ameryce, zaczęli coraz wyraźniej dostrzegać antyrosyjski ton w tamtejszych mediach. Ten ton musi być bardzo rażący, skoro sprawia przykrość ludziom, którzy nie są wielkimi patriotami rosyjskimi ani zwolennikami Władimira Putina. Nieprzyjazny sposób przedstawiania Rosji rozszerzył się na media europejskie, nie mówiąc o polskich, które jednakże są mediami specjalnej troski. Tak rozkręcona propaganda nie może być bez ważnej przyczyny i bez ważnego celu. Rosji pod rządami Putina za dobrze się powodziło i za bardzo przybierała na sile. Amerykańska klasa imperialna (termin Roberta D. Kaplana) przemyśliwuje nad tym, jak ubezpożytecznić – jak powiedziałby Norwid – rosyjskie rakiety z ładunkiem atomowym i jak ograniczyć dochody ze sprzedaży gazu i nafty. Te „przemyślenia”, jak wiadomo, już znajdują się w zaawansowanym stadium realizacji. Sprawa Krymu dodaje bodźca tym usiłowaniom, przyśpiesza je, ale przełomu nie stanowi. Rosję może szybciej spotkać to, co bez Krymu spotkałoby ją później.

Do propagandowej strategii Zachodu należy straszenie Rosji Chinami. Zbigniew Brzeziński wymyślił m.in. taki sposób: prezydenci Stanów Zjednoczonych i Chin spotykają się często w różnych sceneriach tylko we dwóch, Rosjan do komitywy nie dopuszczają i w ten sposób budzą w nich kompleks niższości, a to już jest psychiczne osłabienie. Sposób dobry, ale trzeba, aby Putin był Brzezińskim. Inny straszak: Chińczycy stopniowo przenikają na tereny dalekowschodnie i w końcu je sobie przyswajają. Też jakieś rozumowanie, ale ma luki. Chińczycy mają to do siebie, że są niezwykle pracowici, czego o Rosjanach nie można powiedzieć. Niczego te dalekie tereny tak nie potrzebują jak chińskiej skrzętności i pracowitości. Jeżeli gęsto zaludniona Europa bez imigrantów z końca świata obejść się nie może i na nich nie traci, to dlaczego Rosja miałaby tracić na Chińczykach? Przewidywanie na długi dystans nie zawsze ma sens. Źle bym wróżył Rosjanom, gdyby już teraz martwili się, że osadnictwo chińskie może stworzyć problemy graniczne za lat sto. Europejczycy nie martwią się o to, jak imigracja może zmienić skład etniczny Europy i tożsamość składających się na nią narodów, a w konsekwencji też i jakość demokracji.

Narastająca wrogość Stanów Zjednoczonych do Rosji ma przyczyny polityczne i militarne – bilionowym wydatkom na zbrojenia trzeba nadać jakiś sens – ale ma też podłoże głębsze, niepoddające się woli rządów. Samuel P. Huntington w głośnej książce „Zderzenie cywilizacji” pisze: „Z chwilą gdy Rosjanie przestali zachowywać się jak marksiści, a zaczęli jak Rosjanie, pogłębiła się przepaść między Rosją a Zachodem. Konflikt między liberalną demokracją i marksizmem dotyczył ideologii, które pomimo zasadniczych różnic miały nowoczesny i świecki charakter i stawiały sobie te same ostateczne cele: wolność, równość i materialny dobrobyt. Demokrata z Zachodu mógłby podjąć intelektualną dyskusję z radzieckim marksistą, ale nie z rosyjskim prawosławnym nacjonalistą” (s. 204). W czasach międzynarodowego uspokojenia podział przebiega przez samą Rosję, ale sankcje gospodarcze, jak kiedy indziej kule, nie odróżniają okcydentalistów od słowianofilów.

„Polska obstaje dzisiaj przy swojej »europejskiej« zachodniej przynależności opartej nie tylko na katolicyzmie (…). A jednak przenikliwe oko dostrzeże, iż Polska jest znacznie bardziej wschodnią kulturą niż Rosja. Kiedy Moskale skryli się przed Mongołami w swoich północnych lasach, Polacy byli już otwarci na wpływy z nadczarnomorskich stepów”, pisze Neal Ascherson, cieszący się w Polsce nie tak dawno wielkim uznaniem („Morze Czarne”, s. 245).

Wydanie: 16/2014

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Komentarze

  1. Leszek M
    Leszek M 7 maja, 2014, 06:23

    Złowieszczego pojęcia Imperium Zła żaden z wodzów Rosji carskiej czy sowieckiej nie zdołał ulepszyć ni osłodzić. Nie wygląda na to że uczyni to Putin. Nadal pozostało widmo minionych i straconych lat komunizmu. Czy aby ZSRR bis przyniesie szczęśliwość I dobrobyt dla przeciętnego sowieta – wątpliwe a co widać w butnej propagandize polityki Putina. To co obecnie robi Putin to nic innego jak zemsta za to, że swiat dopuścił do rozpadu CCCP. Bzdury jeśli powyższy autor twierdzi o niby nieprzyjaznej atmosferze zachodu wobec drapieżnego niedzwiedzia wschodu, który jest bezpieczny kiedy mocno śpi lub jest martwy. Zaś Polska skoro jest bliżej wschodniej kultury(tak nie uwazam…) to niech tak będzie, byleby nie dała się wciągnąć w otchłań azjatycko-mongolsko-barbarzyńskich korzeni Rosji. I tak nam dopomóż Bóg.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy