Cyniczny lud… to kupi

Cyniczny lud… to kupi

Można wiedzieć, że opanowane przez daną partię media regularnie kłamią, i wciąż tę partię popierać

Dr hab. Przemysław Sadura – socjolog, pracownik naukowy Instytutu Socjologii UW, członek zespołu „Krytyki Politycznej”

„Jeden z wyborców Prawa i Sprawiedliwości, poproszony o narysowanie swojej partii, zaczął od krzyżyka, kija i marchewki”, piszecie w swoich badaniach „Polityczny cynizm Polaków”. O co z tym rysowaniem, kijem i krzyżem chodzi?
– W takim pytaniu chodzi o to, by wydobyć z ludzi ich pierwsze, najsilniejsze skojarzenia, wyobrażenia, np. o partiach politycznych jako osobach. Jaką partia polityczna ma płeć, wzrost, atrybuty, jak się ubiera. Czy jest wielkomiejskim hipsterem, czy zgarbionym dziadkiem? W ten sposób można się dowiedzieć wielu rzeczy o intuicjach czy niewypowiedzianych skojarzeniach – nawet jeśli ktoś nie ma pod ręką gotowych diagnoz czy spostrzeżeń.

Krzyż znaczy oczywiście „PiS pod rękę z Kościołem” – wyborcy niekoniecznie muszą to lubić, ale postrzegają tę partię jako mocno związaną z Kościołem. A kij i marchewka to sposoby kierowania społeczeństwem.

Ale to przede wszystkim pokazuje, jak duży jest dystans do partii politycznych, sceny politycznej. Kiedy w badaniach fokusowych zadajemy pytania: jak się państwu żyje, co się zmienia na lepsze, co na gorsze, Polacy nie są aż takimi pesymistami. Ale gdy pojawia się polityka, po prostu zaczyna się wylewać szambo. Rozmówcy nie przebierają w słowach, a my nawet większości z tego, co mówią, w badaniach nie cytujemy.

Czy nad wyobrażeniami Polek i Polaków o polityce dominuje Jarosław Kaczyński i PiS? Bo wśród komentatorów, analityków i samej opozycji tak jest.
– Nie. Ludzie mówią o polityce to, co Patryk Vega próbował pokazać w filmie o tym tytule. Patrzysz na politykę jak na zapasy w błocie, jak na igrzyska – masz tam swojego gladiatora i mu kibicujesz. Dominuje konflikt. O PiS mówi się w odniesieniu do Platformy i odwrotnie. Polacy są zaangażowani w politykę, tylko jeśli jako zaangażowanie rozumieć kibicowanie i śledzenie polityki jako spektaklu w telewizji – można to porównać do oglądania serialu lub zawodów sportowych.

Co to znaczy?
– To znaczy, że gdy oglądasz ulubiony serial lub mecz piłkarski, to oczywiście interesuje cię, co się dzieje na ekranie, ale twoją pierwszą myślą nie jest pójść na casting do serialu lub zapisać się do klubu sportowego, prawda? I dokładnie tak jest z polityką. Nasi respondenci w ogóle nie kojarzyli polityki z działaniem obywatelskim, z jakąś aktywnością, w której można (albo należy) uczestniczyć. Pytanie „Czy chciał(a)by się pan/pani zapisać do partii politycznej?” było regularnie przyjmowane z wielkim zdziwieniem.

I to jest ten tytułowy cynizm?
– Jedno ujęcie cynizmu to doprowadzony do skrajności pragmatyzm – robienie dowolnych rzeczy w celu osiągnięcia jakiejś korzyści czy utrzymania wygodnej dla siebie sytuacji. Kiedyś wyborcy tak myśleli o politykach, szczególnie na tak rozumiany cynizm narzekało się w kontekście formacji postkomunistycznych. Dziś jednak wyborcy coraz częściej sami taką postawę stosują i akceptują: wszystko ujdzie, bylebym ja na końcu coś z tego miał.

Z drugiej strony cynizm oznacza świadome robienie jednego i mówienie drugiego. Wiemy, że to, co robimy i mówimy, się nie pokrywa, ale cynizm pozwala – zamiast jakoś uzgodnić swoją postawę, zmienić zachowanie – po prostu z tym się pogodzić. Taki cynizm uniemożliwia krytykę. „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”. Badani przez nas Polacy zachowują się jednak racjonalnie – widzą i rozumieją, że „ich” partia nie jest uczciwa, ale mówią: no ale ze wszystkich nieuczciwych, załganych i złodziejskich partii głosowanie na tę mnie akurat się opłaca.

To oznacza akceptację dla nieuczciwości w polityce?
– Wyborcy, przynajmniej PiS, odróżniają korupcję „indywidualną” od „instytucjonalnej”. Co to znaczy? Jeśli ktoś dopuścił się korupcji, żeby wzbogacić się osobiście, wziąć do kieszeni, mówiąc najprościej – jest to niedopuszczalne i stanowi powód, żeby kogoś takiego ukarać lub wykluczyć z polityki. Ale jak długo partia czy poszczególni politycy stosują mechanizmy na pograniczu prawa czy wprost niezgodne z prawem, korupcyjne, na rzecz partii i na rzecz tego, żeby pewien program dla Polski był realizowany – to dobrze! W przypadku Platformy mamy rewers tego problemu; jej wyborcy mają świadomość, że afery i korupcja były problemami za czasów rządów Tuska i Kopacz, ale uważają je za niską cenę ewentualnego odsunięcia PiS od władzy.

Czyli mówicie, że w Polsce mamy przyzwolenie na stosowanie podwójnych standardów. Swoim wolno więcej.
– Po 30 latach obserwowania demokratycznej polityki w Polsce wyborcy pozbyli się złudzeń. Spaliły na panewce pomysły takich partii jak Razem, których hasłem było „Inna polityka jest możliwa”. To nie działa, bo nikt ani nie wierzy, ani nie oczekuje, że polityka będzie inna. Nie wszyscy oczywiście, ale bardzo wiele osób jest już zdania, że polityka to sfera niereformowalna.

Gdyby jednak wszyscy byli tak konsekwentnie cyniczni, jak mówisz, nie patrzylibyśmy, jak co wybory jakaś nowa partia łamie dotychczasowy układ i wchodzi do ogólnokrajowej polityki: Samoobrona, LPR, Palikot, Kukiz, Nowoczesna…
– Mam wrażenie, że to może zaraz się skończyć. Furtka zostawiona dla nowych bytów politycznych może się zamknąć. Nie musi, ale może. Z punktu widzenia socjologii wyborców to wygląda tak, że jest miejsce na pewne figury w polityce: biznesmena (Platforma, wcześniej KLD), „moherowego beretu”, emeryta, księdza (PiS, wcześniej także LPR), i jest miejsce dla błazna, trickstera, niespodzianki – i w tę rolę również cyklicznie ktoś wchodzi. Mieliśmy już sytuacje, że wyborcy Samoobrony odchodzili do Palikota, a ci następnie do Kukiza. To jednak pokazuje wyłącznie słabość tych ugrupowań i fakt, że potrzeba nowości w polityce jest sezonowa.

Wyborcy PiS postępują racjonalnie, nie są fanatykami smoleńskimi ani otumanionymi przez propagandę baranami – te konkluzje waszych badań zdziwiły część opinii publicznej głównego nurtu.
– A to jest jeszcze bardziej prawdziwe, jeśli spojrzysz na nowych wyborców PiS, tych, którzy zasilili partię po 2015 r., gdy Prawo i Sprawiedliwość było już u władzy. Oni wcale nie muszą popierać Tadeusza Rydzka ani podkomisji smoleńskiej Macierewicza, ale z pewnością jakoś im po drodze z konserwatywnymi wartościami partii – nie akceptują współczesnego feminizmu czy języka kulturowej lewicy.

Wśród nowych wyborców PiS są ci, których spokojnie można nazwać elektoratem socjalnym. Ale jest jeszcze inna grupa, która docenia nawet nie tyle programy socjalne czy to specyficzne „państwo dobrobytu”, ile po prostu fakt, że program jest wdrażany, państwo wzmacniane, władza pracuje, a obietnice są realizowane. Oczywiście w ich ocenie, bo na temat, czy naprawdę tak jest, moglibyśmy przeprowadzić osobną dyskusję. Dla nich „rydzykowość” i „radiomaryjność” – jak mówiła jedna pani – to może i problem, ale można nad nim przejść do porządku dziennego. „Bo ja jestem tolerancyjna”, dodawała nasza rozmówczyni. Głosujący na PiS nie z powodu, ale pomimo jego co bardziej radykalnych tendencji to nierzadkie zjawisko.

Czy polskie społeczeństwo jest wobec tego bardziej, czy mniej konserwatywne niż elity polityczne?
– Skończył się już czas, kiedy elity chciały edukować społeczeństwo. Było tak szczególnie na początku transformacji, kiedy na wyborców, czytelników, obywateli patrzyło się z góry i tłumaczyło: trzeba się rozwijać, modernizować, dostosowywać, zaciskać pasa, różne rzeczy trzeba robić. Jedni mówili, że tak; drudzy, że inaczej – ale każdy miał dla Polek i Polaków jakąś wizję, której należało być posłusznym. Od jakiegoś czasu klasa polityczna – już za Platformy Obywatelskiej było to widoczne – patrzy w badania i sondaże, czyta raporty z fokusów i stara się podchodzić do obywatela tak, aby go nie zgubić.

Dlatego PiS nie zabrnie bardzo mocno np. w zaostrzanie przepisów antyaborcyjnych, bo wie, że większość społeczeństwa traktuje obowiązujące rozwiązania jako kompromisowe i nie chce ich ani liberalizować, ani zaostrzać. W rządzie nie mają zatem nic do wygrania na ewentualnym zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Muszą jakoś zaspokajać oczekiwania środowisk bardziej radykalnie kościelnych, więc raz na jakiś czas muszą pozorować, że coś chcą zrobić. Ale wywołają tym samym reakcję drugiej strony w postaci czarnego protestu. My, po stronie liberalnej i lewicowej, przeżywamy to jako coś wielkiego, święto emancypacji i moment zwrotny, który lada dzień doprowadzi do obalenia PiS – podczas gdy to władza używa instrumentalnie czarnych protestów do rozegrania własnych konserwatystów i podporządkowania ich sobie. Radykalizm widać natomiast, kiedy spojrzeć przez pryzmat przemian sfery medialnej.

Nowe sposoby komunikacji popchnęły nas ku skrajnościom?
– Media zmieniły się w media tożsamościowe. Nie ma nikogo, kto chciałby opisać rzeczywistość. Mówiąc obrazowo, korespondenci wojenni zaczęli nosić karabiny i strzelać do siebie, zamiast opisywać, co widzą. Trochę jest tak, że albo jesteś „pedałem”, albo „homofobem”, sięgając po ten brutalny język, którym mówią nasi rozmówcy – i bardzo trudno o coś pośrodku. Gdy rozmawialiśmy z lewicowym elektoratem, tyle że na prowincji, rozmówcy czuli się zmuszeni jakoś wytłumaczyć z tego, że są przeciw dyskryminacji i przemocy, ale adopcja dzieci przez pary LGBT to już dla nich, a na pewno dla wszystkich w ich najbliższym otoczeniu, za dużo. I nie są w stanie wyrazić na to zgody – choć sami nie zdradzali żadnych zachowań homofobicznych, wrogich żyjącym w związkach z osobą tej samej płci. Są więc za legalizacją związków partnerskich, nawet małżeństw jednopłciowych, ale nie chcą, by to poszło tak daleko. Ale przez to czują z kolei, że sami – ze swoimi poglądami – nie byliby akceptowani przez osoby ze środowisk LGBT, bo postrzegają je jako bardzo radykalne, walczące, ekskluzywne.

Czy wobec tego wniosek z waszych badań jest taki, że lewica nie powinna umierać za prawo do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe albo – jak doradzał socjolog Jan Sowa – mogłaby iść po władzę „po trupach kobiet”?
– Myślę, że intuicja Jana była słuszna, tylko wybrał sobie zły przykład – bo akurat poparcie dla równouprawnienia jest w Polsce duże, nawet w środowiskach konserwatywnych. Oczywiście nie mówimy o akceptacji najbardziej skrajnych pomysłów środowisk feministycznych, ale o jakimś minimum. Polskie społeczeństwo jest konserwatywne niezależnie od tego, jak bardzo byśmy się na to obrażali.

Na jakim więc boisku niekonserwatywne siły mają się spotkać z PiS?
– Na boisku welfare state, państwa dobrobytu! PiS ostatecznie postawiło kropkę na końcu polskiej transformacji. Ustrojowo i gospodarczo transformacja się skończyła, skończył się czas zaciskania pasa i nadganiania, a teraz zobaczyliśmy, że państwo stać na jakieś rozwiązania socjalne. Można się spierać, jak one mają wyglądać – Prawo i Sprawiedliwość nie buduje państwa opiekuńczego, tylko zgodnie z zasadą lepszy wróbel w garści daje żywą gotówkę. To miało spowodować, że państwo wpadnie w długi – okazało się, że nie wpadło, co więcej, obiecuje kolejne rozwiązania i programy socjalne, idące jeszcze dalej. W tym momencie nie da się więc nie grać z nimi na tym boisku. Nawet wyborcy Platformy doceniają politykę społeczną PiS. Oczywiście domagają się jakiejś reformy, odebrania świadczenia „patologii” – jak mówią – czy powiązania świadczeń z pracą zarobkową jednego lub obojga rodziców w przypadku 500+. Ale nie ma już siły politycznej, która nie rozmawia o państwie socjalnym.

Czy w takim razie ów cynizm pozwala poradzić sobie z dysonansem?
– Wbrew stereotypom środowisk liberalnych elektorat PiS to nie są ci, którzy wierzą w propagandę sprzedawaną przez TVP. Otóż to wyborcy Platformy akceptują jako wiarygodne treści oglądane w TVN i nie sięgają po inne źródła informacji w telewizji. Wyborcy PiS natomiast mają właśnie świadomość, że TVP jest tubą rządu i w związku z tym sięgają po różne źródła informacji. To też ciekawe, że można wiedzieć, że opanowane przez daną partię media regularnie kłamią, i wciąż tę partię popierać – bo to jest właśnie definicja cynizmu. Część pisowców, jak sami siebie określają, sama się śmieje z nierzeczywistości przekazu TVP i żartuje: pomyślcie, jak pięknie by było, gdyby naprawdę tak było. Paradoksalnie więc bardziej naiwny jest w tym układzie elektorat opozycji.

Bo chce wierzyć, że gdzieś jest prawda?
– Bo wierzy, że „Gazeta Wyborcza” i „Fakty” to obiektywne źródła wiedzy o świecie, a nie część politycznej walki o dominację. Ale i tych czytelników i odbiorców jest coraz mniej. Po obu stronach rośnie przekonanie, że media są takimi samymi uczestnikami walki jak partie polityczne.

Czy w tym układzie coś się zmienia?
– To oczywiście zależy, w jakiej perspektywie – czy czterech tygodni, czy czterech lat. Bo do wyborów nic się nie zmieni, role zostały już dawno rozdane, a potencjał partii określony.

W waszym raporcie można przeczytać, że maksymalny potencjał PiS to 55%, a Koalicji Obywatelskiej 47%. I tak zostanie?
– Określając maksymalny pułap poparcia, wzięliśmy pod uwagę nie tylko zdeklarowanych wyborców danej partii, ale także osoby, które głosowały na nią w przeszłości, ufają jej lub wskazują ją jako partię drugiego wyboru. W tym rozdaniu rzeczywiście nie ma specjalnie wiele miejsca na zmiany – bo gdy ktoś zadeklarował, że największym zaufaniem darzy PiS, nie zmieni nagle preferencji i nie wybierze Platformy, prawda? I vice versa.

Problemem opozycji jest to, że w tej chwili jej elektoraty nachodzą na siebie. 20%, na które w najlepszym razie może liczyć Lewica, to niemal w całości potencjalny elektorat KO. Jasne, że w dłuższej perspektywie jakieś przemeblowanie na scenie politycznej jest możliwe. Może się dokonać w odniesieniu do kwestii socjalnych i opiekuńczej roli państwa – tutaj otwiera się faktyczne pole do wejścia w centrum. Lewica musi być w sprawach społecznych i obyczajowych postępowa, ale postępowa względem, no cóż, polskiej średniej.

A nie znajdować się w awangardzie debaty światowej?
– W Polsce wystarczająco progresywnym postulatem jest walka z homofobią lub legalizacja związków partnerskich. Niekoniecznie zaś pełna równość małżeńska dla par jednopłciowych z prawem do adopcji. To są dwie różne rzeczy. W takich okolicznościach, jakie mamy, receptą dla ugrupowań lewicowych jest umiarkowany progresywizm w kwestiach kulturowych, za to mocny i przemyślany socjal. To jest to, co bym widział jako szansę. Swego rodzaju lewicowy populizm. Program bardziej ludowy niż liberalny i wielkomiejski.

Kończy się dekada, co oczywiście jest wyłącznie symboliczne, ale czy twoim zdaniem wchodzimy w czasy jakiegoś nowego porządku? W Polsce polityka i debata publiczna są już radykalnie inne. Może – jak pisze Jamie Bartlett – demokracja, „jaką znamy”, nie przetrwa?
– Już jesteśmy w sferze silnych turbulencji. Nie my jako Polska, lecz w ogóle. Spójrzmy na Wielką Brytanię, Stany Zjednoczone, Unię Europejską – wszyscy walczą z tym samym, czyli z prawicowym populizmem, ale także z tym, że sfera medialna i opiniotwórcza się zapadły. Utraciliśmy złudzenia co do demokracji.

Dawniej, gdy zawodziła demokracja, często mówiono sobie, że receptą na deficyt demokracji może być więcej demokracji – robiono więc referenda, partycypację itd. Dziś okazuje się, że im więcej się robi referendów, tym łatwiej nimi manipulować. Dobry przykład to sprawa brexitu, z którym Brytyjczycy do dziś nie wiedzą, co chcą zrobić. Podważyć referendum, zrobić jeszcze raz – tak czy inaczej będzie to klęska demokracji. Ci, którzy kiedyś chcieli więcej demokracji, dziś zresztą mówią, że to podzielenie się władzą z ludem być może nie było aż takim dobrym pomysłem. I może należy raczej przywrócić pewien deliberacyjny, elitarny sznyt polityce, bo w tym ludowym kostiumie elity i tak czeka ośmieszenie lub marginalizacja. A do władzy dochodzą cynicy.


Przemysław Sadura wraz ze Sławomirem Sierakowskim opracował raport z badań socjologicznych elektoratów partyjnych „Polityczny cynizm Polaków”. Raport dostępny jest na stronach internetowych „Krytyki Politycznej” i Fundacji Pole Dialogu.


Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 39/2019

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 24 września, 2019, 14:57

    my w polsce to co wybory mamy tylko taki wybór czy chcemy dostać młotem czy kowadłem dla tych co nie zrozumieli to tak jak by żyjący człowiek miał wybrać czy rząd który wybierze go utopi czy powiesi

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy