Czas zarazy, czas po zarazie

Czas zarazy, czas po zarazie

Myślałem, że uda się nie pisać o koronawirusie. Nie uda się. Liczba zarażonych wciąż rośnie, rząd wprowadza kolejne ograniczenia. Już od dawna granice są zamknięte, nieczynna większość sklepów, zamknięte restauracje i kawiarnie, szkoły i uczelnie, kina i teatry. Nawet w kościołach na mszy nie może być więcej niż pięć osób, tak samo na pogrzebie. Nie działają sądy, w bardzo ograniczonym zakresie pracują urzędy. Odwołane wszystkie konferencje, wczasy, wycieczki. Do tego doszło ograniczenie możliwości wychodzenia z domu. Można wyjść tylko w określonym celu: do pracy, do lekarza, do sklepu, do apteki. Nie można chodzić w grupach większych niż dwuosobowe, wyjątek jest zrobiony dla rodziny. To bardziej apel niż zarządzenie, bo na dobrą sprawę coś takiego jest nieegzekwowalne. Jak sprawdzić, czy ktoś idzie do apteki, czy do kumpla na wódkę, bo w domu już się nudzi? Jak rozumieć „rodzinę”, która może kroczyć ulicami w składzie większym niż dwuosobowy? Tego przepisy nie definiują. Gdybym poszedł na spacer z trzema kuzynkami, to złamałbym zakaz czy nie? I jak policjant ma sprawdzić, czy to rzeczywiście kuzynki?

Ale nawet takie nieegzekwowalne zarządzenia mogą mieć sens i tu akurat go chyba mają. Jest to pewien apel do ludzi, do ich odpowiedzialności, ilustrujący skalę zagrożenia i wskazujący pewien pożądany model zachowań. Do większości to trafia. Wyludniły się ulice naszych miast. Nikt nie wie, jak długo to potrwa. Optymiści mówią, że do połowy kwietnia. Oby. O końcu epidemii można będzie mówić, dopiero gdy przez dwa tygodnie nie będzie nowych zachorowań, a liczba hospitalizowanych z powodu koronawirusa zacznie maleć. Nie bardzo wierzę, aby mogło to się wydarzyć do połowy kwietnia. Przy okazji wychodzi zupełne nieprzygotowanie państwa do stawiania czoła epidemii. Niedoinwestowana od lat służba zdrowia mimo heroicznej postawy lekarzy i personelu medycznego po prostu nie daje rady. Brakuje kombinezonów, maseczek, środków dezynfekcyjnych. W szpitalach panuje chaos, zamykane są oddziały, kliniki. A przecież ludzie chorują i umierają nie tylko na koronawirusa. Mało kto już o tym pamięta, ale w Polsce bez żadnej epidemii umiera dziennie ponad tysiąc osób: na serce, na raka, śmiercią samobójczą, ginie w wypadkach.

Oczywiście nikt na świecie nie przewidział epidemii w takiej skali, nikt tak naprawdę nie był na nią przygotowany. Wszyscy improwizują. Ale jak zwykle w czasach kryzysu lepiej i skuteczniej robią to państwa bogate, dobrze zorganizowane i zarządzane. Polska nie jest bogata ani dobrze zorganizowana i zarządzana. Teraz to wszystko wyłazi na wierzch.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 14/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 14/2020

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Komentarze

  1. Czaro
    Czaro 30 marca, 2020, 18:58

    Z calym szacunkiem ale nie zgadzam sie w pewnej kwestii, otoz z biadoleniem na ubostwo polakow. Otoz, polacy sa w pierwszej 30 krajow pod wzgledem zamoznosci. I biadolenie o ubostwie jest nie na miejscu.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy