Eksces?

Do licznych patologii, na jakie cierpi obecnie nasze państwo, dołącza się nam nowa. Jest nią dominacja służb specjalnych nad resztą organów władzy państwowej i polityką państwa jako całości.

Patologia ta odżywała raz po raz w czasach komunizmu i demaskowana była podczas kolejnych „odwilży” jako „jeżowszczyzna”, „beriowszczyzna” i inne „yzny”, które zawsze polegały na tym, że organa bezpieczeństwa osiągały przewagę nie tylko nad innymi, formalnie wyższymi od nich organami państwa, ale także nad faktycznie rządzącymi organami partii. Nawet najwyżsi dygnitarze państwowi i partyjni drżeli przed wcale nie najwyższymi funkcjonariuszami służb specjalnych, którzy mogli ich aresztować, oskarżyć albo wręcz zlikwidować bez wyroku. Dotychczas występowanie tej patologii wiązano wyłącznie z systemem totalitarnym – podobną przecież rolę odgrywały służby specjalne z III Rzeszy – nie kojarząc jej nigdy z demokracją parlamentarną. Nie jestem jednak pewien, czy słusznie.

Na szczęście, rysująca się u nas dominacja służb specjalnych nad całą resztą nie osiągnęła jeszcze takich rozmiarów jak w systemach totalitarnych. Podjęty przed kilkoma laty zamach kontrolującego te służby ministra spraw wewnętrznych na urzędującego premiera nie udał się, choć doprowadzić do zmiany premiera i wyrządził nieobliczalne krzywdy człowiekowi. Jesteśmy jednak na dobrej drodze, aby udały się następne. Ponieważ służby specjalne powoli, lecz systematycznie zdobywają prymat w życiu publicznym.

Świadczy o tym ostatnio opublikowany na stronicach Internetu – i szybko schowany – Raport Urzędu Ochrony Państwa w sprawie międzynarodowych zagrożeń Polski, a także oświadczenie koordynatora służb specjalnych w sprawie rosyjskich szpiegów w Polsce, oświadczenie, wobec którego minister spraw zagranicznych, przecierając oczy, powiedział, że nie ma ono nic wspólnego z jego polityką, o której, jak mu się zdaje, on tylko decyduje.

Te dziwaczne ekscesy część opinii stara się zwalać po prostu na osobliwy charakter ministra Pałubickiego, o którym „Gazeta Wyborcza” napisała z tej okazji dowcipnie, że „jest ministrem niekonwencjonalnym”. Być może. Ale przecież minister Pałubicki, niezależnie od swego charakteru i konwencji, jest jednak ministrem rządu premiera Buzka, a premier, trzymając go w swoim gabinecie, mówi tym samym, że nie widzi nic niestosownego w jego postępowaniu i ma do niego takie samo zaufanie, jak do oburzającego się na gesty p. Pałubickiego ministra Geremka.

Dziwny jest ten rząd i ten premier, ale czy naprawdę na tym można poprzestać?

Otóż nie sądzę. Istotą bowiem sprawy nie jest wcale to, że UOP, czy p. Pałubicki publikują deklaracje w sprawach polityki zagranicznej, z którymi nie zgadza się MSZ, lecz to, że problematyka znajdująca się w gestii służb specjalnych staje się dominującą problematyką w państwie. Że od służb specjalnych i ich ukrytych działań zależy coraz więcej spraw z życiu publicznym  i polityce III Rzeczpospolitej.

Przypomnijmy choćby kilka faktów. Oto od wielu tygodni toczy się zawzięta gra w sprawie obsady szefa Instytutu Pamięci Narodowej i toczy się ona nie dlatego przecież, że tak bardzo dbamy o pamięć narodu, ale dlatego, że instytut ten, wbrew swojej patetycznej nazwie, jest po prostu największym archiwum policyjnych akt i donosów, które można wykorzystywać w walce politycznej. Z przerwami i w zmiennym rytmie toczy się tez ciągle proces pomiędzy „Życiem p. Wołka a prezydentem RP o to, czy urzędujący prezydent spotkał się, czy też nie spotkał na urlopie z rezydentem rosyjskiego wywiadu. Tu mamy już prawie dokładne odwzorowanie sytuacji radzieckiej – szef państwa, którego los i kariera zależy od policyjnego donosu. Co jakiś czas któryś z polityków znika ze sceny, jak wicepremier Tomaszewski na przykład, lub z trudem się na nią z powrotem wdrapuje, jak b. marszałek Chrzanowski powiedzmy, ponieważ wskazały na niego palcem służby specjalne. Wszystko to wreszcie dzieje się dlatego, że cała scena polityczna w Polsce podminowana jest lustracją, a więc procesem, który – jak ktoś to słusznie wykazał – jest z punktu widzenia jakiejkolwiek logiki prawnej absurdalny. Absurdalny dlatego, że organa bezpieczeństwa czy wywiadu byłej PRL nie zostały nigdy ogłoszone, jak SS na przykład, organizacją zbrodniczą, a więc współpraca z nimi nie jest przestępstwem i przyznaje się do niej nawet kandydat na prezydenta, p. Olechowski. Lustracja więc dotyczy przyznania się lub nieprzyznania do pracy lub współpracy, która – pomijając jej aspekt moralny, czy towarzyski – sama w sobie nie jest przestępstwem. Innymi słowy, osoby popełniające tzw. „kłamstwo lustracyjne” czynią tylko tyle, że nie przyznają się do prowadzenia działalności, która nie jest karalna. Jest to nonsens prawny, ale przecież na nim i wokół niego buduje się spora część naszego, pożal się Boże, życia publicznego.

Dzieje się tak dlatego i po to, że ten właśnie prawny nonsens stwarza służbom specjalnym prawo do regulowania życia publicznego w Polsce. Nie to jest groźne, że UOP ogłosił swój program polityki zagranicznej, nacechowany obsesją antyrosyjską i chorobliwą szpiegomanią, a także nie to, że p. Pałubicki, cieszący się względami premiera, jest „ministrem niekonwencjonalnym”. Raport UOP-u, można wyrzucić do kosza, przepraszając przy tym kogo trzeba, a ministra można wymienić. Groźne natomiast jest to, że u podstaw życia politycznego w Polsce umieszczono mechanizmy pozwalające służbom specjalnym sięgać po prezydenta, premiera, posłów, radnych, szefów państwowych i niepaństwowych agend i urzędów. Nadanie temu mechanizmowi pozorów sprawiedliwości w postaci sądów lustracyjnych niczego w istocie nie zmienia, ponieważ sądy rozpatrują dokumenty, a dokumenty dostarczają im służby specjalne według własnego uznania.

Raport UOP-u, który zapewne wywoła krokodyle łzy także po stronie rządowej, nie jest ekscesem, lecz konsekwencją tego, co dzieje się wokół nas. Skoro bowiem służby specjalne mogą rządzić wszystkim – to dlaczego właściwie nie polityką zagraniczną?

Wydanie: 15/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy