Kiedy Kaczyński spacyfikuje Dudę?

Kiedy Kaczyński spacyfikuje Dudę?

Mysz ryknęła jak lew. Ale czy przestała być myszą?

W przyszłości może być różnie, ale dziś najniebezpieczniejszą posadą w Polsce jest stanowisko prezydenckiego urzędnika lub doradcy. Urzędnikami w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego zajął się kontrwywiad wojskowy. W ten sposób gen. Jarosławowi Kraszewskiemu, dyrektorowi Departamentu Zwierzchnictwa nad Siłami Zbrojnymi w BBN, odebrano prawo dostępu do informacji tajnych. Innego urzędnika Biura, płk. Czesława Juźwika, nagle ujawniono jako byłego pracownika WSW, czyli kontrwywiadu wojskowego w czasach PRL. Oczywiście Antoni Macierewicz udaje, że nie ma z tym nic wspólnego.

Prof. Michał Królikowski, który przygotowywał Andrzejowi Dudzie ustawy sądowe, nagle znalazł się pod lupą prokuratury. W gazetach możemy przeczytać, z jakiego powodu. Bo jest adwokatem ludzi z mafii paliwowej i wziął od nich (w depozyt) milion złotych. Kiedyś tego nie wiedzieliśmy, a teraz już wiemy.

Oczywiście i Zbigniew Ziobro, i prokurator krajowy Bogdan Święczkowski twierdzą, że to przypadek. Śledztwo to jedna rzecz, a usługi Królikowskiego świadczone prezydentowi – druga.

Można więc rzec, że w dzisiejszych czasach praca dla Andrzeja Dudy to posada podwyższonego ryzyka.

Jasne, można utrzymywać, że to wszystko przypadki, że Królikowski sam sobie winien, bo niby taki moralny, a balansuje na granicy tego, czego szanujący się adwokat robić nie powinien, ale przecież nikt w tym kraju nie ma złudzeń – to są elementy straszenia Andrzeja Dudy, nacisków na niego.

Do tego dochodzą teatralne pytania Jarosława Kaczyńskiego: czy prezydent jest jeszcze z nami? I nie mniej dramatyczne rozważania Jacka Karnowskiego, żołnierza „dobrej zmiany”, że Andrzej Duda właśnie hamuje ofensywę PiS, pięć minut przed jej wielkim zwycięstwem.

A co na to prezydent? Odpowiada prosto: tak, jestem z PiS. Tylko chcę zamierzenia PiS przeprowadzić łagodniej, bez awantur. I tak – o czym już nie wspomina – żeby moje było na wierzchu.

I w tym kontekście proponowałbym patrzeć na obecny bój o sądy. Spór Duda-PiS nie jest nową wojną na górze, dramatycznym rozejściem się dwóch obozów. Nie jest też polityczną ustawką w stylu Putin-Miedwiediew, gdzie dwaj politycy z tego samego obozu grają role dobrego i złego policjanta.

To kłótnia w rodzinie PiS, kłótnia o zakres wpływów i władzy. A jest tak gorąca, bo prezydent, do tej pory potulny Adrian, wszedł do gry i zburzył dotychczasową układankę. Do lipca siedział cicho, ale gdy się zorientował, że Macierewicz i Ziobro wyjmują mu ostatnie prerogatywy, że publicznie strofuje go nawet Witold Waszczykowski, obudził się w nim instynkt samozachowawczy. Mysz ryknęła lwem.

O tym, że Andrzej Duda jest wiernym synem PiS i nie wychodzi poza granice tej partii, świadczą projekty dwóch ustaw sądowych skierowane przez niego do Sejmu. Skierował je zamiast ustaw pisowskich, które zawetował w lipcu, rozbrajając rodzące się wielkie protesty społeczne i obiecując, że po dwóch miesiącach przedstawi swoją propozycję. Właśnie ją mamy.

I jest tak, jak mówił – jego ustawy niewiele się różnią od tych, które odrzucił. Jeśli chodzi o ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa, główne zastrzeżenia wobec niej były takie, że, po pierwsze, niekonstytucyjnie skraca kadencję jej obecnych członków, a po drugie, oddaje ją w ręce PiS, bo ta partia, mając większość w parlamencie, obsadzi ją swoimi wybrańcami.

I co? Duda podtrzymał rozwiązanie dotyczące skrócenia kadencji. Owszem, wprowadził do swojego projektu zapowiadaną wcześniej zasadę wyboru członków KRS przez Sejm większością trzech piątych. A jeśli w Sejmie taka większość się nie znajdzie, rządzący nie dogadają się chociażby z częścią opozycji? Jeśli będzie klincz? Wtedy każdy poseł mógłby głosować w imiennym głosowaniu tylko na jednego kandydata spośród 15 zgłoszonych. Czyli PiS wybrałoby ośmiu z 15 wybieranych przez Sejm członków KRS, PO – sześciu, a Kukiz‘15 – jednego. Pozostałych 10 członków mianują prezydent, Sąd Najwyższy i minister sprawiedliwości. Innymi słowy, różnica między propozycją Dudy a tym, co chce PiS, jest taka, że PiS chce mieć w KRS wszystkich ludzi swoich, a prezydent dopuszcza sytuację, że kilku będzie od opozycji. De facto bez prawa głosu, za to na pewno z prawem obserwowania. Naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego PiS to się nie podoba.

Podobny detal różni prezydencką i pisowską ustawę o Sądzie Najwyższym. Jarosław Kaczyński chciałby wyrzucić od razu wszystkich sędziów Sądu Najwyższego i powołać w ich miejsce swoich. Zajmowałby się tym minister sprawiedliwości, czyli Zbigniew Ziobro. W projekcie Dudy 40% obecnych sędziów jeszcze by w Sądzie Najwyższym zostało, reszta byłaby wymieniona. Przez… prezydenta.

Te 40% tak kłuje Jarosława Kaczyńskiego w oczy? Tak go blokuje? Nie widzi on, że Duda zapisał w swoich propozycjach jeszcze inne rzeczy, idące PiS na rękę?

Po pierwsze, zastrzegł sobie prawo skrócenia kadencji I prezes Sądu Najwyższego i wyznaczenia jej następcy. Też niekonstytucyjnie, bo długość tej kadencji jest zapisana w konstytucji. Po drugie, umieścił w projekcie zmiany w strukturze Sądu Najwyższego. Wprowadził Izbę Dyscyplinarną, która zajmowałaby się sprawami sędziów sądów powszechnych. Z udziałem ławników, których powoływałby Senat, czyli de facto PiS. To byłoby świetne narzędzie dyscyplinujące sędziów.

Po trzecie, propozycja Dudy zmienia zasady uznawania wyborów. Do tej pory uznawał je za ważne Sąd Najwyższy, a konkretnie Izba Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych. W propozycji Dudy ta sprawa została wyjęta z jej kompetencji i przeniesiona do nowo utworzonej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. W efekcie to ludzie wyznaczeni przez PiS ocenialiby, czy wybory były prawidłowe. I decydowaliby, czy można je uznać za ważne.

No i czwarty element – instytucja skargi nadzwyczajnej, którą proponuje wprowadzić prezydent. Skarga byłaby rodzajem znanej z PRL rewizji nadzwyczajnej – dawałaby możliwość zaskarżenia wszystkich wyroków, które uprawomocniły się po 17 października 1997 r. Taką skargę można byłoby wnieść, mając poparcie albo prokuratora generalnego, albo rzecznika praw obywatelskich, albo określonej grupy posłów czy senatorów. Skargi rozpatrywane byłyby w Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych.

Jakkolwiek więc patrzeć, i ustawy PiS, i propozycje Andrzeja Dudy podporządkowują sądy formacji rządzącej. Za sprawą Izby Dyscyplinarnej można by dyscyplinować sędziów sądów powszechnych. Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych pozwoli zaś na ocenę, czy wybory były prawidłowe, czy nie, czy można uznać ich wynik, czy nie.

No i Duda otwiera PiS furtkę do rewizji prawomocnych wyroków z ostatnich 20 lat. Dla prawników cel tego rozwiązania jest oczywisty. Mówi o tym m.in. Roman Giertych: – Nie chodzi o obywateli, tylko o te wyroki, które się Prawu i Sprawiedliwości nie podobały.

Te propozycje nazywane są przez Dudę w Orwellowskiej manierze reformami. W rzeczywistości nie mają z nimi nic wspólnego, są elementem całkowitego podporządkowania sądów władzy wykonawczej. I podporządkowania prawa, bo otwierają możliwość rewizji prawomocnych wyroków wydanych w ostatnich 20 latach.

Dlaczego zatem PiS tak fuka na Dudę, skoro przynosi prezesowi na tacy to, o czym ten marzy od lat?

Wydaje się, że to pytanie zawiera odpowiedź – Kaczyńskiego najwyraźniej uwiera, że przynosi Duda, a nie kto inny. Uwiera go, że prezydent próbuje się usamodzielnić, budować własną pozycję. Że przez dwa lata pokornie podpisywał wszystko, co mu się przedłożyło, a teraz chce, żeby z nim rozmawiano, negocjowano.

Kaczyński więc to robi (choć zapewne się nie cieszy), mieliśmy już dwa spotkania obu polityków. W Belwederze, czyli w miejscu pośrednim. I, jak mówi prezes PiS, pewnie tych spotkań będzie więcej.

Czy to wystarczy do spacyfikowania Dudy? Dobre słowo prezesa? Kaczyński będzie do tego zmuszony. Bo zawsze może być prezydenckie weto, a w obecnym Sejmie PiS nie ma siły go odrzucić.

A przecież sądy nie kończą planów PiS. W kolejce czekają lub za chwilę będą czekać kolejne ustawy, które będą wymagać podpisu prezydenta. Ustawy mające tworzyć podwaliny władzy PiS na lata. To m.in. sprawy służb specjalnych – PiS zamierza je wszystkie skomasować i utworzyć jedno wielkie ministerstwo bezpieczeństwa. To także sprawy tzw. repolonizacji mediów, czyli odebrania prasy regionalnej obecnym (niemieckim) właścicielom. Poza tym propozycja powołania jednej „czapki” nad organizacjami pozarządowymi. No i nowy kodeks wyborczy.

Beata Szydło może więc wołać, że prezydent powinien z nią współpracować, a Joachim Brudziński może opowiadać, że PiS nie poprze Dudy w wyborach prezydenckich. To i tak będą tylko krzyki. Premier nie powinien dyscyplinować prezydenta. Brudziński zaś powinien pamiętać, że przed wyborami prezydenckimi są wybory parlamentarne, w których poparcie prezydenta na pewno będzie istotne. Kto kogo pierwszy będzie zatem prosił o pomoc?

Bez Dudy PiS jest jak pies w kagańcu – warczeć może, ale nie zagryzie.

Ale czym jest Duda bez PiS? Czy ktoś jest gotów za niego umierać? Owszem, może liczyć na jakieś grupy przychylnie patrzące na jego działania – na część biskupów, niektórych polityków prawicy, garstkę prawicowych dziennikarzy. Ale wielka siła to nie jest.

Poza tym co to za prezydent, który nie jest w stanie obronić przed służbami Macierewicza i Ziobry swoich współpracowników? Przecież nawet sam siebie nie obroni.

Dziś, gdy się patrzy na reakcje Andrzeja Dudy, na jego zapewnienia, że jest z PiS, z obozem „dobrej zmiany”, a różni go jedynie metoda dochodzenia do celów, można pomyśleć, że sam się przestraszył swojej zuchwałości, że zaczyna się cofać.

Dlaczego więc, skoro prezydent jest już mocno poobijany, Kaczyński nie chce honorowo podać mu ręki i, uznając jego konstytucyjne prerogatywy, ustalać z nim najważniejszych posunięć?

Być może ten gest jest dla niego psychologicznie trudny. Zdążył się przyzwyczaić, że Duda to Adrian pokornie przesiadujący u niego w przedpokoju.

Może też być inne wytłumaczenie – Kaczyński nie chciałby, aby podobne ataki niesubordynacji zdarzały się w przyszłości. Dlatego chce Dudę brutalnie spacyfikować.

Albo obawia się trwałego pęknięcia w obozie władzy – bo bunt Dudy, niezależnie od jego motywacji, pokazał, że na prawicy jest realny podział. W jakimś stopniu kulturowy. Na tych, którzy chcą załatwiać sprawy w sposób umiarkowany, nie gorsząc lepiej wykształconej publiczności, i na tych, co chcą walić pięścią w stół.

Niby ten podział to w Polsce nic nowego, był zawsze. Już w latach 50. mieliśmy w PZPR podział na „Chamów” i „Żydów”. W polskiej polityce regularnie zatem się odnawia.

Ale może Kaczyński się boi, że jeśli coś pęknie po raz pierwszy, to za chwilę pojawią się kolejne rysy i ten proces będzie już nie do zatrzymania. Bo w tę stronę to zmierza…

Wydanie: 40/2017

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy