Kandyduję, bo…

Kandyduję, bo…

Warszawa 14.09.2019 r. Monika Jaruzelska. fot.Krzysztof Zuczkowski

Życie nie jest ani lewicowe, ani prawicowe Monika Jaruzelska Kandyduje do Senatu z listy Komitetu Wyborczego Polska Lewica w okręgu wyborczym nr 43 (Warszawa). Miała pani startować do parlamentu z list SLD! I co się stało? – O nie! Znowu to pytanie! Pytam, bo w tym szumie wciąż nie wiadomo, o co chodzi. – Obiecano mi, że będę mogła startować. Potem zaczęły się piętrzyć przeszkody. Jak to obiecano? – Obiecał mi to szef SLD, Włodzimierz Czarzasty. Rozmawialiśmy o tym, ustaliliśmy, że będę startowała do Rady Warszawy, a potem do parlamentu. Kiedy więc zbliżały się wybory, próbowałam o tym porozmawiać z panem przewodniczącym. Ale to był etap, kiedy liczył na koalicję z PO i przesiadywał w przedpokoju u pana Grzegorza Schetyny. W końcu jednak doszło do waszego spotkania. – Wtedy pan Czarzasty powiedział mi, że Grzegorz Schetyna prawdopodobnie na moją kandydaturę się nie zgodzi, bo jest antykomunistą. Zrozumiałam, że jestem komunistką. Chociaż w przeciwieństwie do pana Czarzastego nigdy nie byłam w PZPR ani w Związku Młodzieży Socjalistycznej. Bo tu o nazwisko chodzi… Niedługo będzie tak, że na mocy ustawy dekomunizacyjnej każą pani je zmienić. – Być może. I następny etap był taki, że koalicji z PO nie będzie. Za to została zawiązana koalicja z Razem i z Wiosną. Wtedy warszawska rada SLD zarekomendowała moją kandydaturę, przegłosowała ją prawie jednogłośnie. Jej szef, Sebastian Wierzbicki, chciał ją wnieść na posiedzenie Rady Krajowej, ale wtedy usłyszał od przewodniczącego Czarzastego, żeby tego nie robił. Bo do trzeciego miejsca na liście ustali trzech tenorów, a reszta zostanie oddana strukturom. Czyli że mogłabym startować z miejsca piątego, siedemnastego itd. Jak ktoś mi daje słowo, traktuję to poważnie Uspokoiło to panią? – Nie do końca, bo widziałam, jak traktowana jest Katarzyna Piekarska. Rozmawiała z nią pani? – Mówiła mi, jak była zwodzona, oszukiwana. Niczego jej nie proponowano, nie odbierano telefonów od niej. Potem, kiedy odeszła do PO, zaczęto ją obrażać, nazywać kałużą. Widząc to, napisałam mejla do przewodniczącego Czarzastego, że po raz kolejny zgłaszam gotowość do startowania, nie musi to być pierwsze miejsce. I że czekam na konkretną odpowiedź. Tej odpowiedzi się nie doczekałam. Natomiast tydzień później, 12 sierpnia, przeczytałam, że rzeczniczka SLD powiedziała, że kandydatura Jaruzelskiej nie była rekomendowana ani do Sejmu, ani do Senatu. Uznałam, że to jest wiadomość oficjalna, że nie startuję. Warszawskiej radzie SLD zabrakło siły przebicia? – Byłam przez Sebastiana Wierzbickiego informowana na bieżąco, jak te sprawy się toczą. Najpierw było udawanie, że nie ma sprawy, że miejsce dla Jaruzelskiej się znajdzie. Takie zwodzenie, gra na czas. A chwilę potem już kategorycznie mówiono, że sprawa jest zamknięta. Tym razem dlatego, że przeciwni byli Biedroń i Zandberg, bo jestem konserwatywna i jestem przeciwko prawu do przerywania ciąży. Najpierw komunistka, potem konserwatystka. To wszystko na poważnie czy było tylko pretekstem? – Nie tak dawno otrzymałam od Roberta Biedronia SMS, że nie ma nic wspólnego z zablokowaniem mojej kandydatury. „Szanuję panią i uważam, że nie powinno być wrogów na lewicy, trzymam kciuki, pozdrawiam serdecznie”, napisał. Z kolei w Wirtualnej Polsce występował pan Krzysztof Śmiszek, który potwierdził, że pan Biedroń absolutnie nie blokował mojej kandydatury. I że sprawa mojej osoby była w gestii władz SLD. Zapytałam więc Włodzimierza Czarzastego, jak było. Jak można się domyślić, odpowiedzi nie dostałam. A jak było? Wie już pani? – Wszystko było robione tak, żeby na liście warszawskiej znalazła się jak najwyżej pani Anna Maria Żukowska i żeby nie miała konkurencji. Dlatego Jaruzelskiej, Piekarskiej, Danuty Waniek na tę listę nie wpuszczono. Bo każda z nas by ją przeskoczyła. Pani Żukowska dostała w wyborach do Rady Warszawy w swoim okręgu 1 tys. głosów, ja – 8,5 tys. Proszę zwrócić uwagę, jak trudno się przebić do mediów kandydatom z listy warszawskiej, tym z dalszych miejsc. Dochodzą do mnie głosy, że są blokowani. Pan Zandberg przebija się sam, potem jest rzeczniczka. I koniec. Cisza. Nie dziwi pani, że to wszystko jest tak robione, żeby na liście warszawskiej nikt nie zaszkodził pani Żukowskiej? – Nie, nie dziwi. Rozumiem. Tylko tak być nie powinno. A zaskoczyło to panią? – Nie. Miałam do Włodzimierza Czarzastego ograniczone zaufanie. Choć jak mi ktoś daje słowo, traktuję to poważnie. Wychowałam się w domu wojskowego, gdzie dane słowo to jest coś. Żałuję, że w dzisiejszych czasach słowo honoru

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2019, 39/2019

Kategorie: Wywiady