Niewidzialna ręka to właśnie wy

Niewidzialna ręka to właśnie wy

Niewidzialni prześcigali się w pomysłach. Budowali, przekopywali ziemię, naprawiali wózki inwalidzkie, łatali dachy i montowali ławki na przystankach

Wybrali pierwszego prowadzącego. Został nim aktor Józef Nalberczak. Czasem będę chciał powiedzieć coś od siebie, uprzedził pana Macieja Zimińskiego. Mów tyle, Józuś, ile da się przełożyć na życie.

W niedzielny poranek zaczęło się przedstawienie. W eter popłynęły słowa:

„TU CENTRALNA BAZA NIEWIDZIALNYCH, TU CENTRALNA BAZA NIEWIDZIALNYCH. ZA CHWILĘ PIERWSZE WIADOMOŚCI”.

W studiu panował półmrok i dużo trzeba było sobie wyobrazić. Prowadzący uniósł dłoń i powiedział: „witam was, niewidzialni”.

Pan Maciej stał za kamerzystą i obserwował.

„Sprawa jest bardzo ważna. O tym możecie wiedzieć tylko wy i my – Sztab Niewidzialnej ręki. Nazywajcie mnie szefem. Ruszamy do akcji. W pogotowiu będziemy cały czas. W sposób niewidzialny pośpieszymy z pomocą wszystkim, którzy pomocy potrzebują. Zawsze – niewidzialnie”.

Kiedy wytłumaczył zasady, lektorka przeczytała pierwszy list.

„Mam 78 lat, mieszkam w kamienicy, którą przeznaczono do rozbiórki. Jestem ostatnią lokatorką. Od mrozów pozostaję bez wody, dlatego poszłam prosić o pomoc ludzi z sąsiedztwa. Zainteresował się mną młody człowiek. Decyzję podjął niezwłocznie i naniósł mi na trzecie piętro węgla i wody. Myślałam pójść prosić raz jeszcze, ale patrzę nazajutrz – woda i węgiel pod drzwiami. I bilet niewidzialnej ręki. Wzruszyło mnie to do głębi serca. Podejrzewam, że to ten młody człowiek – nie znam jego imienia i nazwiska. Nosił mi wodę i węgiel przez wiele dni. Z wdzięczności brak mi słów”.

Kamera pokazała zapisaną kartkę i zacienione telefonistki, a potem znów objęła Szefa.

„To był list od pani Marii Zając z Krakowa. Podobny nadszedł ze wsi Doły”.

I znów lektorka czytała:

„Przeżyłem 76 lat i nie słyszałem, żeby taka organizacja Niewidzialnej ręki istniała. Ale się przekonałem. Sąsiad skosił mi zboże, poszedłem kogoś poprosić, żeby mi związał w snopki. Zachodzę do jednego domu, a tam mówią, że snopki przecież powiązane. Poszedłem więc na pole, zobaczyłem – aż popłakałem się z radości. To była niewidzialna ręka. Innego razu poszedłem do lekarza, wracam, patrzę, a krowa uwiązana na pastwisku. Zachodzę do stajni, a tam wyzamiatane. To była niewidzialna ręka. Po wykopaniu ziemniaków sąsiad mi zbronował pole, żeby wyzbierać ziemniaki. Martwiłem się, jak ja je wyzbieram, bo się nie mogę schylić. Ktoś mi te ziemniaki pozbierał i wsypał do piwnicy. To po raz trzeci była niewidzialna ręka. Życzę jej samych piątek w szkole i dziękuję. I jeszcze raz dzię­kuję. Michał Gajda, wieś Doły”.

Kiedy lektorka umilkła, odezwał się Szef.

„I ja wam, niewidzialni, chcę podziękować. Serdeczny uścisk dłoni. A teraz kilka krótkich wiadomości z listów.

Halo, wieś Minkowskie. Wiemy, że niewidzialny przez całą zimę rąbał i nosił na górę drewno dla pani Iwanickiej.

Halo, Bielsko-Biała. Dziękujemy za naprawę dachu altanki na działce kolejowej.

Halo, Sulęcin! Dziękujemy za drzewo i uporządkowane komórki u pani Siłskiej.

Halo, Jastrzębie-Zdrój! W czasie, kiedy pani dozorczyni wielkiego bloku opiekowała się ciężko chorym dzieckiem, niewidzialni dokładnie posprzątali klatkę schodową.

A teraz jeszcze jeden list. Nadszedł z miejscowości Szudziałowo.

Jadąc do pracy z miejscowości Szudziałowo – czytała lektorka – zostałem zapytany o dokładne godziny przyjazdów autobusów porannych w kierunku Sokółki. Niestety, ani ja, ani nikt nie był w stanie odpowiedzieć. Rozkład jazdy przepadł pół roku temu. Ktoś go zabrał. Stojąca bliżej przystanku kobieta, słysząc naszą rozmowę, ze zdziwieniem stwierdziła, że rozkład przecież jest. Nie wierząc jej słowom, poszliśmy, a było nas kilka osób, zobaczyć, czy mówi prawdę. Rzeczywiście, w metalowej ramce ładnie wypisany był rozkład jazdy autobusów PKS. Wszyscy byli zaskoczeni i nikt na razie nie zauważył zatkniętych w rogu dwóch biletów. Dopiero potem sięgnąłem po dwie karteluszki papieru z napisem »niewidzialna ręka«. Ale było dyskusji i pochlebnych opinii pod adresem niewidzialnych rąk. Musiałem wszystkich pasażerów zapewnić, że napiszę do Was i podziękuję Niewidzialnym w imieniu podróżnych. Załączam bilety i gorąco pozdrawiam niewidzialnych, którzy wykonali rozkład jazdy. Władysław Olchowik, Szudziałowo.

Właśnie takie listy są najpiękniejszym podziękowaniem za wasze działanie”, powiedział Szef. „Jeśli i ty chcesz działać z nami, nadeślij zgłoszenie. A teraz pamiętajcie:

NIEWIDZIALNA RĘKA JEST ZAWSZE GOTOWA NIEŚĆ POMOC POTRZEBUJĄCYM. NIEWIDZIALNA RĘKA MOŻE ROBIĆ WSZYSTKO, CO POŻYTECZNE. NIEWIDZIALNA RĘKA ZAWSZE I WSZĘDZIE DZIAŁA NIEWIDZIALNIE”.

Kamery zgasły, zapaliły się reflektory, twarz Nalberczaka stała się widoczna. I co, dobrze zagrałem? Spojrzał w kierunku pana Macieja. Lepiej, Józuś, nie mogłeś. (…)

Niewidzialni prześcigali się w pomysłach. Budowali budy dla psów i opatrywali gołębie. Stawiali ule i rozmnażali drzewa. Przekopywali ziemię i sadzili ziemniaki. Brali się do trudniejszych robót – naprawiali wózki inwalidzkie i spacerówki samotnym matkom. Łatali dachy i montowali ławki na przystankach autobusowych. W Kruszowicach podnieśli mostek tak, by woda go nie podmywała. Jak Zorro rozprawiali się z rzeczywistością i jak on pozostawiali znak. A ludzie starzy, chorzy, niedołężni, wszyscy ci, którym pomoc była potrzebna, uwierzyli, że nadejdzie.

„Piszę tych kilka słów ze łzami w oczach. Ileż to dobra ma w sercu nieznana mi osoba, a zarazem tak bliska. Jestem starszą samotną kobietą, mieszkam na przedmieściu, mam niedużą działkę. Niedawno wróciłam ze szpitala, byłam tam przeszło miesiąc. Martwiłam się, że nie będę mogła robić. Gdy w niedzielę sąsiadka pomogła mi wyjść, poszłyśmy zobaczyć działkę, a tu takie zaskoczenie. Znalazłam bilet i zrozumiałam wszystko. Nie znajduję słów, jak mogłabym wyrazić swoją wdzięczność osobie, która nie tylko skopała działkę, ale też porobiła grządki, a przy każdej jest tabliczka, co jest zasiane. Zofia Burzyńska z Bydgoszczy”.

Być może wiara i wyobraźnia mają ten sam zaczątek.

„Mam 82 lata i choruję na nogi. Sama przy sobie robiłam, ale do sklepu nie szłam. Sklep jest po drugiej stronie strumyka, a mostek za daleko. Byłam zdana na łaskę. Któregoś poranka zobaczyłam kartkę w oknie i bilet. »To jest kładka dla pani«. Boże, sama chodzę przez strumyk. Dziękuję najukochańsi niewidzialni. Maria Wąs, Warszawa”.

W istocie, pokazywali cuda. (…) Uczynki namnażały się; Poznań, Sulęcin, Ruda Śląska, Łomnica, Kąty Rybackie. Jadwiga Jasny sortowała listy. Z czasem meldunków przychodziło tak dużo, że do ich układania wynajęła emerytki. (…)

Podwórkowe zabawy powoli przeradzały się w ruch. Dziennikarze pisali o bractwie Niewidzialnej ręki, o zakonie niewidzialnych, o dziecięcej solidarności z potrzebującymi. Podobno w paru miastach i wsiach proboszczowie zmienili godziny porannych mszy, bo emisja „Niewidzialnej ręki” spowodowała pustki w kościołach.

A czas płynął i poczynania niewidzialnych nabrały dynamiki. Do ‘67 r. nadesłano ok. 100 tys. listów, a każdy był zapisem dobrego uczynku.

„Drewno cieniutko porąbane, mleko, chleb i bułki. Schody odśnieżone. W komórce poukładane cegły. Jest mi lżej na sercu, gdy wiem, że ktoś o mnie pamięta. Bardzo się cieszę. Niewidzialna ręka numer 34 093, która mi to zrobiła, zasługuje na moją wielką wdzięczność”. (…)

„A teraz wiadomość z Kielc.

Gwiazdka w Domu Małego Dziecka była szczególnie uroczysta. Dzieci otrzymały paczki z zakładów pracy, było wiele delegacji ze szkół, drużyn harcerskich i przedszkoli. Każde dziecko miało w tym dniu kogoś, kto przyszedł wyłącznie dla niego i nim się tylko zajmował. Kiedy wszyscy się rozeszli, a dzieci syte wrażeń poszły spać, jedna z pracownic zakładu spostrzegła, że pod drzwiami leży paczka z biletem niewidzialnej ręki numer 75 762. Zawartość paczki świadczyła o tym, że ofiarodawca podarował dzieciom swoją własną otrzymaną od rodziców paczkę i to nas ogromnie wzruszyło. Był to naprawdę dar serca. Paczkę dostał Piotruś, który nie chodzi od urodzenia. W jego imieniu serdecznie dziękujemy ofiarodawcy i przesyłamy zdjęcie Piotrusia. J. Miarka, dyrektor Domu Małego Dziecka numer 1 w Kielcach”.

Jadwiga przypięła fotografię nad biurkiem.

Mówicie, że telewizja ma wady. Ano ma. Wysuwacie oskarżenia pod adresem twórców telewizyjnych – przypisujecie nam wzrost postaw biernych u młodych widzów. Zgadza się, panie i panowie pedagodzy, psycholodzy, redaktorzy i towarzysze. Uspokajam: wiele umysłów zatrzymuje się w tym miejscu.

Pan Maciej wygłaszał odczyt w Radiokomitecie – właśnie przyznano mu nagrodę pierwszego stopnia. Nowy prezes Maciej Szczepański awansował go na szefa programów oświatowych.

Zarazem przekonujecie, że wszystko, co mogą uczynić pedagog z psychologiem, to udzielić przestrogi przed zbadanymi już skutkami negatywnymi. Telewizja niszczy wyobraźnię, mówicie. Daje gotowe, hamuje twórcze myślenie. Telewizja wypacza obraz rzeczywistości – to wasze słowa, koleżanki i koledzy, wasz repertuar klasyczny. Pytanie tylko, czy te negatywne skutki telewizja nieść musi z racji swojego charakteru? Czy problem nie tkwi przypadkiem w waszej, wybaczcie, ograniczonej wyobraźni? Może i wy za dużo telewizji zażywacie? (…).

Znów zebrał gorące oklaski. Tym razem nie miał powodu do złości. Szczepański na koniec uścisnął mu dłoń, powiedział, że mówi za pana Macieja milion niewidzialnych uczynków. Dotychczas nie nagradzali go za pracę, a teraz się posypało – Nagroda Prezesa Rady Ministrów, Nagroda Ministra Obrony Narodowej: „Panu Maciejowi, z uznaniem – Wojciech Jaruzelski”.

A potem ta chwila – wiele oczu na to patrzyło. Michał Sumiński podał mu pucharek soku z cytryny. „Żądam, abyś na przekór wiatrom i burzom był zawsze pogodny i radość dzieciom przynosił”. Wpiął mu w klapę Order Uśmiechu.

Na czele partii stał już Gierek. Czytałem o życiu na kredyt. „Mandarynki i pomarańcze”, coca-cola i dżinsy. Rosły możliwości i rosły potrzeby. (…) Na Woronicza powstały nowoczesne budynki, na Starówce ludzie wrzucali do wielkiej skarbonki datki na odbudowę Zamku Królewskiego. Tymczasem pan Maciej wymyślił nowy program, „Teleranek”. W czołówce piał kogut: „kukuryku!”.

Coś mu już wyraźnie nie leżało. Pozwalał, by uciekały od niego pomysły. Z początkiem 1980 r. oddał „Teleranek” Jadwidze Jasny, chyba po to, żeby się krzywić. Co to za język, narzekał. Współczesny. (…)

Cóż, każda bajka dobiega końca. Niewidzialni dorośli i już nie otwartą dłoń podnosili, a dwa palce w V. Rozrzucali ulotki: „SOLIDARNOŚĆ WALCZY”.

Pan Maciej chyba nie przewidział, co miało wkrótce nastąpić. Z rezerwą słuchał o porozumieniu wewnątrz społeczeństwa i o robotnikach – mówili o samostanowieniu, o zrzeszaniu się, ogłaszali, że są siłą sprawczą, mają w planach zmienić kraj, Europę i świat. Pan Maciej poczuł się ograbiony. Pisał jeszcze „Niewidzialną rękę” i pisał nowy scenariusz programu dla najmłodszych. „Już za chwileczkę, już za momencik, »Piątek z Pankracym« zacznie się kręcić”. Jak Ezop posługiwał się opowieściami. (…)

A potem nastała zima ‘81. 12 grudnia Zimińscy z młodszym synem Bartkiem snuli plany: w niedzielę wyjdziemy na sanki, a na obiad ugnieciemy leniwe. Albo usmażymy placki, jak wolisz. Skleimy czołg, a rano obejrzymy „Teleranek”.

Jadwiga Jasny przygotowała temat: zlot czarownic na Łysej Górze. Wybrała piosenkę: „trzynastego, wszystko zdarzyć się może”.

Nocą oddziały wojska i milicji zajęły budynki Polskiego Radia i Telewizji. Funkcjonariusze Departamentu „T” przerwali łączność. O piątej nad ranem nadano ostatni radiowy serwis informacyjny: „patriotyczne siły społeczeństwa polskiego coraz bardziej zdecydowanie domagają się udzielenia wrogom socjalizmu takiej odprawy, na jaką zasłużyli swymi występnymi działaniami”.

Rano pan Maciej włączył Bartkowi telewizor. „Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, zwracam się do was jako żołnierz…”.

Od razu pojechał na Woronicza. On i jeszcze 11 pracowników otrzymało przepustki. Przez całe popołudnie krążył między mundurowymi i badał nastroje. Usłyszał, że odtąd program układać będą wojskowi.

Przestraszył się, że jacyś nadgorliwcy zrobią krzywdę jego niewidzialnym. Kiedy już mógł stanąć przed kamerą, słowa wypowiadał spokojnie: „Drodzy niewidzialni, wasza misja dobiegła końca. Zwalniam was z tajemnicy. Czasy nastały niepewne i choć pomoc jest nadal potrzebna, to odtąd musicie pomagać jawnie”.

Nie złożył legitymacji. Twierdził uparcie, że jego uczciwości nie trzeba sprawdzać. Za to na drzwiach redakcji Telewizji Dziewcząt i Chłopców wywiesił kartkę: „Sprawdzono, nie straszy”.

Wielu kolegów układało się z Solidarnością – jedni z wiarą i nadzieją, drudzy z wyrachowania. Byli i tacy, którzy mijali go na korytarzu jak obcego albo obmawiali. Jesteś po drugiej stronie. Nie jestem. Odwracasz oczy od tego kurewstwa. Całe życie sprzątam po kurewstwach. Z początku ciągnął za rękaw, pytał: czyje te połatane dachy? Stalinowskie, Gomułkowskie, Gierkowskie, Solidarności, Jaruzelskie czy nasze? Ale nie chcieli go słuchać. Byli jak ryby w ławicy.

Czuł, że wypada na aut. Miał żal do kolegów, że nagle znaleźli się po drugiej stronie. Ich postawa, mówił, wroga postawa, wydaje się sprzeczna z postulatami Solidarności. Jaki sens ma wasza rewolucja, skoro walczycie z uciskiem, a odpowiadacie dyskryminacją? Jaki sens ma wasza demokracja, skoro nie dopuszczacie innego widzenia? Siłą was nie przekonam, ale to już na starcie skazuje was na porażkę.

Pisał dalej ten swój „Piątek z Pankracym”. „Pamiętaj, kiedy człowiek znajduje się w ciężkim położeniu, ma kłopot, jakąś tragedię, nieszczęście, nie wolno nigdy temu obojętnie się przyglądać. Nie wolno przechodzić obojętnie obok kogoś takiego. Pamiętaj. Zawsze pamiętam, proszę pana”.

Zmiany, jakie zachodziły w jego życiu zawodowym, godziły w najczulszy punkt. Był człowiekiem zaradnym, opiekunem stada, a stado się kurczyło, widział to w tabelkach, i narastała w nim niechęć. Czerwiec ‘89 spędzał z panią Joanną i Bartkiem w Gulczewie, gdzie mieli domek letniskowy i gdzie uciekali po swobodę.

„Proszę państwa, 4 czerwca skończył się w Polsce komunizm”.

Pan Maciej siedział przed telewizorem, moczył stopy w misce i nie wierzył. A to bal! Kiedy zaszło słońce, kilku pijaczków podeszło do płotu; wznosili toasty. On wypił za demokratów: żeby nas poznali.

Nowi ludzie stanęli na czele nowego porządku, a jesienią Lech Wałęsa pojechał do Waszyngtonu. (…) Wkrótce zaczęła się Ameryka. Postulaty Solidarności topiły się w dyskusjach i awanturach. Lech Wałęsa tłumaczył: „Nikt z nas, ja też, nie ma gotowych rozwiązań. Jeśli spokój jest u góry, to na dole jest wojna. Dlatego zachęcam państwa do wojowania”.

Który to już raz, srożył się pan Maciej. Trzymał się swojego zdania jak dziecko rękawa. (…)

Po wyborach wiele się zmieniło w telewizji. Przyszedł nowy prezes Andrzej Drawicz i poprosił pana Macieja do gabinetu. Powiedział, że wyczerpała się formuła jego programów. Pańskie zabawy, tłumaczył, nie przystają do nowych czasów. Pan Maciej pozwolił sobie wtedy na uwagę: okazywanie życzliwości jest, z tego co wiem, kategorią uniwersalną. Spytał, co to za czasy idą, do których nie przystaje ludzka życzliwość? A że nie usłyszał odpowiedzi, to zabrał worki z listami – ile weszło – do fiata 500. W magazynie rekwizytów pod stertą śmieci znalazł Misia Uszatka, najlepszego przyjaciela Misia – Zajączka i kilka lalek, które leżały pokotem. W koszu na śmieci tkwiła pacynka Pankracego z naderwaną głową. Skurwysyny, skurwysyny, powtarzał szeptem. Wkrótce Wielka Kartoteka poszła na przemiał.

Fragmenty książki Macieja Wasielewskiego Niewidzialna ręka, Wielka Litera, Warszawa 2019

Fot. Mirosław Stankiewicz/TVP/East News

Wydanie: 29/2019

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy