Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Jeden z czytelników zwrócił nam uwagę, że robią dziś w MSZ karierę takie określenia jak desant jakiejś grupy. UW-oli albo chłopców z wojska, albo ludzi prezydenta. No, różnie to jest określane. I na przykład można też mówić o desancie „grupy bułgarskiej”. Bo oto były szef Instytutu Polskiego w Sofii kieruje biurem kadr, z kolei były ambasador w Sofii, Jarosław Lindenberg, jest szefem Sekretariatu Ministra. Czy raczej – pani minister. Ten pierwszy, o czym pisaliśmy, to członek Ligi Republikańskiej, tej od zadym pierwszomajowych. A Lindenberg? Mówią o nim w MSZ, że nigdy o nikim nic dobrego nie powiedział. A poza tym, że zna się osobiście z carem Symeonem. Oto więc mamy kolejne miejsce, gdzie rośnie geniusz w ludziach – Bułgarię.
Chociaż inni z kolei przypominają, że ważniejsze jest co innego – dotyk Michała Kamińskiego, szefa CBA. On tworzy geniusza. Andrzej Papierz go ma. No i ma go, jak w MSZ mówią wtajemniczeni, Andrzej Sadoś, rzecznik ministerstwa, to z kolei kolega Kamińskiego ze szkoły.
Ludzie w MSZ mówią o tych dotykach i już wiedzą, kto ma szansę, a kto nie. Wiedzą też, jaki los spotyka tych bez dotyku. Na przykład Jarosława Świebodę. Był dyrektorem Departamentu Unii Europejskiej, i to dobrym. Takim z wąskiego grona najlepszych polskich specjalistów znających się na sprawach UE.
To był naturalny kandydat na stanowisko naszego ambasadora w Unii. Ale nie miał dotyku. Więc z nim pogrywano. Najpierw rozmawiano z nim tak: wie pan, ze stanowiska dyrektora departamentu na stanowisko ambasadora w Unii to trochę za mała trampolina, na taką placówkę wyjeżdża się z wiceministra. I zaproponowano mu stanowisko ambasadora w Brukseli. Jednak nie przy Unii, ale w Belgii. On to przyjął. Wiadomo, będzie blisko spraw, na których się zna. Więc jak przyjął, to najpierw potrzymano go parę tygodni w niepewności, że niby się załatwia. A potem poinformowano, że sprawa jest już nieaktualna. Za to jest szansa, żeby został ambasadorem w Lizbonie. Świeboda był już ostrożniejszy, poprosił o krótki czas, by się zastanowić. No i odpowiedział – OK, w Portugalii, państwie unijnym, też się przydam. Wiadomo, było to dla niego zepchnięcie lekko w bok, ale ta nominacja dałaby się wytłumaczyć. Ale po cóż tłumaczenia – po jakimś czasie Świebodę poinformowano, że Lizbona też jest już zajęta. No i że może byłaby jakaś szansa wysłać go do Skopje.
Na co niedoszły ambasador uprzejmie podziękował i odszedł z MSZ. Teraz ma firmę, która pomaga w pozyskiwaniu funduszy unijnych i w ogóle w poruszaniu się w gąszczu (dla jednych gąszcz, dla drugich wygodna ścieżka…) unijnej biurokracji i unijnych przepisów.
I podobno sobie chwali.
A teraz na MSZ-etowskiej giełdzie wśród kandydatów na stanowisko ambasadora w Unii wymienia się Jarosława Starzyka. Jest on… dyrektorem Departamentu UE. Zastąpił Świebodę. Tylko o kilka ładnych lat mniej od niego wie.
W sumie, patrząc na inne nominacje, to i tak dobrze, że wie aż tyle.

Wydanie: 40/2006

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy