Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

W polskiej dyplomacji ważniejsze jest bycie specjalistą od współpracy z ambasadorem niż specjalistą od spraw niemieckich.
powiada, jak to przycina sieć placówek. No, na nasze rozeznanie te wszystkie działania ani nie są specjalnie oszczędnościowe, ani nie wyróżniają się nadzwyczajną mądrością.
Zacznijmy choćby od Niemiec. Jeżeli popatrzymy na nasze placówki w Niemczech, to też są one zwijane, mimo że ten kraj jest naszym głównym partnerem politycznym i handlowym. O konsulacie w Kolonii już pisaliśmy, tak jak o ambasadzie w Berlinie, gdzie od lat straszy jej ruina. Może zatem nadrabiamy znakomitą organizacją? To też wątpliwe – wystarczy spojrzeć na strukturę placówki w Berlinie. Niczym się nie wyróżnia, jest zorganizowana tak samo jak w jakimś dalekim państwie.
A kadry? Nowy ambasador Jerzy Margański właśnie kompletuje sobie zespół. To znaczy – sprowadza. Przywiązuje się bowiem do ludzi, z którymi spędza czas za granicą. Kiedy ze Szwajcarii przeniósł się do Austrii, za nim przenieśli się pracujący w Bernie dyplomaci. Teraz, gdy z Austrii przechodzi do Berlina, oni również za nim wędrują. Morał z tego taki – w polskiej dyplomacji rzeczą ważniejszą jest bycie specjalistą od współpracy z Jerzym Margańskim niż specjalistą od spraw niemieckich.
Przez lata miejscem, w którym sprawy niemieckie rozbierano na czynniki pierwsze, był Instytut Zachodni w Poznaniu. Zdaje się, że to jego ostatnie lata. Bo instytut jest w stanie wojny z MSZ, dyrektor Departamentu Strategii Polityki Zagranicznej Jakub Wiśniewski w grudniu pisał, że instytut nie ma strategii działania i obumiera naukowo. Co prawda, sam Wiśniewski jest członkiem jego rady naukowej, ale – jak widać – nie poczuwa się.
No dobrze, jeżeli w MSZ tak niedoceniane są sprawy niemieckie, to co jest doceniane?
O! Wiele rzeczy! Niedawno jako wielki sukces ogłoszono, że wiceminister Pomianowski został dyrektorem wykonawczym Europejskiego Funduszu na rzecz Demokracji. Czyli takiego funduszu, który ma zasilać pieniędzmi opozycjonistów z Białorusi, a także innych niedemokratycznych państw sąsiadujących z Unią Europejską. I mówiono, że to duża rzecz zdobyć takie stanowisko.
Ha! W MSZ z ironicznym uśmiechem przypominają, że Pomianowski fatalnie wypadł podczas rozmowy kwalifikacyjnej. I w zasadzie powinien paść, gdyby nie jedno „ale”. Fundusz powstał z inicjatywy ministra Sikorskiego, Polska dwa lata lobbowała za jego powołaniem. Poza tym finansujemy jedną trzecią jego budżetu (ponad 5 mln euro z 16-17 mln, z czego jedna trzecia przeznaczona będzie na samo funkcjonowanie) i daliśmy mu siedzibę. W sprawie funduszu mamy zatem najwięcej do powiedzenia.
Choć nie udało nam się jedno – fundusz nie ma atrybutu placówki dyplomatycznej, jest instytucją prawa miejscowego. Pracują więc w nim urzędnicy, a nie dyplomaci. Ciekawe, jak to niektórzy wytrzymają.

Wydanie: 10/2013

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy