Ofiary estońskiego windykatora

Ofiary estońskiego windykatora

Miałeś stłuczkę? W warsztacie oferują ci samochód zastępczy? Uważaj! Może cię to drogo kosztować

Każdego roku na polskich drogach dochodzi do tysięcy podobnych zdarzeń. Jest piękne lipcowe popołudnie 2017 r. Autostrada Wolności (czyli A2) w okolicach Brwinowa. Panią Joannę, jadącą w kierunku Poznania prawym pasem škodą superb, potrącił pędzący z dużą prędkością volkswagen passat. Uderzenie było tak silne, że obróciło oba pojazdy, które zatrzymały się na zabezpieczeniach. Nikomu nic się nie stało, lecz auta solidnie ucierpiały. Na miejscu zjawiła się policja. Kierowca passata przyznał się do winy i podpisał stosowne oświadczenie, by ubezpieczyciel mógł szybko wypłacić pani Joannie odszkodowanie OC.

Kierowca lawety, która zabrała uszkodzoną škodę, polecił pani Joannie warsztat w Piastowie. Jego właściciel z kolei rekomendował jej samochód zastępczy należący do firmy o nazwie SZ24H112 sp. z o.o., którego koszt użytkowania – 215 zł za każdą rozpoczętą dobę – miał zostać pokryty z ubezpieczenia sprawcy. Wystarczyło podpisać „Umowę odpłatnego udostępnienia pojazdu do krótkotrwałego korzystania”. A ponieważ naprawa była bezgotówkowa, panią Joannę namówiono na zawarcie kolejnej umowy, z firmą PTE Services na przelew do inkasa środków uzyskanych od ubezpieczyciela z racji odszkodowania. Mówiąc po ludzku – pani Joanna powierzyła prowadzenie swojej sprawy wspomnianej spółce. Okazało się to poważnym błędem.

Nieoczekiwane wezwanie

Naprawa škody okazała się czasochłonna. Przez ponad dwa miesiące pani Joanna korzystała więc z samochodu zastępczego, nie zawracając sobie głowy wysokim kosztem użytkowania. Wszystko miało być załatwione bezgotówkowo. Aż w pewien październikowy dzień otrzymała list polecony od mecenasa Karola Pipczyńskiego, który informował ją, że wskazany przez nią ubezpieczyciel nie uznał w części roszczenia odszkodowawczego, w związku z czym jest ona zobowiązana do zapłaty 17,2 tys. zł z tytułu najmu samochodu zastępczego na rzecz estońskiej spółki FINNAAY OÜ z siedzibą w Tallinie, która nabyła wierzytelność od spółki SZ24H112.

Pipczyński uprzedził panią Joannę, że jeśli nie zapłaci, zmuszony będzie „złożyć pozew o dochodzenie opisanej należności”. Swoje oczekiwania mecenas okrasił cytatami z bogatego dorobku krajowej judykatury, z których wynikało, że nie pozostaje jej nic innego, jak tylko dokonać przelewu 17 tys. zł na wskazany rachunek w ING Banku Śląskim SA. Powiedzieć, że w tym momencie kobieta się zdenerwowała, to nic nie powiedzieć.

Pani Joanna uznała, że nie zapłaci, bo nikt w lipcu 2017 r. nie uprzedził jej, że podpisane przez nią dokumenty nakładały na nią obowiązek pokrycia kosztów wynajętego auta.

Szybko ustaliła, że prezesem spółki SZ24H112, do której należał samochód zastępczy, jest przedstawiciel bratniego ukraińskiego narodu Ihor Dyba. Ten w rozmowie telefonicznej wyjaśnił, że nie mógł czekać na pieniądze i sprzedał wierzytelność działającej w Polsce estońskiej spółce zajmującej się windykacją. I nic go nie łączy ani z mecenasem Pipczyńskim, ani z właścicielami FINNAAY OÜ.

Pani Joanna skontaktowała się również z firmą ubezpieczeniową, która w przesłanym piśmie wyjaśniła, że jeśli chodzi o koszty naprawy i koszt wynajmu samochodu zastępczego, to ma poważne zastrzeżenia co do rzetelności i uczciwości wykonujących je podmiotów gospodarczych i nie wypłaci im oczekiwanych środków. Sprawa jest w sądzie, kiedy zostanie rozstrzygnięta, nie wiadomo, bo po reformach w wymiarze sprawiedliwości czas oczekiwania na wyroki drastycznie się wydłużył.

Nic też nie dały poszukiwania mecenasa Pipczyńskiego. Pod wskazanym w korespondencji adresem stało tylko biurko, korespondencję ktoś od czasu do czasu odbierał, ale nikt w wynajmowanym pomieszczeniu nie przesiadywał. Telefon prawnika nie odpowiadał.

Pani Joannie nie udało się również skontaktować z estońską spółką FINNAAY OÜ. Ustaliła tylko, że jej beneficjentem jest urodzony w Ekwadorze mieszkaniec Brazylii Fernando Stalin Jiménez, co mogło wskazywać, że to tzw. słup.

Legalne czesanie frajerów

Tymczasem kolejny ruch wykonał mecenas Pipczyński. Tuż przed Bożym Narodzeniem 2017 r. przyszła do pani Joanny korespondencja z Sądu Rejonowego Lublin-Zachód, popularnie zwanego e-sądem, z nakazem zapłaty 17,2 tys. zł na rzecz spółki FINNAAY OÜ. Pozew złożył mecenas Pipczyński.

Prawnik pani Joanny odpowiedział sprzeciwem. Sprawa trafiła do I Wydziału Cywilnego Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy, w którym tkwi do dziś. Na razie nasza bohaterka nie zapłaciła ani grosza.

Podobnych spraw jest więcej. Wszystkie łączy estońska spółka, która ma roszczenia liczone w tysiącach, a nawet dziesiątkach tysięcy złotych. Interes musi być opłacalny, skoro ten windykator jest tak aktywny nad Wisłą.

Warto podkreślić, że wszystkie elementy opisanego procederu są zgodne z obowiązującym w Polsce prawem. Ubezpieczyciel ma nie tylko prawo, ale i obowiązek odmówić wypłaty odszkodowania, jeśli nabierze podejrzeń, że sprawca i ofiara kolizji drogowej wspólnie chcą go naciągnąć. Mało było takich przypadków? Albo wyłudzania pieniędzy przez warsztaty samochodowe? Jeśli zatem są wątpliwości, niech lepiej sąd rozstrzygnie, kto ma rację.

Także sprzedaż wierzytelności jest czymś normalnym, regulowanym stosownymi ustawami. A jeśli ktoś nie zgadza się co do istnienia długu, może skorzystać z drogi sądowej.

W praktyce osoby, które miały nieszczęście zetknąć się z takim działaniem, są pod bardzo silną presją. Gdy dowiadują się, że ktoś żąda od nich kilku, a nawet kilkunastu tysięcy złotych, wpadają najpierw w panikę, a potem we wściekłość. Wiedzą, że usługi adwokata kosztują, a sprawy ciągną się latami, ich wynik zaś nie jest pewny. Zdarzało się, że sędzia sądu rejonowego nie podzielał opinii, że roszczenie estońskiej spółki było bezpodstawne. I orzekał konieczność spłaty zobowiązania. Od tego wyroku można się odwołać, lecz oznacza to kolejne lata sporów sądowych. Tu chodzi już nie o pieniądze, ale o święty spokój.

Jak nie wpaść w sidła windykatorów

Podobnych spółek zarejestrowanych w Estonii jest więcej. Na przykład NextCap Ventures OÜ specjalizująca się w windykacji długów powstałych w wyniku skorzystania z tzw. chwilówek. Firmy udzielające pożyczek, których realna stopa procentowa przekracza nawet 1000%, sprzedają jej niespłacone zobowiązania w pakietach.

Podobnie robią spółki telekomunikacyjne. Bywa, że osoby, które dawno uregulowały swoje zobowiązania, otrzymują wezwania do spłaty długów. Udowodnienie, że wszystko jest w porządku, bywa trudne, bo nie mamy zwyczaju przechowywania rachunków i dowodów wpłaty.

Problemem bywa też działalność Sądu Rejonowego Lublin-Zachód, czyli e-sądu. W założeniach miał on usprawnić działanie polskiego wymiaru sprawiedliwości. Miały do niego trafiać drobne, mało skomplikowane sprawy, które nie wymagały przeprowadzenia postępowania dowodowego. Jak się okazało, w tym sądzie rozpatrywane były pozwy, w których chodziło o setki tysięcy złotych. I wydawano nakazy zapłaty bez jakichkolwiek dowodów. Rozpatrywaniem spraw zajmowali się referendarze sądowi, którzy mieli na każdą kilkadziesiąt sekund. Nic dziwnego, że dochodziło do patologii.

Zabezpieczeniem przed pomyłkami w tym sądzie jest sprzeciw, który należy złożyć w ciągu 14 dni. Wstrzymuje to wykonanie nakazu zapłaty, lecz nie kończy sprawy. Choć lepsze to niż nic.

Ofiary estońskich windykatorów mogą zgłosić swoją sprawę do Miejskiego Rzecznika Konsumentów w Warszawie. Czyli do pani Anny Brzozowskiej-Filipowicz, cieszącej się bardzo dobrą opinią osób pozwanych przez FINNAAY OÜ.

Na podwładnych ministra Zbigniewa Ziobry nie ma co liczyć. Jeśli naruszane są prawa konsumentów lub firma prowadzi działania, powiedzmy, na granicy prawa i dobrego obyczaju – prokuratorzy nie będą się w to mieszali.

Pomocne są internet i media społecznościowe, gdzie osoby pozwane przez „estońskiego łącznika” wymieniają się informacjami.

Zdumiewa bezczynność firm ubezpieczeniowych. Opisany proceder byłby bardzo utrudniony, gdyby lepiej przyglądały się działalności współpracujących z nimi warsztatów samochodowych. Bo to w nich oferowano – i zapewne nadal się oferuje – samochody zastępcze należące do spółek, które de facto naganiają ofiary windykatorom.

Gdy więc ktoś proponuje nam wyjątkowo korzystne warunki likwidacji szkody komunikacyjnej i pada hasło „zajmiemy się wszystkim, tylko prosimy o podpisanie pełnomocnictw”, powinno zapalić się nam czerwone światełko. Taniej jest poświęcić swój czas i uniknąć naciągaczy.


Nazwy niektórych firm i nazwiska bohaterów zostały zmienione.


Fot. Shutterstock

Wydanie: 9/2022

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy