Czy opozycja złowi Kaczyńskiego?

Czy opozycja złowi Kaczyńskiego?

Im bliżej do ratyfikacji Funduszu Odbudowy, tym bardziej nie wiadomo, jak będzie przebiegała

Złapał Kozak Tatarzyna? Sprawa Funduszu Odbudowy i jego ratyfikacji pokazuje jak na dłoni, jak nisko upadła polska polityka. I jak szybko ten proces się dokonał. Że politycy nie znają prawa, ani polskiego, ani unijnego, i rzeczywistość co rusz ich zaskakuje.

Gdy jeszcze w ubiegłym roku Polska zgodziła się na przyjęcie unijnego Funduszu Odbudowy (gwarantującego krajowi 57,3 mld euro, czyli ponad 252 mld zł!), wydawało się, że wszystko pójdzie już jak z płatka. Wystarczy, by Sejm go ratyfikował (to konieczne, bo Unia zaciągnie na fundusz pożyczki), i do kasy.

Tymczasem zaczęły się pojawiać przeszkody. Najpierw Zbigniew Ziobro ogłosił, że jego partia będzie przeciw ratyfikacji. A to dlatego, że Unia wiąże udostępnianie funduszy z praworządnością. Wtedy wydawało się, że Kaczyński poradzi sobie z nieposłuszeństwem Ziobry, bo poparcie Funduszu Odbudowy zadeklarowała Lewica. W imię solidarności europejskiej i po to, by pieniądze z Unii trafiły do Polski. – To nie wina Polaków, że mają głupi rząd – tłumaczył Włodzimierz Czarzasty. Kaczyński rozpoczął też rozmowy z Kukizem, którego pięcioosobowa grupa ma zasilić Zjednoczoną Prawicę. Ale teraz okazuje się, że nawet głosy Lewicy i Kukiza nie dadzą mu niezbędnej większości. Dlaczego? A dlatego, że – jak mówią konstytucjonaliści – Fundusz Odbudowy wymaga ratyfikacji w trybie art. 90 konstytucji, czyli większości dwóch trzecich zarówno w Sejmie, jak i w Senacie. W Sejmie ta większość to 307 posłów, senatorów trzeba zebrać 67. De facto więc ratyfikacja wymaga wspólnego głosowania PiS i PO.

I wszystko OK – tylko dlaczego tak oczywistą sprawę polscy politycy odkryli dopiero teraz?

Zajrzyjmy do konstytucji. Umowy międzynarodowe ratyfikować można zwykłą ustawą. Art. 89 kwalifikuje do takich umów m.in. te, które dotyczą pokoju, sojuszy, układów politycznych lub układów wojskowych, członkostwa Rzeczypospolitej Polskiej w organizacji międzynarodowej bądź „znacznego obciążenia państwa pod względem finansowym”.

Ale jest jeszcze art. 90. Opisuje on sytuacje wyjątkowe, w których Polska przekazuje organizacji między-

narodowej część swoich kompetencji. Ratyfikacja takiej umowy wymaga przyjęcia większością dwóch trzecich głosów, w Sejmie i Senacie. I zdaniem grona konstytucjonalistów ten właśnie artykuł powinien być zastosowany.

Dr hab. Jacek Zaleśny, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego, mówi PRZEGLĄDOWI wprost: – W ramach tzw. Funduszu Odbudowy rząd w szerokim zakresie zrzekł się na rzecz Unii Europejskiej części władzy suwerennej Rzeczypospolitej Polskiej. Rząd zgodził się, aby organy UE nakładały na Polskę podatki (recyklingowy), gdy zgodnie z art. 217 konstytucji nakładanie podatków jest wyłączną kompetencją Sejmu. Zgodził się też, aby Komisja Europejska zaciągała pożyczki, których płatność obciąża Polskę (uzyskuje status dłużnika), co oznacza ingerencję w kompetencje ministra finansów do zaciągania pożyczek w imieniu skarbu państwa. I zgodził się poręczyć pożyczki zaciągane przez Komisję Europejską na rzecz wszystkich innych państw UE, co oznacza ingerencję w kompetencje Rady Ministrów, ministra finansów, Banku Gospodarstwa Krajowego. Zmiany, na które zgodził się rząd, bezpośrednio i w rozległym zakresie ingerują w kompetencje organów państwowych Rzeczypospolitej Polskiej. Zmieniają stosunki konstytucyjne zachodzące między Polską a Unią Europejską i jako takie podlegają realizacji w przewidzianym na taką okoliczność trybie określonym w art. 90 konstytucji.

Okazuje się więc, że polscy politycy są niekompetentni, bo przez długie tygodnie nie zdawali sobie sprawy, jak ratyfikacja kluczowej umowy powinna przebiegać. Choć na ich usprawiedliwienie można napisać, że być może, widząc, jak traktowane jest w Polsce prawo, nie przywiązywali już do tego wagi.

Istnieje jeszcze jedno wytłumaczenie tej dezynwoltury. Otóż wydawało się, że ratyfikacja Funduszu Odbudowy będzie formalnością. Że poprą ją wszyscy (no, może bez ziobrystów i Konfederacji), szkoda zatem czasu na zaglądanie do konstytucji. Ale sytuacja się zmieniła.

Co takiego się stało, że opozycja zadecydowała, że jest gotowa blokować Fundusz Odbudowy? Otóż integralną jego częścią są krajowe plany odbudowy. Czyli projekty rozdysponowania tych pieniędzy, które rządy państw członkowskich muszą do końca kwietnia wysłać do Brukseli, by zatwierdziła je Komisja Europejska.

Krajowe plany odbudowy są dokumentami rządowymi, nie przechodzą przez parlament. I oto opozycja zorientowała się, że rząd planuje ułożyć taki KPO, w którym gros pieniędzy popłynie do gmin, gdzie większość ma PiS, albo w ogóle będzie rozdysponowywana w nieprzejrzysty sposób. A duże miasta, gdzie dominuje opozycja, zostaną praktycznie pominięte.

Poza tym politycy opozycji, jedni wcześniej, drudzy później, uświadomili sobie, że Kaczyński bez ich pomocy ratyfikacji Funduszu Odbudowy przez Sejm nie przepchnie. Czyli pieniędzy z Unii nie dostanie.

Te dwa elementy zagrały równocześnie. Opozycja zażądała więc, by KPO został inaczej ułożony, by uwzględniał jej uwagi, by nie dyskryminował samorządów. Chce mieć na niego wpływ. Chce też osiągnąć jeszcze jeden cel, polityczny – upokorzyć Kaczyńskiego, zmusić go do rozmów i ustępstw.

Ale czy taka gra może być skuteczna? Czy opozycja, zawsze proeuropejska, zdecyduje się podpalić Fundusz Odbudowy, mimo że na pieniądze z niego czeka pół Europy?

PiS czuje tę słabość, więc jego media od wielu dni atakują opozycję, mówią, że to ona jest za polexitem itd. Tylko że w tej propagandowej grze opozycja zyskała całkiem poręczny argument – Daniela Obajtka.

Od paru tygodni przez media przewijają się materiały kompromitujące prezesa Orlenu. Pokazujące go jako człowieka prymitywnego, nieuczciwego, który zgromadził gigantyczny majątek, nie wiadomo z jakich źródeł. Te pałace, domy, apartamenty, nieruchomości, które ma Obajtek, są dokładnie opisywane, pokazywane. W kraju ludzi niezamożnych, o postawach egalitarnych, takie ostentacyjne bogactwo budzi fatalne skojarzenia.

Opozycja zatem gra Obajtkiem. Prezentuje obraz PiS jako ekipy, która zdobyła władzę, by się bogacić, przyznawać sobie gigantyczne pensje. Podczas debaty w Sejmie politycy PO wyliczali z trybuny nazwiska członków rodzin posłów PiS, którzy zostali zatrudnieni w Orlenie. „Okradają własny naród w czasie tragicznej zarazy” – to tweet Donalda Tuska, byłego premiera, a dziś komentatora polskiego życia politycznego. I ten tweet symbolicznie wyznacza ton platformerskiej narracji.

Ta narracja kierowana jest też do Brukseli. Czy chcecie, drodzy Europejczycy, by wasze pieniądze, które skierujecie do Polski, były rozkradane? Czy chcecie je oddać w ręce ludzi, którym ufać nie wolno? Czy jesteście jednak za tym, by ich wydawanie było przejrzyste, kontrolowane? Taki komunikat kierowany jest i do Brukseli, i na nasz „rynek wewnętrzny”. Tu z kolei jest wzbogacany o inną myśl – że mamy czas pandemii, ludzie umierają, a władza nie tylko nie potrafi zadbać o ich bezpieczeństwo, pogrąża się w chaosie i swarach, ale jeszcze kombinuje, jak wyrwać dla siebie kolejne miliony.

Dodajmy do tego następną refleksję – mit władzy złodziejskiej (ci, którzy rządzą, po prostu kradną) jest w Polsce mocno zakorzeniony. Okrzyk „złodzieje, złodzieje!” brzmiał na polskiej ulicy od początku lat 90. Ten mit zniszczył kilka partii i kilka rządów. Ułatwił też PiS zdobycie władzy. Beata Szydło regularnie potem napominała opozycję słowami „wystarczy nie kraść”.

Możemy zatem się spodziewać, że wojna wokół ratyfikowania Funduszu Odbudowy będzie ostra i bez pardonu. Opozycja złapała Kaczyńskiego w zapaśniczym chwycie i nie zamierza puszczać. Jemu samemu jest o tyle trudniej, że Gowin i Ziobro wiedzą, że muszą grać na siebie, bo inaczej zostaną przez PiS pożarci. Wojna wewnątrz obozu prawicy jest już nie do zatrzymania. Dowodem są choćby publikowane przez media rewelacje dotyczące Obajtka. Przecież ktoś te informacje dziennikarzom podsyła. A wcześniej ktoś musiał je zebrać.

Teraz z kolei osłabiony Kaczyński będzie musiał zderzyć się w boju o Fundusz Odbudowy, o 252 mld zł, z opozycją. Teoretycznie byłoby mu łatwiej, gdyby usiadł do stołu, rozpoczął negocjacje. Ale czy może na to sobie pozwolić? Czy nie poczułby się upokorzony? Mamy więc polityczną wojnę. Wygląda ona tak, jakby pędziły na siebie dwa samochody. Ten, który w ostatniej chwili ustąpi, skręci w bok – przegra. Ale prawdziwa katastrofa będzie, gdy się zderzą. Czyli gdy Fundusz Odbudowy nie zostanie ratyfikowany.

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Fot. AFP/East News

Wydanie: 13/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy