Pierwiastek?

Bardzo dobrze bawiliśmy się z okazji szczytu Unii Europejskiej w Brukseli.
Jest w tym niewątpliwa zasługa naszego rządu, który zadbał o odpowiednią atrakcyjność tego zdarzenia. Najpierw więc zapowiedział, że zamierza umrzeć za tzw. pierwiastkowy system liczenia głosów w głosowaniach unijnych, co zaniepokoiło opinię międzynarodową. Grozę sytuacji spotęgował zaś fakt, że Sejm RP, także głosami rzekomo opozycyjnej Platformy Obywatelskiej, wyraził poparcie dla samobójczych zamiarów bliźniaków, być może w cichej nadziei, że dotrzymają oni słowa. Tej zapowiedzi zawdzięczaliśmy więc w Warszawie serię wizyt najwyższego szczebla, przyjechali zaniepokojony prezydent Francji, premier Hiszpanii i pani kanclerz Niemiec i wszyscy wyjechali w przekonaniu, że nic się nie da zrobić i śmierć za pierwiastek mamy jak w banku.
Ale do końca nie było wiadomo, kto złoży tę ofiarę, ponieważ na szczyt w Brukseli, gdzie z reguły zbierają się premierzy, nasz premier wysłał swego brata prezydenta, co gołym okiem trudno było zauważyć, ale protokolarnie było ważne. Służyło bowiem pokazaniu Europie, jak silne są bliźniacze związki rządzącego nami braterstwa, i prezydent, nie licząc się z kolosalnymi kosztami roamingu, ani na moment nie przerywał telefonicznego połączenia z premierem, premier zaś, siedząc w Warszawie, demonstrował przed światem, kto tu rządzi naprawdę. I jako dodatkowy argument za pierwiastkiem przekazał bratu wskazówkę, że na liczbę głosów w Unii powinna mieć wpływ także liczba ofiar poniesionych w czasie II wojny światowej. Zrównałoby to siłę głosów Polski i Niemiec, a pozbawiło głosu taką np. Hiszpanię, która w wojnie tej nie uczestniczyła. Był to majstersztyk dyplomacji opartej na sile rażenia w zdrowy rozsądek.
Szczyt zakończył się, jak wiadomo, bez oczekiwanego dramatu, sprawa zasad głosowania w Unii w ogóle odłożona została o kilka lat, ale kraj nasz zajmował przez parę dni pierwsze miejsce w prasowych rubrykach humoru i rozrywki na całym świecie.
I na tym można by poprzestać, gdyby nie to, że według innych źródeł, pochodzących tym razem spoza Polski, można się jednak zorientować, że istotą spotkania w Brukseli były co najmniej dwie kwestie, o których u nas mówi się niewiele i niechętnie.
Pierwszą jest federacyjny ustrój Unii. U nas od samego początku wszystkie rządy zapewniały, że nie ma mowy o żadnej federacji i Unia powinna być raczej wspólnym rynkiem niż wspólnym państwem, to znaczy tym właśnie, czym być nie powinna. Ponieważ federacyjny ustrój Unii jest jedyną logiczną odpowiedzią na współczesny proces globalizacji, w którym poszczególne państwa tracą swoje znaczenie i nie są w stanie przeciwstawić się ponadnarodowym korporacjom i swobodnemu przepływowi kapitału, który rządzi światem. Uczynić to mogą jedynie – i też nie do końca – wielkie organizmy państwowe, takie jak Stany Zjednoczone, Chiny czy Rosja, natomiast nie są do tego zdolne nawet najsilniejsze państwa europejskie, takie jak Niemcy czy Francja z osobna.
Świadomość takiego stanu rzeczy narastała w krajach unijnych stopniowo i wygląda na to, że właśnie teraz stała się ona powszechna, czego wyrazem ma być traktat europejski, zaproponowany przez Francję, a z taką energią lansowany przez obecną niemiecką prezydencję unijną. W istocie jedynie dwa kraje, Polska i Wielka Brytania, są sceptyczne wobec modelu federalnego, co jest o tyle osobliwe, że to przecież często cytowany Winston Churchill był jednym z pierwszych polityków mówiących o Stanach Zjednoczonych Europy. Cytując Churchilla, zapomina się jednak o tym, że Churchill nie widział w tych Stanach Zjednoczonych Europy Wielkiej Brytanii, uważając, że dotyczyć one powinny jedynie krajów Europy kontynentalnej. Ten sam przecież Churchill mówił dosłownie, że Brytania mając do wyboru Europę lub morze, powinna wybrać morze.
Cała powojenna polityka brytyjska, łącznie z kończącymi się właśnie rządami Blaira, jest potwierdzeniem tej doktryny, w myśl której Wielka Brytania zachowała np. własny system pieniężny, nie przyjmując euro, a udziałem w wojnie w Iraku potwierdziła swoją tożsamość bardziej z Ameryką niż z Europą. Otóż mówiąc szczerze, Blair – już nie premier – raczej przegrał, niż wygrał w Brukseli, gdzie w przyjętych założeniach traktatu mówi się nie tylko o wspólnej unijnej polityce zagranicznej, ale nawet o europejskiej prezydenturze.
Polska nie ma do wyboru Europy albo morza, ponieważ nasze morze jest zbyt małe i zbyt europejskie, choćby z racji żyjących nad nim Skandynawów. Natomiast ze Skandynawami właśnie łączy się, w pewnym stopniu przynajmniej, powód, dla którego federalizacja Europy jest tak wyraźną i coraz bardziej palącą koniecznością. Wystarczy bowiem wziąć do ręki jakąkolwiek kompetentną książkę z zakresu ekonomii globalizacji – choćby Tadeusza Kowalika \”Systemy gospodarcze\” lub Władysława Szymańskiego „Czy globalizacja musi być irracjonalna?” – aby dowiedzieć się ze zdumieniem, że kraje skandynawskie, Szwecja, Norwegia, Finlandia i Dania, są nie tylko najszybciej rozwijającymi się krajami Europy, ale są to w dodatku kraje, których rozwój odbywa się przy zachowaniu wszystkich, silniej nawet rozwiniętych niż w Niemczech czy we Francji, mechanizmów społecznej gospodarki rynkowej i państwa opiekuńczego, co w myśl teorii neoliberalnej jest niemożliwe.
I tu właśnie leży drugi ważny motyw tego, co stało się w Brukseli. Europa chce i musi się federalizować nie dla kaprysu, lecz dlatego, że jest to jedyna droga, aby osłonić i zachować zdobycze społeczne, które przez ostatnich 200 lat stanowią dorobek naszego kontynentu, decydując o jego kulturze i stylu życia. Świat współczesny bowiem, czego nie pojmują niestety także liczni politycy lewicy, jest widownią starcia dwóch wizji, z których jedna kształtowana jest przez kryterium zysku i szybkiego wzrostu gospodarczego, osiąganego w znacznym stopniu przez redukcję bezpieczeństwa socjalnego, druga zaś przyjmuje za swoje kryterium pojęcie jakości życia.
Te dwa modele nie są dzisiaj do pogodzenia. Ich konflikt zaś przybiera kształt dramatyczny, gdy dodamy do tego minimalistyczny przecież warunek, aby przyszłe pokolenia mogły korzystać z tych samych bogactw przyrody – lasów, pól, wody, powietrza, flory i fauny, które my możemy jeszcze oglądać. Nie jest to dużo, ale nie jest też przypadkiem, że Europa właśnie, tuż przed swoim brukselskim spotkaniem, zmusiła odwiedzającego ją prezydenta Busha, aby zgodził się z podstawowymi choćby zasadami ochrony środowiska, które dotychczas odrzucał. Te sprawy łączą się dokładnie z jakością życia i przecież to w Europie, w obliczu wojny, wypowiedziano zdanie: „Francja, ojczyzna 120 gatunków sera, nie może zginąć”.
A jak się ma do tego nasz pierwiastek?
Nijak. I nie sądzę, aby miał on jakiekolwiek znaczenie.

Wydanie: 27/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy