Polska Ludowa: realiści, pozytywiści, rewolucjoniści…

Polska Ludowa: realiści, pozytywiści, rewolucjoniści…

Polska Ludowa w każdym okresie swojej historii, poza stalinowskim, starała się wykorzystywać jak najlepiej istniejące szanse

Dr Paweł Sękowski – prezes Stowarzyszenia Kuźnica, adiunkt w Instytucie Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktor historii UJ i Sorbonne Université, członek Komisji PAU do Badań Diaspory Polskiej, nauczyciel dwujęzycznej klasy z językiem francuskim w XX LO w Krakowie.

Prezydent Macron podczas wykładu na Uniwersytecie Jagiellońskim apelował do Polaków, żeby nie dali sobie pisać historii od nowa. Mówił to, myśląc o rewizjonizmie dotyczącym lat 80. XX w. A my możemy zapytać o lata 40. O opowieści dotyczące tamtego okresu – że np. jeden okupant zastąpił drugiego.
– Myślę, że ci Polacy, którzy pamiętają tamte czasy, pamiętają Polskę Ludową, gomułkowską, gierkowską czy nawet Polskę lat 80., wiedzą, że tak nie było. Natomiast muszę z przykrością stwierdzić, że ta narracja trafia do dużej części najmłodszego pokolenia. Tych, którzy są produktem obecnego systemu oświaty, tej opowieści, która z reguły jest przekazywana w dzisiejszej szkole. Mam zajęcia przede wszystkim ze studentami, ale uczę też w liceum, więc widzę, jak młodzieży wtłaczane są działające na podświadomość schematy opisujące Polskę Ludową.

Młodzi uważają, że w roku 1945 przyszli nowi okupanci?
– Nie chcę generalizować, ale wielu tak uważa. Co ciekawe, również spośród tych, którzy światopoglądowo czy politycznie identyfikują się jako osoby lewicowe. Oni w aspekcie historycznym zostali opanowani przez tę narrację, ponieważ była im wtłaczana przez cały okres edukacji w III RP.

Co pan im wtedy mówi?
– Mówię, oczywiście jeśli to jest w jakimś odniesieniu do realizowanego materiału, że tak nie było. Poczynając od wyzwolenia spod okupacji niemieckiej, które zawsze nazywam wyzwoleniem. Mówię, że było to zakończenie najkrwawszej wojny w dziejach Polski. I że późniejsze rachuby części podziemia na III wojnę światową były, po pierwsze, nierealne, a po drugie, byłaby ona katastrofą dla społeczeństwa.

Te rachuby nie miały oparcia w rzeczywistości.
– Mówi się, że ostatnim sygnałem tego, że alianci zachodni rzeczywiście brali jeszcze pod uwagę jakąkolwiek potencjalną interwencję, która byłaby w sprzeczności z interesami Związku Radzieckiego w tej części Europy, były jednostronne plany wojskowe opracowywane na polecenie brytyjskiego premiera Winstona Churchilla przed powołaniem Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. To była późna wiosna 1945 r. Ale to, że Churchill kazał takie plany opracować, nie oznacza, że brał poważnie pod uwagę taką ewentualność. Poza tym informacja o przygotowywaniu tych planów spotkała się z jednoznacznym, zdecydowanym sprzeciwem Stanów Zjednoczonych. Było więc wiadomo, że ten temat, jako realny, nie istnieje.

A po utworzeniu TRJN sprawa sama się rozwiązała.
– Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej był efektem konferencji jałtańskiej z lutego 1945 r., a tym samym rezultatem wspólnej decyzji Wielkiej Trójki, a nie jakimś chytrym planem Stalina. To jest kluczowe. Podobnie jak przygotowanie wyborów. Ustalenia z Jałty przedstawia się w dominującej narracji jako zdradę jałtańską, tymczasem była to z puntu widzenia Stanisława Mikołajczyka i całego niezależnego ruchu ludowego „nadzieja jałtańska”, a nie zdrada. Na obietnicach z Jałty budowano nadzieję, że powstanie rząd, do którego wejdą przedstawiciele demokratycznych sił z emigracji – choć oczywiście różnie to interpretowano – i że przygotowane zostaną również demokratyczne wybory.

Czy w roku 1945 wszystko było już przesądzone?

Toczy się wciąż dyskusja, jak tamten czas należy rozumieć. Czy w roku 1945 wszystko było już przesądzone i Polska została oddana Stalinowi, więc powrót Mikołajczyka i działalność PSL były bez sensu? A może Polska wcale nie musiała wylądować w orbicie stalinowskiej i historia mogła się potoczyć inaczej? Wiele kwestii, zwłaszcza międzynarodowych, złożyło się na to, że stało się tak, jak się stało.
– Jestem zwolennikiem tego drugiego stwierdzenia. Oczywiście nierealne mogły być projekty, istniejące jeszcze latem 1946 r. w otoczeniu Mikołajczyka, żeby nawiązać kontakt z ambasadą radziecką i sondować, czy jest możliwość, aby Związek Radziecki oparł się w Polsce na mającym autentyczne poparcie społeczne ruchu ludowym. Ale przecież w tym czasie nawet polscy komuniści nie wiedzieli, jakie będą plany Stalina. Niepokoiło ich, że Stalin tak dużą sympatią darzył Józefa Cyrankiewicza, co zresztą dla niego samego było wielkim zaskoczeniem. Nie zgodzę się więc z tym, że wszystko było z góry ukartowane. Myślę, że tutaj pewną rolę odegrały emocje, względy personalne, nade wszystko zaś zmienna sytuacja międzynarodowa.

Kup nasze książki o historii PRL

Symbol zmieniających się okoliczności: gdy Mikołajczyk w 1944 r. był w Moskwie, odrzucił propozycje Stalina. Później, w roku 1946, już je przyjął, ale Stalin nie był tym zainteresowany – już miał więcej.
– Generalnie Mikołajczyk, można powiedzieć, przespał okazję, spóźnił się. Ale na jego usprawiedliwienie dodam, że aż do października 1944 r. nie wiedział o postanowieniach z Teheranu, z przełomu listopada i grudnia 1943 r. Że alianci zachodni godzą się na ogólnie nakreśloną linię Curzona, bliską linii Bugu, jako wschodnią granicę Polski. Gdyby miał tego świadomość, być może wcześniej wykazałby się realizmem politycznym, jaki zaczął wykazywać później. Właśnie odkąd się dowiedział o ustaleniach z Teheranu.

A kiedy się dowiedział?
– Było to podczas konferencji moskiewskiej, w październiku 1944 r. Jest jeszcze jeden ważny element – Mikołajczyk, mimo że był wówczas premierem rządu na uchodźstwie, nie czuł się legitymizowany, żeby w imieniu całego obozu politycznego działającego na emigracji, całego rządu londyńskiego, przystać na stanowisko Stalina. Dlatego w listopadzie tego samego roku podał się do dymisji, a wraz z nim inni ludowcy zasiadający dotąd w rządzie londyńskim, i właśnie wtedy cały ruch ludowy zmienił stanowisko w kwestii granicy wschodniej, w imię zachowania wpływu na kształt powojennej Polski.

Mikołajczyk nie miał siły Sikorskiego…
– Nie miał jej, natomiast rozumował logicznie. Skoro alianci zachodni zgadzają się na granicę na Bugu, w dodatku przez cały rok go o tym nie informują, mimo całego kontekstu międzynarodowego, mimo powstania warszawskiego, które – co przecież dla Anglosasów było oczywiste – politycznie zwrócone było przeciwko Stalinowi, to znaczy, że ich stanowisko się nie zmieni. I od października 1944 r., od klęski powstania i powzięcia informacji o ustaleniach z Teheranu, wykazywał się politycznym realizmem. Zgoda – ostatecznie poniósł klęskę, przegrał. Ale w roku 1945, nawet 1946, wcale nie było to przesądzone. A poza wszystkim na pewno wykazał się większym realizmem niż ci, którzy w Londynie oskarżali go o zdradę.

Mógł inaczej poprowadzić swoje działania jako wicepremier w rządzie jedności narodowej?
– Może gdyby okazał się bardziej elastyczny w trakcie negocjacji na temat wspólnego bloku przed wyborami, które odbyły się w styczniu 1947 r.? Bo tutaj była ewidentnie przez pewien czas osobna linia PPS Cyrankiewicza i Osóbki-Morawskiego, odrębna od PPR. Oni dążyli do porozumienia z PSL i wspólnej listy.

Bo PPS byłaby wtedy w środku.
– PPS mogłaby wówczas rozgrywać, równoważyć wpływy z lewej i prawej strony. Ale PPR trwała na stanowisku, żeby nie dopuścić do tego porozumienia na warunkach innych niż całkowite podporządkowanie PSL. PPR już działała z pozycji siły. Mikołajczyk jednak nie ułatwiał sprawy, bo w imieniu PSL postawił zaporowy warunek 75% mandatów w ramach bloku dla swojego stronnictwa. Realne negocjacje w sprawie wspólnego startu w wyborach zostały zakończone już w lutym 1946 r.

Cyrankiewicz: ocalić, ile się da

To także zaważyło na rachubach PPS. I jej autentycznego lidera – Józefa Cyrankiewicza. To niedoceniana postać. Przecież zostałby delegatem rządu na kraj, gdyby parę dni wcześniej nie aresztowało go gestapo.
– Przez socjalistów i ludowców w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego rekomendowany był na stanowisko zastępcy delegata rządu na kraj. Był wrośnięty w struktury WRN, czyli konspiracyjnej PPS „niepodległościowej”. Już w okresie przedwojennym był znanym działaczem socjalistycznym, jako student Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek PPS i Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, występował przeciwko praktykom antysemickim pojawiającym się na uczelni. W 1938 r., wraz z m.in. Adamem Ciołkoszem, zakładał lewicową Spółdzielnię Wydawniczą Czytelnik. Podczas okupacji aresztowany, był więźniem Auschwitz. Autentycznym, z piękną kartą. Grepsy z KL Auschwitz, które opublikowała i opracowała moja pierwsza mistrzyni, promotorka mojej pracy magisterskiej, Irena Paczyńska, jasno tego dowodzą. Cyrankiewicz wyzwolenia doczekał w innym obozie, w Mauthausen.

Co on myślał w 1945 r.? Jakie były jego rachuby?
– Wydaje mi się, że wykazał się realizmem politycznym o jeden szczebel wyższym niż Stanisław Mikołajczyk. Po pierwsze, wiedział, że Polska geopolitycznie będzie zależna od Związku Radzieckiego. I że jest to już zaakceptowane przez zachodnich aliantów. Po drugie, dopóki nie zostało to jednoznacznie zablokowane przez PPR, dążył do jak największej niezależności i rozwoju struktur PPS, zarazem usiłując demonstrować lojalne współdziałanie z PPR. Jeszcze w roku 1946 wierzył, że to się uda. Ba, jeszcze po wyborach do Sejmu Ustawodawczego w 1947 r. PPS, w której Cyrankiewicz mniej więcej w tym okresie uzyskał dominującą pozycję, głosiła hasło: „PPS była, jest i będzie Narodowi potrzebna”. Nie brał pod uwagę, że już za chwilę, pod koniec roku 1947, będzie miał do wyboru odejść, odsunąć się, co – przypuszczam, że sam doskonale zdawał sobie z tego sprawę – nie obyłoby się bez konsekwencji dla niego, albo wejść w proces połączenia z PPR, na warunkach narzuconych przez tę partię. Z jednostronną weryfikacją, w wyniku której w ciągu roku przed zjednoczeniem z PPS usunięto ponad 200 tys. członków. Swoją drogą ta skala weryfikacji pokazuje, że sprowadzanie PPS z lat 1944-1948 do satelity czy wręcz agentury PPR jest całkowicie nieuzasadnione. Myślę, że Cyrankiewicz w każdym momencie starał się ocalić tyle, ile się dało. Nawet później, już w PZPR. Tam przecież nadal była grupa wywodząca się z PPS.

Wpływowa w kilku obszarach. W nauce, edukacji, sporcie, kulturze, sprawach zagranicznych…
– Jej personifikacją była niezmiennie osoba Cyrankiewicza, aż do 1970 r.

Mniej więcej od połowy lat 60. ta grupa słabnie. Ludzie się starzeją.
– Potem podziały były inne. Bo do polityki weszła inna generacja. Nawet Cyrankiewicza już nie kojarzono powszechnie jako przedwojennego socjalisty. I dziś trudno niektórym zrozumieć, dlaczego w czerwcu 1956 r. mówił o odrąbywaniu rąk, albo że był przecież puławianinem, a nie natolińczykiem, a więc zwolennikiem liberalizacji… Swoją drogą on te słowa wypowiedział właśnie po to, żeby nie trzeba było tych rąk odrąbywać.

Jakie pole manewru miała Polska w latach 1945-1947? Wiemy, że ono cały czas się zawężało. Ale czy to było niezależne od polskich polityków, czy jakiś wpływ na to mieli?
– W aspekcie geopolitycznym jednak było to niezależne od polskich polityków. Ja w ogóle uważam, że zarówno początki Polski Ludowej, lata 1944-1947, jak i jej koniec, rok 1989, transformacja ustrojowa, w dużo większym zakresie były zależne od czynników międzynarodowych niż od aktorów sceny lokalnej. Choć niewątpliwie niektórzy polscy politycy potrafili odcisnąć swoje piętno.

Gomułka…
– Niekwestionowany lider PPR w latach 1944-1947 i jej przywódca do lata 1948 r. Jestem przekonany, że póki stał na czele partii, nie było możliwości, żeby ta wersja systemu, która pojawiła się po jego aresztowaniu, polski stalinizm, została narzucona. Tak samo wywarł decydujący wpływ na kształt Polski popaździernikowej. Choć jest to postać, na którą nie patrzę bezkrytycznie. Zwłaszcza jego przyzwolenie na Marzec ‘68 i kampanię antysemicką lat 1967-
-1968 nie znajduje w moich oczach żadnego usprawiedliwienia.

To ogromny skok

Powiedzieliśmy o kalkulacjach polityków. A jakie były w roku 1945, 1946 rachuby ogółu Polaków? Iść do lasu czy odbudowywać uniwersytety, jak mówił Tadeusz Manteuffel?
– Mamy wiele takich postaci. Manteuffel, Aleksander Gieysztor czy choćby Stanisław Grabski, endek, który wrócił z Londynu do Polski i wszedł w skład Krajowej Rady Narodowej, został nawet jej wiceprezydentem. To były osoby, które charakteryzował realizm polityczny, świadomość, że innej Polski nie będzie. Że to, mimo wszystko, jest Polska. Nie strefa okupowana, nie kolejna radziecka republika. Wydaje mi się, że ich wszystkich cechowała próba pozytywistycznego podejścia. Że staramy się tę Polskę, zniszczoną na nieprawdopodobną skalę w czasie II wojny światowej, odbudowywać. A rachuby na aktywność w ramach podziemia zbrojnego były równoznaczne z zaprzeczeniem wysiłkowi odbudowy kraju. Oczywiście jestem daleki od wrzucania do jednego worka wszystkich „żołnierzy wyklętych”, bo były osoby, które po prostu musiały iść do lasu, wiedziały, że inaczej trafią do więzienia. Poza tym ta konspiracja była bardzo zróżnicowana wewnętrznie.

Jak na to reagowali zwykli ludzie?
– Zdecydowana większość społeczeństwa lokowała się gdzieś pomiędzy rachubami na dalszy konflikt a takim jednoznacznym, ideowym czy też fanatycznym poparciem dla kształtującej się władzy ludowej. Po prostu próbowała odbudowywać swoje życie codzienne po okresie wojny.

A jak odbierali wielkie reformy? Reformę rolną, upowszechnienie edukacji, awans społeczny milionów?
– Jeśli chodzi o reformę rolną, do niej zabrano się z kopyta, to była jedna z pierwszych decyzji nowej władzy, dekret PKWN z 6 września 1944 r. Jak się szacuje, w wyniku reformy rolnej do końca lat 40. zostało rozdzielonych 6 mln ha ziemi. Jej beneficjentami było ponad milion rodzin. 800 tys. nowych gospodarstw i 250 tys. powiększonych – takie są szacunki. Oczywiście wielka część tych nowych powstała na ziemiach poniemieckich. W odniesieniu do pierwszego okresu Polski Ludowej trzeba również wspomnieć imponujący wręcz wysiłek społeczny, zorganizowany przez nową władzę, na rzecz odbudowy ze zniszczeń wojennych, i to nie tylko Warszawy. Pierwsze powojenne lata były także okresem największych w dziejach Polski przemieszczeń ludności, kilkumilionowej „wędrówki ludów” – przyjmowano Polaków z utraconych ziem przedwojennej Polski, repatriantów z głębi ZSRR, repatriantów z Europy Zachodniej, zwłaszcza z Francji, powracających robotników przymusowych z Niemiec i Austrii, zasiedlano przyłączone do Polski Ziemie Zachodnie i Północne. Trzeba ocenić, że tymi procesami władza zarządzała naprawdę sprawnie.

Gigantyczna zmiana.
– Jeśli chodzi o edukację, to upowszechnienie i oświaty, i dostępu do kultury, ogólnie mówiąc, jest niezaprzeczalnym dorobkiem Polski Ludowej. Paradoksalnie największy rozwój na tych polach miał miejsce w okresie stalinizmu, natomiast ilość nie szła tu zawsze w parze z jakością – poziom tej upowszechnionej na masową skalę oświaty i kultury nie był z reguły wysoki, w dodatku sfery te poddane były silnej ideologizacji. Również w latach stalinizmu ostatecznie zlikwidowano analfabetyzm jako istotne zjawisko społeczne. Ot, taki paradoks historii.

A gdyby Polska miała inny ustrój, tego by nie było?
– Pewnie podobne procesy społeczne też by zachodziły. Ale czy w takiej skali w tak krótkim okresie? Szacuje się, że wykształcenie średnie i wyższe w roku 1945 miało ok. 100 tys. osób. Natomiast w latach stalinizmu, 1948-1956, mamy 900 tys. absolwentów szkół średnich i wyższych, z czego 200 tys. z wykształceniem wyższym. To ogromny skok. Jeśli chodzi o awans społeczny – w latach 1947-1955 migracje ze wsi do miast dotyczyły prawie 2 mln ludzi. Wzrost zatrudnienia w przemyśle w okresie planu sześcioletniego – z ok. 2 mln do ok. 3 mln. Jest więc ogromna industrializacja i łączy się z tym awans społeczny osób pochodzenia robotniczego i chłopskiego do kadry zarządzającej, dyrektorów przedsiębiorstw, do administracji. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wiele analogicznych procesów miało miejsce w krajach po drugiej stronie żelaznej kurtyny, niejednokrotnie toczyły się szybciej i mniejszym kosztem, ale to przecież nie zmienia faktu, że w Polsce, takiej jaka wówczas była, dokonało się bardzo wiele.

Październik ‘56: Gomułka się nie cofnął

Skąd się wziął Październik – dziś z naszej historii wymazywany?
– Dominująca obecnie narracja ma problem z Październikiem. W katalogu polskich miesięcy pisanych wielką literą z reguły jest poznański Czerwiec ‘56, a później od razu Marzec ‘68. Ja uważam, że Październik ‘56 bez wątpienia zasługuje na miano polskiego miesiąca. Powiedziałbym nawet, że być może jest najważniejszym z polskich miesięcy aż do transformacji 1989 r.! Dlatego że jest to ten moment, w którym Polska przestała być państwem totalitarnym.

Wyszła ze stalinizmu i z podległości wobec ZSRR.
– To wychodzenie zaczęło się wcześniej. Właściwie już w roku 1954, gdy ujawniane są rewelacje Józefa Światły, mamy odejście od tortur w czasie śledztw, poprawę warunków w więzieniach. Jest zatrzymanie Józefa Różańskiego, zaraz potem zostaje wypuszczony, po ponad trzech latach więzienia, Władysław Gomułka.

Działa komisja Ochaba…
– Tak. Edward Ochab jest niedoceniany jako I sekretarz w przemianach październikowych. Był krótko, siedem miesięcy, ale walnie się przyczynił do wysondowania nastrojów chińskich, jeśli chodzi o podglebie dla późniejszego Października. Ponadto właśnie za Ochaba ma miejsce wielka amnestia kwietniowa, jeśli chodzi o osoby przetrzymywane z okresu stalinowskiego. Ta amnestia objęła ponad 35 tys. osób, w tym prawie 10 tys. więźniów politycznych. Stalinowski totalitaryzm stosował terror, próbował tworzyć nowego człowieka. Październik ‘56 ostatecznie z tym zerwał.

Ale Polska Ludowa jest dziś przedstawiana poprzez obrazy Polski stalinowskiej!
– Niestety. To efekt narzucania klisz i haseł. Samo to, że ustrój Polski Ludowej aż do roku 1989 nazywa się totalitaryzmem, konsekwentnie, nieraz nawet ustawowo, powoduje, że utrwala się wizja opresyjnego państwa. To państwo oczywiście było niedemokratyczne, było autorytarną dyktaturą, ale nie było państwem totalitarnym, porównywanie PRL po Październiku ‘56 z III Rzeszą czy nawet ze stalinowskim Związkiem Radzieckim jest nieporozumieniem.

Po roku 1956 mieliśmy polską drogę do socjalizmu.
– To była Polska zaprojektowana przez Gomułkę. Rzecz jasna, w pewnym kontekście – bez śmierci Stalina, bez referatu Chruszczowa na XX Zjeździe KPZR w lutym 1956 r., bez końca rządów Bieruta w marcu 1956 r. – nie byłoby takiej destalinizacji, pewnie byłaby nieco później, wyglądałaby inaczej… Gomułka był uosobieniem wielkich nadziei. 24 października, podczas słynnego przemówienia, niedługo po wyborze na I sekretarza KC PZPR, wzbudził taki entuzjazm jak, nie przymierzając, 11,5 roku wcześniej Stanisław Mikołajczyk wracający do Polski i wchodzący do Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Nadzieje z osobą Gomułki wiązał prymas Stefan Wyszyński. Wprawdzie nie nawoływał do głosowania w wyborach w styczniu 1957 r. bez skreśleń, ale apelował o udział w nich. Że to obowiązek sumienia katolika! Emigracja wstrzymała oddech i obserwowała sytuację. Dzisiaj, niestety, niedostatecznie zdajemy sobie sprawę, że Październik był ogromnym przełomem. Mówię tu o odbiorze społecznym, o narracji w szkole. Październik jest pokazywany jako kolejna zmiana I sekretarza – że odchodzi Ochab i przychodzi Gomułka, następny w poczcie sekretarzy. A przecież to już jest inna Polska Ludowa.

Budowana wbrew Moskwie.
– Chruszczow przyleciał do Warszawy 19 października 1956 r., w trakcie VIII Plenum KC PZPR, żeby odkręcać sprawę. To były wielogodzinne rozmowy w Belwederze. Pożądanego przez ZSRR skutku nie przyniosły. Gomułka i kształtujące się nowe kierownictwo PZPR nie cofnęli się.

Cofnął się Chruszczow.
– Zadecydowały o tym dwa czynniki. Po pierwsze, czynnik zewnętrzny, czyli postawa Chin. Bez Chińczyków, którzy tupnęli i dali do zrozumienia, że nie godzą się na interwencję, nie byłoby Października. Chruszczow nie przyjąłby na wiarę, że Gomułka nie pójdzie za daleko w zmianie systemu. Po drugie, to był czas wielkiej wewnętrznej mobilizacji. Obejmowała ona nie tylko społeczeństwo, ale i tych, którzy należeli do partii, do systemu władzy. Są nazwiska działaczy komunistycznych, także ze struktur siłowych, którzy w październiku 1956 r. wykazali się ogromną odwagą cywilną. Mam na myśli zwłaszcza kilka osób, które wcześniej aktywnie współtworzyły Polskę Ludową, również w okresie stalinowskim; w większości były to osoby pochodzenia żydowskiego. Teraz wykazały się ogromną odwagą i – trzeba to nazwać po imieniu – polskim patriotyzmem. Mam na myśli choćby Jana Freya-Bieleckiego, który jako zastępca dowódcy Sił Lotniczych odmówił wykonania rozkazu podporządkowania wojsk lotniczych działaniom oddziałów radzieckich.

Miał też wydać rozkaz bombardowania kolumny rosyjskich czołgów, które kierowały się z Bornego Sulinowa na Warszawę.
– Z kolei kadm. Jan Wiśniewski miał zablokować polskimi okrętami Zatokę Gdańską. Potencjalnej interwencji sprzeciwiali się również gen. Wacław Komar, dowódca KBW i WOP, oraz gen. Juliusz Hibner, podsekretarz stanu w MSW odpowiedzialny za wojska wewnętrzne. Szef organizacji warszawskiej PZPR Stefan Staszewski gotów był rozdawać broń robotnikom – grupom bojowym i strażom fabrycznym największych zakładów przemysłowych stolicy. Te postacie i ich rolę w gorących dniach Października ‘56 przypomniał na łamach „Zdania” w 2017 r. (nr 1-2) prof. Andrzej Romanowski w tekście „Zapomniani bohaterowie Października”. Chruszczow musiał więc zdawać sobie sprawę, że opór będzie, także ze strony tych, których rękami chciałby realizować potencjalną pacyfikację.

W obliczu historii

Jak więc uczyć o Polsce Ludowej?
– Trzeba opowiadać w kilku aspektach. Po pierwsze, jako o państwie funkcjonującym w określonym kontekście geopolitycznym. Polska, za zgodą mocarstw zachodnich, znalazła się w strefie wpływów geopolitycznych Związku Radzieckiego.

Tylko, przynajmniej na początku, nie wiadomo było, co to oznacza.
– Owszem. Natomiast faktem jest, że Polska Ludowa w każdym okresie swojej historii, poza stalinowskim, starała się jak najlepiej wykorzystywać istniejące szanse. I jest to zasługą również takich, a nie innych osób w kierownictwie PZPR, na poszczególnych etapach dziejów Polski Ludowej, po roku 1956. Oczywiście z pewnymi zastrzeżeniami. Można je mieć co do krótkowzroczności pewnych decyzji ekonomicznych Edwarda Gierka. Można mieć zastrzeżenia do ewidentnego braku kwalifikacji ekonomicznych gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Ale oni wszyscy zdawali sobie sprawę, że stoją w obliczu historii i od ich decyzji zależy wiele. Że w określonych momentach rozgrywa się przyszłość Polski – mam na myśli rok 1956, lata 1980-1981 i rok 1989.

Równie wielką wagę przywiązywali do sprawy granic. To była obsesja Gomułki.
– Tak, i Gomułce udało się doprowadzić do podpisania w grudniu 1970 r. układu z RFN, w którym ta uznała istniejącą granicę zachodnią Polski. Miało to miejsce niespełna dwa tygodnie przed utratą stanowiska I sekretarza przez Władysława Gomułkę. Kolejny wymiar, również geopolityczny, jest taki, że Polska nie miałaby szans na istniejące do dzisiaj granice zachodnie i północne, gdyby nie to, że znaleźliśmy się w 1945 r. w strefie wpływów Związku Radzieckiego. Stalin chciał mieć jak najdalej wysuniętą na zachód strefę swoich wpływów, a tak się składało, że w roku 1945 tą ostatnią pewną strefą była Polska. Niemcy były wtedy pod okupacją, istniały cztery strefy okupacyjne i nie wiadomo było jeszcze, jaka przyszłość je czeka. Być może, gdyby już wtedy doszło do powołania NRD – co stało się dopiero w październiku 1949 r. – polska granica zachodnia nie byłaby tak daleko wysunięta. Prawdopodobnie nie byłaby. Można powiedzieć: przecież Stalin, przezwyciężając opór Brytyjczyków, nie robił tego w naszym interesie! Owszem, robił to w interesie własnym. Ale jest po prostu faktem, że Polska odniosła z tego korzyść. I utrata Kresów Wschodnich na rzecz ZSRR nie umniejsza wymowy tego faktu – przecież granica wschodnia zostałaby zmieniona na korzyść Związku Radzieckiego, nawet gdyby Polska nie pozyskała nowych ziem na zachodzie. Po prostu ZSRR był po wojnie zbyt potężny, by ktokolwiek był w stanie go zmusić do rezygnacji z aneksji Wileńszczyzny, zachodniej Białorusi i zachodniej Ukrainy.

To także nasi historycy często pomijają.
– W nawiązaniu do kwestii nauczania o Polsce Ludowej i, szerzej, do kształtowania polskiej „polityki historycznej”, narracji o powojennej przeszłości, dodam jeszcze, że należy się przeciwstawiać irracjonalnemu kultowi „żołnierzy wyklętych”. Ich sytuacja, okoliczności, w jakich trafiali do lasu w pierwszych powojennych latach, ich walka z nową władzą ludową to problem bardzo złożony, którego nie można wtłoczyć w czarno-białe schematy. Trochę już o tym powiedzieliśmy. Ale poza tym wszystkim budowa kultu „wyklętych” jest jaskrawym przejawem umacniania niezdrowych aspektów polskiej mentalności – kultu skazanego z góry na klęskę wysiłku, który, gdyby osiągnął swoje cele, przyniósłby Polsce i Polakom kolejną katastrofę biologiczną i gospodarczą w postaci III wojny światowej. Właściwie nie wiadomo nawet, czego symbolem, jakiej konkretnie wartości, mają być „żołnierze wyklęci”. Na koniec jest jeszcze jeden wymiar Polski Ludowej – jako projektu modernizacyjnego. Składają się na ten projekt reforma rolna, nacjonalizacja przemysłu, awans społeczny milionów, industrializacja, urbanizacja, walka z analfabetyzmem. Myślę, że Polacy o tym wiedzą.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 8/2020

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Radoslaw
    Radoslaw 17 lutego, 2020, 12:19

    „Młodzi uważają, że w roku 1945 przyszli nowi okupanci?
    – Nie chcę generalizować, ale wielu tak uważa. Co ciekawe, również spośród tych, którzy światopoglądowo czy politycznie identyfikują się jako osoby lewicowe. ”

    Ci młodzi uczeszczają do szkół i uczelni założonych podczas „okupacji” i twierdzą, że była ona taka sama, jak ta w latach 1939-1945, kiedy polskie szkolnictwo zostało niemal w całości zamkniete, a nauczyciele i profesorowie mordowani albo wywożeni do obozów koncentracyjnych. Korzystają ze stworzonej za „okupacji” służby zdrowia, a za kilkadziesiąt lat – systemu emerytalnego. O ile jeszcze bedzie istniał, bo od 1989 roku jest systematycznie rozkładany.
    Jak trzeba być ogłupionym i zakłamanym, żeby tak „rozumować”.
    Jeśli lata 1945-1989 to była okupacja, to jak należy nazwać Polske po 1989 roku, która systematycznie NISZCZY wszystkie fundamentalne zdobycze cywilizacyjne swojej poprzedniczki? Począwszy od edukacji, której obecny poziom spadł tak nisko, że obecny absolwent tzw. wyższej uczelni reprezentuje czesto jakość PRL-owskiej szkoły pomaturalnej (albo i przed-maturalnej). I pewnie dlatego trzeba przeprowadzić te masową kampanie prania mózgów – żeby wmówić młodym, że bezpłatna edukacja itd. to złogi komunistycznej okupacji, których trzeba sie pozbyć.
    No to młodzi dostaną dokładnie to, na co sobie zasłużą. Przytłaczająca wiekszość wróci na społeczne niziny, z których „komunistyczna okupacja” w latach 1945-1989 wydobyła ich przodków.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Radoslaw
    Radoslaw 18 lutego, 2020, 09:42

    Jest rzeczą charakterystyczną, że w Polsce wszyscy (łącznie z tzw. lewicą) skrzetnie omijają temat finansowania Solidarności przez CIA w latach 80-tych. Ba, czytałem gdzieś komentarz jakiegoś internauty, że to był tylko wymysł komunistycznej propagandy.
    Polecam zatem artykuł Carla Bernsteina „The Holy Alliance”. Dostepny w sieci, także dla osób nieznających jezyka angielskiego – „sztucznie inteligentne” tłumacze internetowe potrafią oddać sens tekstu wystarczająco dokładnie.
    Ja zacytuje tylko jedno zdanie:

    „And this time the objective was akin to creating a Christian Democratic majority in Poland — with the church and the overwhelmingly Catholic membership of Solidarity as the dominant political force in a postcommunist Poland.”

    Innymi słowy, celem całej tej „bezinteresownej pomocy” było uformowanie sobie w Polsce uległej wobec Watykanu i Waszyngtonu władzy, eufemistycznie nazywanej chrześcijańską demokracją. Plan została zrealizowany – PiS rządzi niepodzielnie i rządzić bedzie, podpisując gigantyczne kontrakty dla amerykańskich firm i ustepując we wszystkim Kościołowi. Oczywiście zapewnieniu trwałości postsolidarnościowej władzy musi służyć odpowiednia polityka historyczna. Stąd kampania zakłamywania historii Polski Ludowej, aby uwypuklić zasługi solidarnościowego rycerza w pokonaniu zohydzonego maksymalnie komunistycznego smoka. Umiejetnie manipulując najmłodszymi Polakami, PiS i jego zamorscy mentorzy zapewniają sobie władze i pieniądze na najbliższe kilkadziesiąt lat.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Malwina
      Malwina 22 lutego, 2020, 00:43

      jeśli chodzi o finanse to faktycznie, przez Solidarność przewalały sie bardzo duze pieniądze. Sama biegałam z ulotkami/gazetkami, rozkladając je po blokach, w stanie wojennym. Dostawałam je od kolegi, takiego bliżej/bardziej zaangażowanego. I on kiedyś mówi do mnie „masz tu 20 tys,zł za to co robisz”. To wtedy były bardzo duże pieniadze, bardzo, dla przecietnego zjadacza chleba. Oczywiście, ja nie robilam tego dla pieniędzy ale skoro dawał to wzięłam W koncu jakbym trafiła przed oblicze jakiegoś „prok. piotrowicza” to do pierdla bym trafila jak nic, a moja matka pewnie wyleciałaby z roboty.
      Niemniej tam latały duże pieniądze, bez żadnej kontroli, bez potwierdzeń kto co i ile wziął, dlaczego i za co, jak widać.
      Natomiast co do poziomu nauki w czasach PRL w porównaniu z tym obecnym to nawet szkoda gadać…Ówczesna matura miala jakies znaczenie i świadczyla o wysokim ogólnym poziomie absolwenta. Dziś niczego nie udowadnia.
      I jedno, co szczególnie jest widoczne – kiedyś młodzież była ambitniejsza jakaś, dążyła do zdobywania wiedzy, do pokonywania kolejnych szczebli nauki, widzac w tym polepszenie swojej przyszłości, w tym takze i pozycji spolecznej. Nawet absolwenci zawodówek szli potem zwykle do szkół wieczorowych, nierzadko i na studia. I to mimo trudniejszych warunkow bo do szkoly wieczorowej, czy zaocznej, trzeba było mieć pozwolenie z pracy (no i trzeba było pracować). Nie było szkół prywatnych, gdzie nauka za kasę jest „przyjaźniejsza” dla ucznia/studenta.
      Dzis tego nie ma. Jakaś taka stagnacja pełna jest…Nie tylko wśród starszych ale i mlodych, co dziwne…
      Moze dlatego, że to PRL wlaśnie działał „u podstaw”. W każdej wsi czy małym miasteczku, była co najmniej szkoła podstawowa, że nie wspomne o licznych domach kultury, w których cos sie działo! Dzieciakom i mlodziezy pokazywano inny świat, ten lepszy, ktory moze być także ich udziałem.
      Sama znałam taki Dom Kultury w malej mieścinie, z doskonałymi propozycjami dla mlodziezy, Sportowe, sekcja fotograficzna, plastyczna itd
      A dziś co? Otwiera sie klasy,w miescie wojewódzkim! w LO! z przedmiotem kierunkowym disco polo. Młodzi Polacy mają konkurować ze światem za pomocą disco polo?

      Odpowiedz na ten komentarz
      • Radoslaw
        Radoslaw 23 lutego, 2020, 15:40

        Pozwolę sobie zacytować fragmenty felietonu nieżyjącego już Aleksandra Małachowskiego – jednego z tych ludzi Solidarności, którzy wedle mojej opinii zasługują na szacunek.

        „Krach wielkiego mitu”,  Aleksander Małachowski, Tygodnik Przeglad, Sierpień 14, 2000:

        „nie ma dziś Solidarności dającej powody, by twór posługujący się tym pięknym mianem można uznać za spadkobiercę owego wspa­niałego, wielkiego mitu, jaki nagle wybuchł w sierpniu 1980 ro­ku. Mówię o tym micie jako jeden z naczelnych prokuratorów dawnej, wspaniałej Solidarno­ści. Wszak stałem na czele Komisji Rewizyjnej regionu mazowieckiego i wybrano mnie na pierwszym zjeździe w Hali Olivii do Krajowej Komisji Rewizyjnej (…).
        Materiały obu “moich” komisji rewizyjnych, gdyby wpadły w ręce bezpieki, posłużyłyby jako znakomity materiał propagandowy przeciw Solidarności. Co z nich wynikało? To mianowicie, że ówczesna Solidarność była zaledwie pospolitym ruszeniem różnych elementów z jeśli nie wielką przewagą – to z udziałem karierowiczów, cynicznych oszołomów i kogo nam jeszcze ku pokaraniu za nasze niemałe grzechy Pan Bóg raczył zesłać. Wszystko, co teraz możemy obserwować w tym rzekomym następcy naszego ruchu, iluminowanego blaskiem wielkiego mitu Solidarności, było już na samym początku obecne. Zewsząd pchali się karierowicze i oszołomy, oszuści polityczni i cwaniaczki szukające forsy i łatwego życia. Nie starczyło nam czasu na samooczyszczenie. Powtórzę, co nieraz pisałem, że stan wojenny beatyfikował za­równo naszych bohaterów, jak i wszelką swołocz w naszych szeregach. Po legalizacji Soli­darności przyplątali się do nas masowo ludzie węszący życiową szansę łatwej kariery poli­tycznej w Sejmie, rządzie, urzędach państwowych, później – w samorządach.”

        Małachowski użył określenia „swołocz”, którą widział z bliska, więc wiedział, co mówi.
        Od napisania tych słów minęło 20 lat. 20 lat negatywnej selekcji, która na wszystkich szczeblach władzy wymiotła ludzi porządnych, a wyniosła na pominiki swołocz.
        Swołocz, która przy kolejnej „rocznicy sierpnia” będzie umacniać swój mit, poparty masowym praniem mózgów prowadzonym przez media, IPN i podręczniki szkolne.

        Też korzystałem z zajęć w jednym z takich domów kultury, podobnie, jak wiele moich koleżanek i kolegów. Oprócz tego była cała ogromna sieć klubów sportowych, koła zainteresowań w szkołach. Pamiętać trzeba też o licznych domach kultury istniejących przy przedsiębiorstwach. Wszystko dostępne za symboliczną opłatą lub bezpłatne. Tak właśnie, u podstaw, od najmłodszych lat, budowano więzi społeczne. Wszystko to zostało zdziesiątkowane przez opisaną przez Małachowskiego swołocz. Po 1989 roku tkanka społeczna została rozerwana na strzępy i to tłumaczy apatię Polaków, która umożliwia dziś swołoczy bezkarne panoszenie się.

        Pozdrawiam

        Odpowiedz na ten komentarz
        • Andrzej
          Andrzej 24 lutego, 2020, 04:37

          Dodam:
          – Kluby Międzynarodowej Prasy i Książki – były we wszystkich większych miastach. W nich księgarnia, kawiarnia – obok klubów pracy twórczej, kawiarnie KMPiK-ów były ulubionym miejscem spotkań ludzi kultury – i czytelnia, w której odbywały się kameralne występy muzyków i różne spotkania. Po 1989 r. wszystkie KMPiK-i zamknięto. Teraz istnieją tylko księgarnie o tej nazwie.
          – Kluby studenckie. Każde miasto uniwersyteckie miało przynajmniej jeden taki klub. Rozwijało się w nich wiele talentów, znanych później artystów – na przykład w warszawskich klubach “Stodoła” i “Hybrydy”, w krakowskich “Jaszczurach”. Ewę Demarczyk “Piwnica pod Baranami” ściągnęła z klubu “Hefajstos”. Powstały we wrocławskim “Pałacyku” studencki teatr “Kalambur” osiągnął po kilku latach istnienia poziom zawodowego teatru. “Jazz Nad Odrą”, od wielu lat festiwal międzynarodowy, powstał w “Pałacyku”. We wszystkich studenckich klubach istniały sekcje zainteresowań. W klubach studenckich odbywały się spotkania z pisarzami, filmowcami itp.
          Jeżeli nie powstała jeszcze monografia o peerelowskich klubach studenckich i ich wkładzie do polskiej kultury, to… Obawiam się, że IPN sprzeciwi się publikacji takiej monografii.
          Wspomnę jeszcze o tym, że książki były tanie, więc stać było na nie prawie wszystkich. I o tym, że bilety do kin, teatrów, fiharmonii były bardzo tanie. Więc kto chciał, mógł ciekawie spędzać czas i dokształcać się. Propaganda głosi, że wydawano niewiele książek zagranicznych pisarzy i że sprowadzano niewiele filmów. To bzdura. Większość dobrych książek tłumaczono i wydawano, sprowadzono prawie wszystkie warte obejrzenia filmy. Uświadomiłem to sobie po 1989 r., kiedy, wyjedżając częściej do zachodnich krajów, mogłem próbować zakazanych, jak się mówiło, w PRL owoców. Owszem, niektórych zasługujących na lekturę książek nie wydano (ale prawie wszystkie wybitne dzieła wydano). Jeśli chodzi o filmy – chwała Bogu, że nie kupiono ton chały; chały, która teraz panoszy się w kinach i ogłupia ludzi. Mówiąc inaczej – decydujący wtedy o zakupach zagranicznych filmów dokonywali prawie bezbłędnej selekcji. Dzięki temu nie straszny był kinomanom Bergman, Fellini, Antonioni; teraz sale kinowe, w których pokazuje się ambitniejsze filmy, są prawie puste.

          Odpowiedz na ten komentarz
          • Andrzej
            Andrzej 24 lutego, 2020, 06:22
          • Radoslaw
            Radoslaw 24 lutego, 2020, 12:02

            W 1989 roku wyjechałem po raz pierwszy na tzw. Zachód (studencka praca wakacyjna). (Tak przy okazji – ciekawe, kto pamieta, że paszporty do reki Polacy dostali jeszcze od „komuny”? No w każdym razie Instytut „Pamieci” zrobi wszystko, żeby nie pamietali.) Wszedłem do sklepu muzycznego, wybór płyt oczywiście ogromny – i szybko skonstatowałem, że przytłaczającą wiekszość wykonawców znałem ze świetnych audycji muzycznych Polskiego Radia. W rzekomo totalitarnym państwie, które rzekomo odcinało naród od kultury „zgniłego Zachodu”. Nie dość, że nie odcinało, to starało sie wybierać, co najlepsze i chronić przed chłamem, który dziś panuje niepodzielnie. Potwierdzeniem tego niech bedzie ten link (jesli wolno):

            http://gembon.rockmetal.art.pl/spis.htm

            Jakaś grupa pasjonatów stworzyła strone z listą PRL-owskich programów muzycznych Polskiego Radia (chodzi o muzyke rozrywkową). Gdzie tylko możliwie, w szczegółach wynotowali, co było kiedy grane – przypuszczam, że na podstawie nagrań magnetofonowych. Wiekszość tych audycji zlikwidowano na początku lat 90-tych. Dziś już nie ma w Polsce radia, które emitowałoby tak różnorodną muzyke – dziś gra sie muzyke, przy której da sie coś zareklamować.
            (Zresztą za PRL-u istniało mnóstwo małych, prywatnych sklepików też sprzedających płyty „z Zachodu”. Tyle że były na polską kieszeń piekielnie drogie, stąd popularność radia i magnetofonów.)
            Za PRL lansowano pozytywny snobizm na wysoką kulture – czego przykładem wspomniane przez ciebie kluby studenckie. Ale i ta kultura bardziej „popularna” była na znakomitym poziomie, aby przyciągnąć jak najszerszą publiczność. Nie bedąc jakimś koneserem kultury, przedstawienia teatru TV z lat 60-80 tych oglądam dzis z zapartym tchem.
            Dożyliśmy czasów, kiedy znowu o prawdziwej polskiej historii można uczyć sie tylko na „tajnych kompletach”, bo tzw. media głównego nurtu robią wszystko, żeby ją zakłamać albo przywalić stertą propagandy.

          • Andrzej
            Andrzej 24 lutego, 2020, 17:41

            Bez trybu: Krótko po 1989-tym zaczęto sprzedawać na Węgrzech “Playboya’. Jego właściciel powiedział wtedy: “Węgry i ‘Playboy’ długo czekały na siebie”. Strach pomyśleć, co by było, gdyby się nie doczekały.

        • Andrzej
          Andrzej 24 lutego, 2020, 06:10

          Z felietonu “Marne życie polityczne” Bronisława Łagowskiego – 21 sierpnia 2000

          Nazwisko osoby, o której pisze Bronisław Łagowski, zastąpiłem inicjałem.

          Odpowiedz na ten komentarz
          • Andrzej
            Andrzej 24 lutego, 2020, 06:17

            Skopiowany przeze mnie fragment nie wdrukował się; próbuję ponownie.

            Z felietonu “Marne życie polityczne” Bronisława Łagowskiego – 21 sierpnia 2000

            Nazwisko osoby, o której pisze Bronisław Łagowski, zastąpiłem inicjałem

          • Andrzej
            Andrzej 24 lutego, 2020, 06:28

            Nie da się wdrukować fragmentu felietonu. Może nie można tego robić.

  3. Wojciech Chwaja
    Wojciech Chwaja 20 lutego, 2020, 18:18

    Z ciekawością przeczytałem wywiad z młodym krakowskim intelektualistą, prezesem lewicowego Stowarzyszenia Kuźnica, Pawłem Sękowskim o genezie i o dorobku Polski Ludowej. Opinię wyraża młody człowiek, który ani jednego dnia w tamtej Polsce nie przeżył, a mimo to jest ona rzetelna. W przeciwieństwie do zakłamanej polityki historycznej dzisiejszej władzy, nie mówiąc już o masowej arogancji młodego pokolenia, a i starsi zapomnieli już jak to faktycznie było. Z dzisiejszej jednakże perspektywy „demokratycznych rządów wolnej Polski”, tamten okres, mimo mnóstwa wad, niesprawiedliwości i przemocy należy uznać za najlepszy w całym okresie istnienia państwa. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę na kilka znanych już dziś faktów historycznych o okolicznościach i o genezie jego powstawania w granicach, jak to określił Bronisław Łagowski „Piastowsko Stalinowskich”. Stalin bowiem, niezależnie od motywów był w znacznej mierze twórcą bezpiecznego dla ZSRR państwa, leżącego na trasie między ZSRR a jego milionową zwycięską armią stacjonującą w pokonanych Niemczech. Inne państwo w tej sytuacji nie miało żądnych szans powstania. Stalin miał to na uwadze już w Jałcie, kiedy negocjował powojenny kształt Europy, w tym granic Polski z ciągle podpitym Churchillem i będącym w stanie demencji Rooseveltem otoczonym szpiegami Stalina. Stalin chyba wiedział także o przygotowanej wiosną 45 roku przez Churchilla „Operation Unthinkable, która przewidywała atak armii zachodniej, z udziałem ocalonych w tym celu dywizji SS na ZSRR już 1 lipca 45 roku. Churchill w porę wycofał się z tego szaleńczego i samobójczego planu, lecz w tej sytuacji trudno dziwić się brutalnym reakcjom stalinowskiej policji na tych, którzy oczekiwali tutaj Andersa na białym koniu, dziś zwanymi żołnierzami wyklętymi. Mimo wszystko także Churchillowi przypisać należy pewne zasługi w tworzeniu lewicowego rządu w Polsce. Oto krótki wyciąg z jego rozmowy z Mikołajczykiem jesienią 44 roku. Angielski oryginał znajduje się w muzeum J. Piłsudskiego w Nowym Jorku. „”Nie jesteście rządem, jesteście warcholskim narodem, który chce zburzyć Europę. Pozostawię was samych z waszymi waśniami. Nie ma pan poczucia odpowiedzialności, jeśli chce pan poświęcić ludzi z kraju…Ma pan na uwadze tylko swój marny, ciasny, egoistyczny interes. Odwołam się teraz do Polaków. Rząd lubelski może doskonale funkcjonować. On będzie rządzić, to jest pewne. Pana argumenty to tylko zbrodniczy zamysł wywołania rozłamu między sojusznikami za pomocą waszego liberum weto… Jeśli chce pan podbijać Rosję, to niech pan sobie idzie swoją drogą ”
    Po tym większość faktów jest już mniej więcej znana.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Radoslaw
      Radoslaw 21 lutego, 2020, 17:45

      Pierwszy raz usłyszałem o tej operacji – dziekuje – i nie omieszkałem szybko poszukać sobie rozmaitych dokumentów. Dostepne są m.in. skany oryginalnego maszynopisu z planem. Ledwo sie skończyła jedna straszliwa wojna, a temu zapijaczonemu angielskiemu buldogowi uroiła sie kolejna… Oczywiście, z dala od granic Zjednoczonego Królestwa, chronionego dodatkowo parasolem lotnictwa myśliwskiego. Niech mu zatem podziekują prześladowani przez NKWD/UB członkowie AK czy żołnierze powracający do kraju z Zachodu. Żadna armia świata -w tym także Armia Czerwona – nie tolerowałaby za swoimi plecami obecności ludzi powiązanych z realnym przeciwnikiem, czesto uzbrojonych i otwarcie wrogich. Wystarczy przypomnieć, że w czasie wojny w USA internowano ponad 100 tys. cywilów japońskiego pochodzenia – choć nie byli w stanie wyrządzić żadnych szkód amerykańskiej armii walczącej o tysiące km od domu.

      Odpowiedz na ten komentarz
  4. Radoslaw
    Radoslaw 20 lutego, 2020, 22:52

    W 1989 roku z okresu Polski Ludowej pochodziło w przybliżeniu:
    * 70% substancji mieszkaniowej
    * 70-90% przemysłu, zaplecza edukacyjnego, naukowego, kulturalnego, infrastruktury medycznej, sieci drogowej, budowli hydrotechnicznych, energetyki…
    Innymi słowy, w ciągu niespełna pół wieku zbudowano więcej niż przez całe wcześniejsze tysiąc lat polskiej historii. Wszystko to w niełatwych warunkach zimnej wojny – niemal bez żadnej pomocy z zewnątrz, za to przy „humanitarnych” sankcjach gospodarczych Zachodu, który zakompleksieni Polacy tak kochają. Ocenia się, że tylko w latach 80-tych amerykańskie sankcje kosztowały Polskę 10-12 mld. dolarów, czyli równowartość ok. połowy zadłużenia epoki gierkowskiej.
    W ciągu pół wieku PRL, Polska została zbudowana na nowo i to w oszałamiającym tempie. Przy wszystkich swoich ułomnościach, była to Polska bez porównania lepsza, niż jakakolwiek inna forma polskiej państwowości w historii. Pierwsza w dziejach Polska, która starała się zapewnić szanse cywilizacyjnego awansu ogółowi obywateli, a nie 10-20%. I odniosła bezdyskusyjny sukces, bo „za burtą” znalazł się nikły odsetek i to często na własne życzenie. Ale Polacy tego wszystkiego nie wiedzą albo wiedzieć nie chcą. Co tam jakiejś głupie procenty. Przecież jak było „naprawdę” to pokazują komedie Barei. I taką „naprawdę” przyjmuje polski naród. Tylko ludzie skrajnie tępi, podli i zakłamani do szpiku kości zdolni są do prymitywnego opluwania czasów i ludzi, z których dorobku korzystają. I niestety korzystać będą, choć wcale sobie na to nie zasługują.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy