Pomnik, którego nie ma, pominiki, które są

Pomnik, którego nie ma, pominiki, które są

Pani Anne Applebaum, znana dziennikarka, ostatnio autorka książki „Za żelazną kurtyną” (nie omieszkam przeczytać, gdy będzie do kupienia), zwierzyła się przez radio (Tok FM, 9 października), że jej zdaniem warszawski Pałac Kultury i Nauki powinien być zburzony. Jest to bowiem pomnik wystawiony Stalinowi, a Hitlerowi przecież – dodała ironicznie – pomnika nie postawiono, choćby małego, gdzieś na skwerku. Tym porównaniem przygniotła do ziemi umysł rozmawiającej z nią dziennikarki, która nic na to odpowiedzieć nie potrafiła.
Zrównanie tych dwóch tyranów wydaje się krzywdzące dla Hitlera. Pod jego rządami Niemcom nie żyło się źle (dopóki nie zaczęli przegrywać na froncie wschodnim), według wiarygodnych świadectw robotnikom i rolnikom lepiej niż za czasów demokratycznej Republiki Weimarskiej. Szerokie masy ucisku nie odczuwały. Obozy koncentracyjne były przeznaczone dla Żydów i Słowian. Z Niemców tylko najbardziej uparci przeciwnicy Hitlera w nich się znaleźli. Na normalność życia pod dyktaturą Hitlera zwracał uwagę profesor Richard Pipes z Harwardu, jest to zresztą oczywiste.
Z władzą Stalina natomiast wiążemy jeden z najbardziej opresyjnych reżymów, jakie zna historia. Łagry były przeznaczone dla swoich, cała ludność utrzymywana w obezwładniającym strachu. Gdy później pytano Rosjan, jaki okres w ich życiu był najlepszy, odpowiadali, że wojna.
Jesteśmy jednakże w Polsce i mówimy o pomnikach w Warszawie. Hitler kazał Warszawę zburzyć, co też zostało dokładnie zrobione. Z imieniem Stalina pani Anne Applebaum i nie ona jedna kojarzy okazały budynek użyteczności publicznej wybudowany w czasie, gdy Warszawa podnosiła się z gruzów. Dlaczego do tego realnego, materialnego budynku przydaje ona sens symboliczny, który nie jest niczym obiektywnym i zależy tylko od przyjętej konwencji, tego nie wiem. Taka konwencja istniała, gdy Stalin był bożyszczem dla połowy świata, a gdy przestał nim być, konwencja przestała obowiązywać, ale z tego powodu ani jeden kamień w Pałacu Kultury i Nauki nie ruszył się ze swojego miejsca. Rozumowanie realistycznie myślącego człowieka biegłoby takim torem: chcę, aby zburzono PKiN i dlatego wołam na wszystkie strony, że jest to pomnik Stalina. Ale dlaczego zburzyć? Nie wiem. Może w tym celu, aby nie było z czym porównać tych olbrzymich pudeł, jakie się teraz w Warszawie i gdzie indziej stawia. Anne Applebaum stwierdziła w tym radiu, że pałac jest brzydki. Co jest brzydkie, a co piękne, jest kwestią czasu. Wiele kościołów gotyckich zburzono lub „poprawiono”, bo w czasach Renesansu zaczęły być brzydkie. A później znowu stały się piękne. Autorka „Za żelazną kurtyną” uważa, że Polacy, z którymi rozmawiała, nie rozumieją tego, co się w okresie stalinowskim działo. Uciekają w rozmowie albo do czasu wojny, albo do lat 80. Czy autorka, która na równi stawia Stalina i Hitlera, może nam pomóc coś zrozumieć? Pod okupacją Hitlera ginęło średnio około miliona ludzi rocznie. Tylko wskutek hitlerowskiego terroru – nie liczymy wojskowych i cywili, którzy zostali zabici podczas działań wojennych – zginęło grubo ponad 5 mln mieszkańców Polski. W okresie stalinowskim ludność Polski powiększyła się o 3,5 mln osób. Autorka może ma inne dane liczbowe, zgodzę się na każde, ale chyba rozumie różnicę między zmniejszaniem się a powiększaniem liczby ludności. Mimo to twierdzi, że skoro istnieje pomnik Stalina (ja przeczę, że taki pomnik istnieje), to równie dobrze mógłby istnieć pomnik Hitlera (zaraz powiem, że nie jestem tego pewien, że nie istnieje).
Pomnik jest bytem symbolicznym i nie musi być z marmuru. (Mówimy np. o pomnikowym wydaniu dzieł literackich). Nikt do tej pory nie ogłosił, że ustanawia czy ogłasza pomnik Hitlera. Ale że w tym kierunku idziemy, nie zaprzeczy nikt, kto zna dzisiejszą Polskę. Wyobrażenia o wojnie dostosowują się same do aktualnego układu sojuszy. Niemcy są naszym sojusznikiem, więc nie odczuwamy potrzeby kontynuowania z nimi wojny środkami symbolicznymi. Tego wątku nie rozwijam, ale wspomnieć o nim należało. Zaciekawiające są inne zjawiska: bestselerami stają się książki, w których agresywnie stawia się tezę, że podczas wojny sprzymierzyć się należało z Niemcami, z Hitlerem, a nie z aliantami zachodnimi, którzy „oddali” nas Stalinowi. Takie publikacje to coś w rodzaju szukania miejsca pod pomnik Hitlera. W zabawach zwanych historycznymi rekonstrukcjami młodzi ludzie najchętniej przebierają się w mundury Waffen SS, a niektórzy do tego stopnia przyjmują „etos” tych formacji, że niepokoi to kolegów. I wreszcie dochodzimy do czegoś, co można nazwać dosłownie pomnikami Hitlera: do swastyk, którymi do tej pory były upstrzone wolne miejsca na budynkach osiedlowych, a co można było uznać za wyraz chuligańskiej przekory, dochodzą już jednoznaczne napisy w rodzaju „Hitler wróć – Żydów truć”. To ma słabszą wymowę niż pomnik z kamieni, ale niewiele słabszą.
Do przemiany wyobrażeń o II wojnie światowej przyczyniają się także tłumaczeni na polski autorzy amerykańscy. Uważają oni, że my nie jesteśmy wystarczająco poinformowani o tym, co przeżyliśmy w czasie wojny i po niej, i że tego nie rozumiemy jak należy. Oni nam to objaśnią. Na prawdziwą wojnę patrzą jak na zimną wojnę, w której ich wrogiem był Stalin, a nie Hitler. Nie było większego zła niż „imperium zła”. Wszystko, co się z nim kojarzy, należy zburzyć (tylko granice zachodnie zostawić, jak są).

Kościół prześladowany i prześladujący. Nagonka świętoszków i pornografów na polski Kościół z powodu kilku przypadków pedofilii (nie wiadomo jeszcze, na czym ona polega) nie budzi we mnie chęci przyłączenia się. Godzę się jednak z Emersonowskim „prawem wyrównania”. Biskupów i pomniejszych księży spotyka to, co oni sami chętnie uprawiają. Nie było od 20 lat kampanii nienawiści, do której oni by się nie przyłączali lub której by nie inicjowali. Szczucie na rzekomych komunistów, podżeganie do lustracji – dopóki ich nie objęła – wyciąganie z przeszłości faktów i zmyśleń zatruwających atmosferę w kraju – oto „ewangelizacja” w wykonaniu polskiego kleru. Jak Polska długa i szeroka w kościołach wyeksponowane tematy to Katyń, Smoleńsk, Sybir. Współdziałanie z IPN w politycznym indoktrynowaniu małych dzieci w sposób odciskający się na psychice nie mniej może niż pedofilia. Atmosfera małodusznej mściwości, jaką Kościół pracowicie wytwarzał, przekształcona odpowiednio do ducha czasu zwraca się przeciw niemu. Istnieje jednak sprawiedliwość na tym świecie.

Wydanie: 42/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy