Rekin, delfin, czy leszcz?

Rekin, delfin, czy leszcz?

Czy Kaczyński odstrzeli Ziobrę?

Rekin, delfin czy leszcz? Czy Kaczyński odstrzeli Ziobrę? To chyba najważniejsze dziś pytania w polskiej polityce. Bo o tym, że Ziobro rzucił wyzwanie pisowskiemu establishmentowi, więc i samemu Kaczyńskiemu, media piszą od tygodni. A od tego, jak się skończy ta fronda, zależy nie tylko układ sił na polskiej prawicy, ale i sama polityka. Bo Zjednoczona Prawica stoi przed problemem, jak rozegrać trzy lata bez wyborów, za to na pewno z kryzysem gospodarczym. Ale zacznijmy od początku.

Hasło: rekonstrukcja

Gdy Jarosław Kaczyński rzuca hasło „rekonstrukcja rządu”, musimy być przygotowani, że kryje się za tym coś więcej niż zwykła wymiana ministrów lub połączenie kilku resortów w jedno. Niedawno przecież rozczłonkowano MSZ, podzielono jego kompetencje i nikt nawet nie mrugnął. Wymieniono ministrów zdrowia i spraw zagranicznych i też mało kto tym się przejął. Nie, to nie była „rekonstrukcja”. A skoro tak, to Kaczyński zapowiedział coś znacznie większego, coś, co prawicą może wstrząsnąć. Czyli co?

Pisaliśmy o tym kilka tygodni temu w PRZEGLĄDZIE – gdy Kaczyński przeprowadzał pierwszą rekonstrukcję, też trwała miesiącami, ciągnęła się przez całe lato, a w jej efekcie ze stanowiskami pożegnali się Antoni Macierewicz i Beata Szydło. Odsunięcie ich na bok mogło zagrozić stabilności układu rządzącego. Macierewicz, mimo że miał stanowisko wiceprzewodniczącego PiS, mógł liczyć na własne struktury, Kaczyński miał więc powody się bać, że minister obrony zacznie budować własną formację, mijającą PiS z prawej strony. Beata Szydło była ulubienicą aparatu PiS. Operacja ich neutralizacji była zatem politycznie niełatwa. Ale się powiodła!

Dziś mamy podobną sytuację. Jarosław Kaczyński musi zneutralizować Zbigniewa Ziobrę, bo inaczej będzie miał wojnę we własnym ugrupowaniu. Albo się z nim dogadać – ale wtedy będzie musiał poświęcić Mateusza Morawieckiego, którego Ziobro systematycznie atakuje. Albo-albo. Rekonstrukcja rządu jest więc operacją wymierzoną w ministra sprawiedliwości. I w zależności od tego, jak się zakończy, będziemy mogli oceniać układ sił w Zjednoczonej Prawicy.

Zdjęcie z wakacji

Na przełomie sierpnia i września furorę w internecie zrobiły zdjęcia Jarosława Kaczyńskiego z wakacji – spędzanych tradycyjnie pod opieką Joachima Brudzińskiego. Na pierwszym widniał Kaczyński w otoczeniu kilku mężczyzn, wyglądających na przebierańców. Ewidentnie zmęczony, kontrastował z ich szczęśliwymi obliczami. Wiadomo, zdjęcie z prezesem, wakacyjne, to w PiS jak szlachecki glejt. Drugie zdjęcie przedstawiało Kaczyńskiego za sterem łodzi. Ale ważniejszy był podpis, dzieło Brudzińskiego: „Śpijcie spokojnie, stery Polski w dobrych rękach”. To zdjęcie miało być sygnałem dla polityków PiS, że Kaczyński trzyma w rękach stery jeśli nie Polski, to przynajmniej rządzącej większości, a najbliżej tych rąk jest Brudziński.

Przy okazji niejako poszła w świat wiadomość, że na zbliżającym się kongresie PiS wiceprzewodniczącym partii ma zostać Mateusz Morawiecki, Antoni Macierewicz najprawdopodobniej zaś straci to stanowisko. I te zdjęcia, i te przecieki pokazały nam, jak wygląda sytuacja w PiS. Że z jednej strony mamy coraz starszego, coraz mniej energicznego Jarosława Kaczyńskiego, a z drugiej coraz gorętszą walkę o pozycję numer 2 na prawicy, w przyszłości zaś o pozycję jego następcy.

Chętnych, by być tuż za Kaczyńskim, jest tam sporo. Na pewno należy do nich Joachim Brudziński, europoseł, który ma wielkie wpływy w pisowskim aparacie. Także Mateusz Morawiecki, który premierem został z woli prezesa i choć na początku był przez działaczy kontestowany, powoli, konsekwentnie umacnia swoją pozycję. Swoje ambicje ma na pewno Mariusz Błaszczak, ważną postacią jest Mariusz Kamiński. Nie zapominajmy też o Andrzeju Dudzie. Do tego grona zamierza doszlusować Zbigniew Ziobro.

Czy jest życie poza PiS?

Ziobro nie jest w PiS. Został z partii wyrzucony w listopadzie 2011 r., razem z Jackiem Kurskim i Tadeuszem Cymańskim. Powód – Ziobro po serii porażek PiS z Platformą rzucił rękawicę Kaczyńskiemu. Spotkała go więc kara. „Po szóstych przegranych z rzędu przez PiS wyborach zdecydowaliśmy się przedstawić wizję i plan do zwycięstwa, dziś spotkaliśmy się za to z decyzją o wyrzuceniu z partii”, żalił się. Choć pisowski aparat specjalnie go nie żałował. „Miał być delfinem, chciał być rekinem, a został leszczem”, szydził Adam Hofman, ówczesny rzecznik PiS.

Ziobro nie zamierzał tych kpin puszczać mimo uszu. Potem był już twardszy, jego Solidarna Polska walczyła z PiS o miejsce na prawicy. Nie przebierał więc w słowach. „Kaczyński nigdy nie był moim politycznym ojcem ani autorytetem – mówił w 2013 r. – Nie był nigdy moim guru. Prezes nabiera do mnie sympatii tylko wtedy, kiedy kamery są wokół, a po ich wyłączeniu traktuje nas jak powietrze. Wyborcy prawicy powinni ocenić brak szczerości Jarosława Kaczyńskiego. PiS buduje gorsze standardy niż PO”. Rok później, podczas kampanii do Parlamentu Europejskiego, gdy promował boksera Tomasza Adamka, mówił: „Nie ma mowy o powrocie na łono PiS nawet w przypadku porażki. Wady Jarosława Kaczyńskiego uniemożliwiają współpracę. On dzieli ludzi”.

Podobne, krytyczne opinie o Kaczyńskim wygłaszał Jacek Kurski: „PiS jest jak kolonia karna. Jarosław Kaczyński powinien być jak dyrygent. W ręku batuta, wsłuchany w skrzypce, w świetne brzmienie wiolonczeli. Ale batuta pomyliła się dyrygentowi z batem. PiS w obecnej formule nie wygra żadnych wyborów. W PiS nie ma refleksji nad porażkami, tłumi się krytykę i dyskusję nad popełnionymi błędami, nie wyciąga wniosków. Z wyborów na wybory jest tak samo, tyle że jeszcze bardziej”.

Ostatecznie PiS poradziło sobie z Solidarną Polską. Tak jak Platforma poradziła sobie z Nowoczesną, a SLD z Socjaldemokracją Marka Borowskiego lub, ostatnio, z Wiosną Roberta Biedronia. Ludzie od Ziobry zostali wpuszczeni na listy PiS, dostali się do parlamentu, najpierw w 2015 r., a potem rok temu. Sam Ziobro otrzymał fotel ministra sprawiedliwości. Czy znaczy to, że Kaczyński zapomniał Ziobrze jego wiarołomstwa? Że jest pod jego wielkim wpływem?

Nie – w 2015 r., idąc po władzę, Kaczyński przystał na projekt Zjednoczonej Prawicy, poszerzając PiS o ziobrystów i gowinowców; oczywiście wiedział, że wpuszczając ich na swoje listy, przepłaca. Ale załatwiał sobie w ten sposób dwie sprawy. Po pierwsze, miał pewność, że nie straci głosów, które poszłyby na Solidarną Polskę i Porozumienie Gowina. Po drugie, uzyskiwał wielki marketingowy atut – cała prawica razem.

A czy musiał po wyborach obdarowywać Ziobrę stanowiskiem ministra? Bo to wyglądało, jakby darował mu wszystkie winy. Pewnie nie musiał. Ale Kaczyński lubi stawiać na czele ministerstw „twardzieli”, którzy bez mrugnięcia okiem zrealizują powierzone im zadanie. Zgodnie z tą zasadą Ministerstwo Obrony dostał Antoni Macierewicz, a telewizję Jacek Kurski. Mariusz Kamiński – służby specjalne, a Jacek Sasin – jak saper rzucany jest na najgorętsze odcinki. Ziobro wrócił więc do Ministerstwa Sprawiedliwości z zadaniem spacyfikowania wymiaru sprawiedliwości i podporządkowania sędziów partii rządzącej.

Szeryf czy wódz rewolucji?

Mija pięć lat walki o sądy i można śmiało orzec, że partia rządząca w tej batalii ponosi klęskę za klęską. Mając pełnię władzy, Ziobro nie podporządkował sobie sądów, ba, sprawa praworządności (czy raczej jej braku) została umiędzynarodowiona i jest stałym elementem debat w Brukseli.

Pod względem skuteczności działania Ziobro w wojnie o sądy poniósł porażkę. Oczywiście ta wojna nie jest zakończona, pisowski walec nieuchronnie przetacza się po kolejnych obszarach i z punktu widzenia zwolennika niezależnej władzy sądowniczej trudno tu być optymistą. Można jednak uznać, że Ziobro w wojnie o sądy nie wykazał się specjalną inteligencją ani umiejętnościami politycznymi. Ale te umiejętności pokazał na innych polach. Zwłaszcza w wojnie o sympatię skrajnie prawicowej części obozu rządzącego. Tu robi postępy. W pierwszych latach Solidarnej Polski główne tematy, które ta partia poruszała, były w sposób dość monotonny związane z Ministerstwem Sprawiedliwości – dominowała walka z korupcją albo z niskimi wyrokami. Ludzie Ziobry też nie budzili specjalnych emocji – Marzena Wróbel, Arkadiusz Mularczyk, Jacek Kurski, Andrzej Dera to nie były postacie, które mogłyby przyśpieszyć bicie serca prawicowego wyborcy.

Teraz jest zupełnie inaczej. Ziobro nie jest już tylko szeryfem. Dziś kreuje się na lidera najbardziej ideowej części rządzącej prawicy. Narzuca ton i szuka wroga. I go wskazuje. To są środowiska LGBT, to Unia Europejska i jej system wartości. „Trwa walka o zabicie cywilizacji zachodniej, której fundamenty to etyka chrześcijańska, filozofia grecka i prawo rzymskie – alarmuje Patryk Jaki. – Przez lata w Europie i na świecie widzieliśmy próby niszczenia najważniejszego fundamentu – etyki chrześcijańskiej”. W ten sposób to, co dla żulii jest zwykłym „biciem pedała”, dla Jakiego jest walką w obronie cywilizacji zachodniej. Podobnie jak ochrona księdza pedofila.

U boku ministra pojawiło się też grono młodych polityków. Okazało się bowiem, że to Solidarna Polska jest najlepszą trampoliną do kariery. Patryk Jaki walczył o prezydenturę Warszawy, a teraz jest w Parlamencie Europejskim. Michał Woś, urodzony w roku 1991, jest ministrem. Wiceministrami są inne młode wilczki – Jan Kanthak, Janusz Kowalski, Jacek Ozdoba, Sebastian Kaleta. Nawet od ich nazwisk ukuto termin Ka-Ka-O. Na tym tle Marcin Warchoł i Michał Wójcik (lat 40 i 48) wyglądają jak seniorzy.

Młodych ziobrystów łączy oprócz wieku jedno: wypowiadają swoje opinie o ideologii LGBT, zagrożeniu chrześcijańskiej cywilizacji, agresywnym lewactwie i konieczności obrony rodziny w sposób autorytarny. Tak, żeby zaostrzyć spór. To ich sposób na zaistnienie w politycznym świecie. Teoretycznie nie jest to nic nowego. Wcześniej takich młodych ludzi, pełnych zapału i oddania dla wodza, wykorzystywał Jarosław Kaczyński. Historia PiS to także historia Michała Kamińskiego, Adama Bielana, Adama Hofmana, Marcina Mastalerka, Jana Dziedziczaka, Krzysztofa Łapińskiego, Bartłomieja Misiewicza… Ich późniejsze losy były różne. Ale przeszli w PiS podobną drogę. Ten patent wykorzystuje Ziobro.

Dziś Ziobro jest więc już kimś innym, niż był w latach 2005-2007. Owszem, można uznać, że jest szeryfem, ale już od czegoś innego. Ma całościową wizję przyszłej Polski, państwa związanego z Kościołem, jak Hiszpania gen. Franco lub Portugalia Salazara, ma struktury i ludzi. O wiele bardziej aktywnych niż przeciętni działacze PiS.

Pytanie tylko, kiedy to dotarło do Kaczyńskiego. Kiedy się zorientował, że Ziobro nie jest już człowiekiem od jednego tematu, którego – jak zrobi swoje – będzie można odsunąć na bok, lecz pretendentem do szefowania polskiej prawicy?

Gra Zbigniewa

Uznajmy, że zorientował się wcześniej od nas wszystkich. Ale dopiero niedawno doszedł do wniosku, że może to zagrozić jedności prawicy. Dlaczego? Parę miesięcy temu byliśmy świadkami buntu Jarosława Gowina, który nie zgodził się na wybory prezydenckie w terminie 10 maja. Zostały więc przełożone, Kaczyński nie miał wyjścia, bo Gowin groził, że posłowie z jego ugrupowania będą głosować razem z opozycją i to opozycja miałaby w Sejmie większość. W tym czasie Ziobro i jego 19 posłów zachowali wobec PiS pełną lojalność. Ba! Ziobro ją deklarował i miał zaproponować Kaczyńskiemu, że SP powróci do PiS, że obie partie się zjednoczą. Ale ta oferta została odrzucona. Jak to rozumieć? Dlaczego Gowin robi wszystko, żeby być niezależny od PiS, a Ziobro chce się z PiS jednoczyć?

To oczywiście efekt ich kalkulacji i miejsca na scenie politycznej. Gowin również chciałby odgrywać kluczową rolę, ale widzi ją jako rolę lidera formacji wychodzącej poza PiS, obejmującej część PO, a także kukizowców i PSL. Ziobro ma inny plan. Chciałby wrócić do PiS i tam, już jako wiceprzewodniczący, budować swoją pozycję. Solidarna Polska to tylko 19 posłów. Gdyby był w PiS, mógłby zbudować własną frakcję i przyciągnąć do siebie kolejnych parlamentarzystów.

Wie to Kaczyński, dlatego nie ma zamiaru wpuszczać Ziobry do PiS. Bo oznaczałoby to wojnę o władzę nad partią. Ziobro w walce o pozycję nie byłby osamotniony. Jego hasła i twarde podejście do opozycji podobają się wielu w partii władzy. Sympatyzuje z nim Beata Szydło, którą pisowskie doły wciąż kochają, a która wreszcie chciałaby się odegrać na Morawieckim.

Powrót Ziobry do PiS oznaczałby zatem wojnę wewnątrz partii. Z Joachimem Brudzińskim, z Mateuszem Morawieckim. Ba, w pewnym momencie z samym Kaczyńskim – i o tym prezes wie. Oznaczałby również zwrot w polityce partii rządzącej. Kaczyński, a także premier Morawiecki, mając w perspektywie trzy lata bez wyborów, chcieliby pewne konflikty zamknąć, bo wiedzą, że PiS one nie służą i rządzenia krajem nie ułatwiają. Tymczasem Ziobro chce je zaostrzać. Chce mobilizować do walki.

Wojna z Ziobrą jest więc sporem nie tylko o władzę, ale i o kształt polityki. Może nie jest to spór o strategiczne kierunki – bo i Ziobro, i Morawiecki chcieliby, aby prawica władzy nie oddała, ale o taktykę jak najbardziej. O to, czy PiS będzie szło na miękko czy na twardo.

Siły na zamiary

Ziobro też o tym wie. Sam fakt, że Kaczyński nie wpuścił go do PiS, jest dla niego jednoznacznym sygnałem, że prezes widzi dla niego rolę w drugim szeregu. Dlatego walczy i ma pewne sukcesy.

Rzecz bowiem w tym, że Kaczyński zakodował w partii pewne prawdy, które łatwo wykorzystać. Otóż, po pierwsze, każdy tam wie, że za nadgorliwość nikt nie poniósł w PiS kary, natomiast za wątpliwości czy rozmowy z opozycją – jak najbardziej. Po drugie, Kaczyński wychował członków partii w posłuszeństwie, by wypełniali polecenia, specjalnie nad nimi się nie zastanawiając. To uczyniło z PiS maszynę sprawną, ale nieodporną na zachowania twarde i radykalne. Gdy więc Ziobro mija PiS z prawej strony, oni nie wiedzą, jak z nim polemizować. No bo jak można nie kochać Kościoła? A Ziobro kocha bardziej, z ks. Rydzykiem na czele. Jak można nie czcić „żołnierzy wyklętych”? Jak można nie wspominać Lecha Kaczyńskiego? Do tego to on najzajadlej tropi wrogów prawicy – i Platformę, i LGBT, i rozmaite postkomunistyczne układy. Jak można kręcić na niego nosem?

Poza tym oskarża Morawieckiego, że ukrywa w gronie współpracowników ludzi PO. W domyśle – że jest, jako były doradca Tuska, przesiąknięty Platformą. Albo uległy wobec UE i nie oponuje wystarczająco energicznie wobec zapowiedzi, że transfery środków z Unii do Polski będą uzależnione od stanu polskiej praworządności. A przecież, jak woła Jaki, „to bitwa o polską suwerenność”.

Ale Ziobro ma do dyspozycji nie tylko słowa. Przez te kilka lat zdołał zbudować bardzo sprawną maszynę władzy. Po pierwsze, ma do dyspozycji podległą prokuraturę. A jest ona w polskich warunkach nader poręcznym instrumentem. Może służyć do zbierania haków, zarówno na wrogów z PO, PSL czy Lewicy, jak i na przyjaciół z PiS. I nikt nie wątpi, że Ziobro tych haków ma wystarczający zasób. W mediach od dawna można przeczytać, że prowadzone są śledztwa, w których „przewijają” się nazwiska ludzi bliskich Morawieckiemu (np. sprawa GetBeck); te śledztwa mogą być prowadzone z wykorzystaniem całego dostępnego instrumentarium albo przez jednego, zapracowanego prokuratora.

Prokuratura może więc jedne sprawy pomijać, umarzać, przewlekać, a drugie traktować z całą powagą i zaangażowaniem. Do działaczki KOD, która rozklejała Matkę Boską w tęczowej aureoli, policja jest kierowana o godz. 6 rano, Margot urasta do rangi niemal terrorysty, a powieszenie tęczowej flagi traktowane jest jako atak na naród. A z drugiej strony? W 2017 r. 14 kobiet blokowało marsz narodowców. Były przez demonstrujących bite, lżone i opluwane. Tymczasem prokuratura umorzyła postępowanie wobec tych, którzy kopali, opluwali i wyzywali blokujące przemarsz. Takie zachowanie „nie naruszyło interesu społecznego”, a miało na celu „okazanie niezadowolenia”, brzmiało uzasadnienie umorzenia.

Innym przykładem jest sprawa tzw. wież Kaczyńskiego i nierozpoczętej inwestycji PiS przy ulicy Srebrnej. Austriacki biznesmen Gerald Birgfellner złożył w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury, ale to on ma nieprzyjemności, a nie prezes, który nie zapłacił mu za wykonaną pracę.

Kasa, misiu, kasa

Innym narzędziem władzy Ziobry są pieniądze. Dysponuje on Funduszem Sprawiedliwości, specjalnie utworzonym jako pomoc dla ofiar przestępstw i w przeciwdziałaniu przestępczości. W ubiegłym roku było to 454 mln zł. Tymczasem Ziobro traktuje ów fundusz jako partyjne kieszonkowe. Płyną z niego pieniądze do mediów – rocznie kilkanaście milionów złotych na promocję jego działań. Środki z funduszu politycy Solidarnej Polski wykorzystują też w inny sposób. Ziobro właśnie z niego przyznał gminie Tuchów (która ogłosiła się strefą wolną od LGBT i z tego powodu straciła wsparcie unijne) ćwierć miliona złotych. Żeby umacniać rodzinę. Z tego funduszu zasilane jest imperium ks. Rydzyka. Finansowane są również prawicowe media.

Jak pisaliśmy, fundusz zasponsorował 20 wkładek w tygodniku „Do Rzeczy”. Projekt nazywa się „Przeciwdziałanie przestępstwom dotyczącym naruszenia wolności sumienia popełnianym pod wpływem ideologii LGBT” i zwyciężył w konkursie organizowanym przez Fundusz Sprawiedliwości. Odbiorcą środków jest Fundacja Strażnik Pamięci, której szefem jest Paweł Lisicki, redaktor naczelny „Do Rzeczy”, a projekt zakłada publikację 20 dodatków do pisma przez cztery lata.

Z tego funduszu politycy czerpią środki na budowanie pozycji w swoich okręgach wyborczych. Nie tak dawno głośna była sprawa Michała Wosia, ministra, posła z Raciborza. Otóż fundusz sfinansował raciborskiej państwowej szkole zawodowej remont sali gimnastycznej. Dał 1,1 mln zł. Jak to uzasadniono? „Jeśli młodzi z Raciborza będą aktywni fizycznie, spadnie ryzyko popełniania przez nich przestępstw”. Sam Woś, niespełna 30-latek, buduje w podległym mu Ministerstwie Środowiska kolejny partyjny przyczółek. Podlegają mu Lasy Państwowe, które mają rocznie 10 mld zł przychodu. I mogą sponsorować dosłownie wszystko – imprezy, uroczystości, działania gmin. Woś to wie, wymienia tam dyrektorów (z pisowskiego nadania) na swoich.

Ziobrowcy są też obecni w spółkach skarbu państwa. Tam ich interesów pilnuje Janusz Kowalski, wiceminister w Ministerstwie Aktywów Państwowych kierowanym przez Jacka Sasina. Niedawno ich niektóre aktywa wyliczyła „Polityka”. Wymieniając Pawła Śliwę w zarządzie PGE, Marcina Szczudłę, męża posłanki SP, w zarządzie PGNiG Obrót Detaliczny, Bartłomieja Litwińczuka w zarządzie PZU Życie, Macieja Zaborowskiego w radzie nadzorczej PZU oraz żonę Ziobry, Patrycję Kotecką, w zarządzie Link4. Ale, dodajmy, są to już resztki po wcześniejszym imperium. Bo w grze o spółki skarbu państwa skuteczniejszy od Ziobry jest Mateusz Morawiecki. Który w ostatnich miesiącach odebrał mu kontrolę nad PZU, Pekao i PGNiG, zastępując prezesów z nadania Ziobry swoimi ludźmi.

Proces ograniczania wpływów Ziobry już więc trwa. Tylko że dzieje się to w sposób mało widoczny dla zwykłego śmiertelnika.

Czy to już koniec?

Jak szarża Ziobry się skończy? Ma on w rękach realne atuty, trudno zatem się spodziewać, że Kaczyński odstrzeli go jak Jacka Czaputowicza, pewien, że nikt po nim nie zapłacze.

O! Tu jest inaczej. Popularność Ziobry na prawicy, wśród polityków, działaczy i wyborców jest autentyczna. Ci ludzie nie zrozumieliby, dlaczego tak dobry towarzysz jest usuwany na bok. Ma wpływy w prokuraturze i w sądach – i to jest potężny potencjał. Poza tym ta aura „męczeństwa” byłaby też dla Ziobry politycznym potencjałem – gdy Morawieckiemu powinie się noga, a PiS zacznie w sondażach dołować, on byłby naturalnym zbawcą, jego powrotu by się domagano. I Kaczyński, i Brudziński, i Morawiecki, jeśli chcą Ziobrę wyeliminować, muszą go wpierw w oczach swoich wyborców odmitologizować.

Ziobro oczywiście to wie, ucieka zatem do przodu, wywołuje kolejne konflikty, kreuje zagrożenie, wojnę cywilizacji itd. Stan wojny jest dla niego jak powłoka z teflonu – bo w czasie wojny generałów się nie wymienia, tylko ich podziwia. Dlatego będzie raczej podgryzany. Ma 19 posłów – pewnie część dostanie propozycję powrotu do PiS. Być może podobne propozycje zaczną otrzymywać jego współpracownicy. By za chwilę okazało się, że są w PiS twardsi od Ziobry obrońcy Kościoła i chrześcijaństwa, a on jest sam jak palec, więc od jego gróźb nic już nie zależy.

Dlatego rekonstrukcja rządu buksuje, w sprawie Ziobry liderzy PiS milczą, milczy prawicowa prasa, z której niczego o wojnie w Zjednoczonej Prawicy się nie dowiemy; dlatego mamy podchody, które szybko się nie skończą. Bo Ziobro nie jest już leszczem. Choć do delfina też sporo mu brakuje.

Fot. Jacek Domiński/REPORTER

Wydanie: 38/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy