Rekonstrukcja, czyli PiS po nowemu

Rekonstrukcja, czyli PiS po nowemu

Do głosu dochodzi nowe pokolenie polskiej prawicy. Bardziej technokratyczne, lepiej znające świat, lepiej wyglądające, ale równie nieprzejednane w poglądach

No to mamy zapowiadaną od lipca rekonstrukcję rządu. Nie, to nie była nudna wymiana jednego mało znanego ministra i dwóch sekretarzy stanu. To była de facto zmiana rządu. Rozwścieczyła prawe skrzydło PiS, zwolenników Antoniego Macierewicza i „Gazety Polskiej” – bo to oni zostali ograni. Prawe skrzydło, najbardziej nieprzejednane, antyeuropejskie, zostało w wyniku rekonstrukcji rozbite.

To rozbijanie trwało pół roku. Najpierw, podczas kongresu PiS w pierwszych dniach lipca, Jarosław Kaczyński zapowiedział rządową rekonstrukcję. Potem całymi tygodniami trwały rozmowy Kaczyńskiego z działaczami partii i upokarzanie Beaty Szydło. To ona miała konsultować z prezesem skład nowego rządu, wskazać mu jego słabe punkty. Najwyraźniej ten egzamin oblała, bo w pewnym momencie zaczęto mówić, że to Kaczyński będzie premierem, a ona usunie się w cień.

Ostatecznie na premiera wskazany został Mateusz Morawiecki, ale żeby uspokoić twarde PiS, zakochane w Beacie Szydło, zostawiono mu stary skład rady ministrów. Teraz ten skład został wywrócony do góry nogami. Kaczyński zmienił rząd na raty, taktyką salami.

Łzy po Antonim

Największa zmiana to dymisja Antoniego Macierewicza, szefa Ministerstwa Obrony Narodowej. Mimo że jeszcze w nocy z 8 na 9 stycznia związani z nim dziennikarze zapewniali, że w rządzie zostanie.

Posadę stracili też pupil Radia Maryja minister środowiska Jan Szyszko oraz szef Ministerstwa Spraw Zagranicznych Witold Waszczykowski – ostro stawiający w ostatnim czasie na twarde PiS. Wcześniej z fotelem premiera pożegnała się Beata Szydło. Twarde PiS utraciło więc niemal wszystkich swoich ludzi. „Służby i lewactwo ich pokonały”, płakała nad tą rzezią polityczną Krystyna Pawłowicz.

„Na Dudę już nie zagłosuję. Dla mnie sprawa odwołania ministra Antoniego Macierewicza jest oczywista. Prezydent Andrzej Duda dopiął swego, wyszantażował tę dymisję, a ja obiecałem, że w takiej sytuacji na niego nie zagłosuję. I tej obietnicy dotrzymam”, deklarował z kolei Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”. A jego zastępczyni Katarzyna Gójska dopowiadała: „Nieuzasadnionymi, a bardzo często wręcz prymitywnymi atakami na ministra Antoniego Macierewicza prezydent Duda definitywnie pozbawił się szans na drugą kadencję, a przez wielu swoich wyborców zostanie zapamiętany jako polityk, który po prostu ich zdradził. A w kluczowych sprawach, jakimi są wyjaśnienie Smoleńska i oczyszczenie armii RP ze złogów i nominatów Kiszczaka, stanął po stronie, którą plastycznie można opisać: »tam, gdzie stało ZOMO«”.

Z kolei współpracujący z „Gazetą Polską” Witold Gadowski w „Komentarzu Tygodnia” na swojej stronie powiedział, oceniając zmiany w rządzie: „Mam nieodparte wrażenie, że ktoś tu kogoś robi w balona. Wybraliśmy rząd PiS, a tymczasem ten rząd zmienia się w rząd PO i UW, czyli tego wszystkiego, co szkodziło Polsce i czego nie lubię”.

To tylko niektóre reakcje zwolenników Antoniego Macierewicza. Dla nich odejście szefa MON to katastrofa, zdrada, zmiana polityki rządzącej prawicy.

Tę złość można zrozumieć. Wyrzucenie Macierewicza, a także Szyszki, Waszczykowskiego i Beaty Szydło, to bardzo czytelny sygnał dla ludzi związanych z PiS. Cała ta czwórka, z Macierewiczem na czele, była grupą najmocniej atakowaną przez opozycję.

Macierewiczowi zarzucano, że rozbija polskie wojsko i nie potrafi przeprowadzić żadnego przetargu na sprzęt dla armii. Jan Szyszko był na cenzurowanym z powodu wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej. Witolda Waszczykowskiego krytykowano za jego zupełnie niedyplomatyczne wypowiedzi. W tych potyczkach wszyscy oni mogli liczyć na część prawicowych mediów. Na „Gazetę Polską” i media związane z Tadeuszem Rydzykiem. Dziś, po rekonstrukcji, okazuje się, że nadstawianie głowy za Macierewicza było bez sensu. Nie dlatego, że nie warto bronić własnego zdania, tylko ze względu na to, że opinię krytyków podzielają premier Morawiecki, prezydent Duda i prezes Jarosław Kaczyński. Bo to oni w trójkę musieli zadecydować o nowym kształcie personalnym rządu.

Dymisja Macierewicza jest więc znakiem dla polityków i dziennikarzy, ale przede wszystkim dla urzędników i funkcjonariuszy – że istnieje granica służalczości i śmieszności. Nie warto się wiązać z kontrowersyjnymi politykami, bo ich czas szybko mija, a wtedy razem z nimi można iść na dno. Po tej wolcie zdolności sprawcze PiS będą już inne.

Prezesie, dlaczego?

Dlaczego Kaczyński zdecydował się na odcięcie prawego skrzydła? Jest kilka odpowiedzi na to pytanie. Spróbujmy je uporządkować.

Przede wszystkim rosło ono w siłę i zamykało mu pole manewru. Zarówno w Polsce, jak i w Unii Europejskiej. Narracja Antoniego Macierewicza czy Beaty Szydło uniemożliwiała wszelką dyskusję. W ich świecie Unia Europejska właśnie upadała, a upadając, atakowała Polskę; tworzyły się nowe organizacje współpracy, z Międzymorzem na czele. W kraju ci, którzy nie popierali Macierewicza, byli albo kupieni przez obce państwa, albo błądzili, nie rozumieli wielkiej rewolucji, która właśnie się odbywa.

Królowała retoryka wojny. I coraz wyraźniej było widać, że tę wojnę PiS przegrywa. Unia Europejska nie pada, wręcz przeciwnie; Międzymorze to mrzonki, a PiS, atakując kolejne grupy społeczne, dochodzi do ściany. Poza tym ile razy można opowiadać, że już za chwilę zostanie ujawniona tajemnica katastrofy smoleńskiej, że na światło dzienne wyjdzie „straszna prawda”?

W dodatku Komisja Europejska, wprawdzie powoli i ospale, ale konsekwentnie, zaczyna stawiać rząd PiS pod ścianą. Szydło, Waszczykowski, Macierewicz wypychali Polskę na margines. To trzeba było zmienić. Takie polecenie dostał Mateusz Morawiecki – że ma zmienić postrzeganie Polski w Unii.

Czy zmieni? W każdym razie zaczął. Odbył pierwszą rozmowę z szefem Komisji Europejskiej. I na tle Beaty Szydło, która pokrzykiwała w Brukseli, wygłaszała banały, jego obecność jawi się jako różnica cywilizacyjna.

Jeśli chodzi o kraj, to rosnące w siłę twarde skrzydło zaczynało Kaczyńskiemu zawadzać. Poglądy Macierewicza coraz częściej powtarzali posłowie PiS, lokalni liderzy. W lokalnych strukturach partii budowała popularność Beata Szydło. Jarosław Kaczyński obsadzany był w roli dalekiego prezesa z Warszawy, mówiącego skomplikowanym językiem.

Na decyzję odcięcia Macierewicza wpłynąć musiał również kalendarz wyborczy. PiS wygrało wybory w roku 2015 m.in. dzięki temu, że schowało Macierewicza, a na pierwszy plan wysunęło Andrzeja Dudę. Schowało jastrzębia, nęcąc gołębiem. To oczywiste, że w roku 2018, gdy mamy czas wyborów samorządowych, pokusa powtórzenia tamtego manewru jest duża.

A sam Andrzej Duda? Jego też prezes musiał uwzględnić w swojej układance. Ludzie Macierewicza mogą opowiadać, że Duda stoi tam, gdzie ZOMO, ale faktem jest, że to jeden z najpopularniejszych w Polsce polityków, cieszący się najwyższym zaufaniem. No i Jarosław Kaczyński nie może go odwołać. Beatę Szydło może, sędziów Sądu Najwyższego – również. Jego – nie. Trzeba więc się dogadać.

Pamiętajmy, ekipa rządząca to koalicja różnych ugrupowań, różnych polityków, różnych sił. Wielkością Kaczyńskiego jest to, że potrafi nad tym zapanować, że utrzymuje równowagę. Rekonstrukcja rządu jest zatem ułożeniem obozu PiS na nowo, złapaniem nowej równowagi. Zmniejszeniem znaczenia radykałów, zwiększeniem wpływów Andrzeja Dudy, ale i takich ludzi jak Joachim Brudziński.

Zwróćmy uwagę na roszadę – szefem MON został dotychczasowy szef MSWiA Mariusz Błaszczak, a jego miejsce zajął dotychczasowy sekretarz generalny PiS Joachim Brudziński.

Błaszczak otrzymał zadanie – tak informują media – wyczyszczenia MON z ludzi Macierewicza. I pewnie będzie to robił, chociaż jak dowodzą przypadki kolejnych komendantów policji, ręki do kadr to on nie ma. Ciekawe też, jak odbierze swoje przesunięcie. Jako sygnał, że prezes mu ufa i rzuca go na najtrudniejsze odcinki? Czy – przeciwnie – jako oznakę, że Brudziński go wyprzedził? W strukturach państwa to jednak MSWiA daje większe możliwości, poprzez wpływ zarówno na policję, jak i na wojewodów.

Morawiecki – jastrząb to czy gołąbek?

Błaszczak, Brudziński, Ziobro, Gowin, „czuwający” nad wszystkim Kaczyński… Jak tak policzymy, okaże się, że Morawiecki będzie miał wpływ tylko na część swoich ministrów. Jego pole manewru będzie większe niż Beaty Szydło, lecz wciąż ograniczone.

Innymi słowy, może zmieni się forma, bo najbardziej agresywni ministrowie odchodzą i z największych awantur rząd zamierza się wycofać, ale czy zmieni się treść?

Prawda jest przecież taka, że Morawiecki może i wygląda łagodnie, ale w poglądach wiele od Macierewicza się nie różni. Sam przyznał, że chciałby chrystianizować Europę, a w Polsce zburzyć warszawski Pałac Kultury. W czasie wojny o sędziów tłumaczył w USA i w Europie, że trzeba ich wymienić, bo reprezentują dawny komunistyczny reżim (po 28 latach od jego upadku). W ich opluwaniu nie miał żadnych zahamowań.

Ekipa, którą sobie ułożył, również jest twardoprawicowa. Nowy minister zdrowia prof. Łukasz Szumowski podpisał „deklarację wiary”, jest przeciwnikiem obecnej ustawy antyaborcyjnej (bo za łagodna) i in vitro, jego poglądy plasują go bliżej Arabii Saudyjskiej niż Europy Zachodniej. Szef MSZ Jacek Czaputowicz wcale nie zamierza zatrzymać dotychczasowych czystek kadrowych, tylko chce je kontynuować.

Podobnie myśli Andrzej Duda, który blokował ambasadorskie nominacje Waszczykowskiego, gdy uznawał, że kandydat ma zbyt wiele wspólnego z czasami PRL albo Platformy Obywatelskiej.

Widać to było zresztą w jego stosunku do sądów – wetował lipcowe ustawy nie dlatego, że chciał bronić trójpodziału władzy, ale dlatego, że dawały one zbyt wiele władzy Zbigniewowi Ziobrze.

Tych wspólnych cech Morawieckiego i Dudy jest więcej. Obaj pochodzą z ortodoksyjnie katolickich domów. Ich ojcowie byli i są zaangażowani politycznie. Kornel Morawiecki jest posłem, Jan Duda – radnym sejmiku małopolskiego, a stryj Antoni – posłem. Pewne cechy zostały im zaszczepione bez wątpienia już w dzieciństwie.

Ich obecna pozycja jest więc wyraźnym sygnałem, że do głosu zaczyna dochodzić nowe pokolenie polskiej prawicy. Bardziej technokratyczne, lepiej niż poprzednicy znające świat, lepiej wyglądające, ale równie nieprzejednane w swoich poglądach.

Czy to oznacza, że możemy już składać Antoniego Macierewicza do politycznego grobu? Takie myślenie byłoby przedwczesne. Macierewicz jest niezatapialny. Ileż to razy wydawało się, że został ostatecznie skompromitowany, a tu nagle powracał. Trudno przypuszczać, że tym razem pogodził się z upokarzającą porażką. A będzie miał dużo czasu i możliwości, by recenzować następców.

PiS nie wchodzi zatem, jak pewnie chciałby Kaczyński, w okres spokoju i smakowania owoców władzy. Przeciwnie, można stawiać tezę, że PiS zaczyna się „polonizować”, że wchodzi w buty AWS, SLD i Platformy, czyli formacji, które – gdy wzięły wszystko – zaczęły się kłócić wewnętrznie i walczyć o inny podział tortu władzy.

To nieuchronne. Jeżeli Błaszczak ma czyścić MON z ludzi Macierewicza, rychło staną się oni jego najbardziej nieprzejednanymi wrogami. Jeśli ich zostawi – czy będzie mógł im ufać? Czy będą grać na niego, a nie na niedawnego szefa i dobroczyńcę?

Jak PiS ma tłumaczyć, że rezygnuje z wycinki Puszczy Białowieskiej, skoro miesiącami szło w zaparte i przekonywało, że kornik atakuje i że trzeba ciąć? Jak wyjaśnić wyjazdy Morawieckiego i Czaputowicza do Brukseli, skoro przez dwa lata była ona przedstawiana jako wróg i agresor? Dla twardego środowiska partii to wszystko będzie kapitulacją.

I jeszcze jedno. Polityka jest także sztuką kreowania wydarzeń, przyciągania uwagi. Można wiele mówić o Macierewiczu czy Waszczykowskim, ale oni tę uwagę przyciągali, mobilizowali swój elektorat. Ich następcy nie mają na to szans. Spokój, owszem, jest w polityce zaletą, ale nudziarstwo – już nie. To też nie ułatwi życia nowej ekipie.

Zwłaszcza że rusza ona bez błogosławieństwa Kaczyńskiego. Prezes nie był w Pałacu Prezydenckim podczas zaprzysiężenia nowych ministrów. Jakby się dystansował. Polityka toczy się dalej.


Kto zyskał, kto stracił na rekonstrukcji rządu?

Dr hab. Aleksander Hall,
polityk, historyk
Moim zdaniem rekonstrukcja rządu jest przede wszystkim zmianą wizerunkową, i to raczej na użytek zagranicy, czyli głównie Unii Europejskiej. Natomiast sprawa o podstawowym znaczeniu się nie zmieniła – decydentem w obozie władzy nadal jest nie premier, ale lider Prawa i Sprawiedliwości. Ponieważ struktura władzy została zachowana, raczej byłbym skłonny interpretować to, co się wydarzyło, przez pryzmat słów Jarosława Kaczyńskiego, wypowiedzianych wyraźnie w kontekście ustąpienia Macierewicza: cel się nie zmienił, ale droga do niego czasami bywa kręta.

Aleksander Smolar,
prezes Fundacji im. Stefana Batorego
Nie wiem, czy najbardziej interesującym aspektem zmian jest to, kto na nich wygrał, a kto przegrał. Istotniejsze wydają mi się intencje, jakie im przyświecały. Wygląda na to, że celem rekonstrukcji jest przejście do drugiego etapu rządów, czyli kontrrewolucji kulturalnej, jak nazwali to Kaczyński z Orbánem. Etap związany z podważaniem podstawowych instytucji państwa został prawie zakończony, pozostaje tylko problem mediów prywatnych. Jest z tym związana wola pewnej stabilizacji reżimu, z dwóch głównych powodów. Jeden jest zewnętrzny i wynika z zagrożeń, jakie pociąga za sobą samoizolacja Polski w UE, drugi to przygotowywanie się do wyborów, czyli próba przesunięcia wizerunku PiS ku centrum, do czego niezbędne jest wyeliminowanie najbardziej radykalnych wątków, języka i osób. I tutaj mamy odpowiedź, kto przegrał, przynajmniej na tym etapie. Moim zdaniem odcięcie się od ludzi takich jak Macierewicz nie jest bowiem definitywne, po prostu nie pasują oni do aktualnej strategii.

Marek Borowski,
senator niezależny
Powody rekonstrukcji wydają się dość czytelne. Po pierwsze, niekompetencja, nieumiejętność rozmowy w Unii Europejskiej, a także brak autorytetu wśród ministrów spowodowały, że wymiana pani Szydło, której rękami wcześniej wykonano „brudną robotę”, stała się konieczna. Po drugie, moim zdaniem Kaczyński już myśli o tym, jak będzie w przyszłości wyglądała jego partia. Wydaje mi się, że w jego przekonaniu przyszłym szefem PiS powinien być Morawiecki. Po trzecie, zaufanie prezesa do nowego premiera spowodowało, że miał on sporo do powiedzenia, jeśli chodzi o kształt rządu. Dodatkowo wspomagał go prezydent, w związku z czym Kaczyński zdecydował się wyrazić zgodę na daleko idące zmiany personalne. Trzeba powiedzieć, że przynajmniej z PR-owego punktu widzenia są to zmiany na lepsze. Trudno się martwić, że z rządu odeszli tacy szkodnicy jak Macierewicz, Szyszko i Waszczykowski albo tacy nieudacznicy jak Radziwiłł. Oczywiście ich zdymisjonowanie wymagało pewnej determinacji, dwaj pierwsi to przecież totumfaccy dyrektora Rydzyka. Kaczyński wydaje się jednak rozumieć, że jeśli chce przekonująco wygrać następne wybory, musi przejąć część centrowego elektoratu, co utrzymywanie w rządzie Macierewicza czy Szyszki by mu uniemożliwiło. Podsumowując: na zmianach wygrali Morawiecki i prezydent, przegrała frakcja radykalno-klerykalna, z „Gazetą Polską” włącznie. W konflikcie z UE to chyba jednak niewiele pomoże, dlatego główny cel rekonstrukcji raczej nie zostanie osiągnięty.

Dr Krzysztof Mazur,
Klub Jagielloński
Zdecydowanie najwięcej zyskał ten nurt w PiS, który można nazwać reformatorami. Do tej pory rząd był w dużej mierze oparty na kalkulacjach siły liderów poszczególnych frakcji, obecnie mamy dużo więcej ministrów, którzy nie są posłami. Mają za to doświadczenie menedżerskie, np. na stanowiskach wiceministrów, dlatego można powiedzieć, że nastąpiło pewne dowartościowanie sfery merytorycznej kosztem politycznej. Jakby zrozumiano, że dwa lata po wyborach Polacy oczekują rządzenia w formie tworzenia instytucji, a nie tylko osłabiania tych, które według PiS są dysfunkcjonalne. Zyski i straty podobnie wyglądają z perspektywy elektoratu. Osoby o silnej identyfikacji prawicowej tracą punkty odniesienia, wyraźny dyskomfort symboliczny powoduje zwłaszcza dymisja Antoniego Macierewicza. Natomiast zyskać mogą ci, którzy patrzą na politykę przede wszystkim przez pryzmat jej realnych efektów. Zapowiedź uczynienia ze służby zdrowia jednego z priorytetów i powołanie nowego ministra, który podobno jest sprawnym menedżerem z dużą odwagą wprowadzania zmian, może być jednym ze zwiastunów takiego zwrotu ku konkretom. To jednak oczywiście tylko spekulacja, bo czy tak się stanie, dopiero zobaczymy.

Not. Michał Sobczyk


Ścięte głowy
Antoni Macierewicz, minister obrony narodowej – przegrał wojnę z Andrzejem Dudą. Wojnę, która przybrała karykaturalne formy. Kontrwywiad wojskowy (kierowany przez ludzi Macierewicza), wszczynając śledztwo przeciwko gen. Jarosławowi Kraszewskiemu odpowiedzialnemu w prezydenckim Biurze Bezpieczeństwa Narodowego za kontakty z armią, sparaliżował pracę BBN. W zamian prezydent przestał podpisywać nominacje generalskie, czym sparaliżował politykę kadrową szefa MON. Wreszcie Duda zażądał dymisji Macierewicza i zagroził, że jeżeli do niej nie dojdzie, nie podpisze nominacji nowych ministrów, a przynajmniej będzie to przeciągał. Okazało się, że rekonstrukcja rządu wymaga zgody trzech – Jarosława Kaczyńskiego, premiera i prezydenta.

Konstanty Radziwiłł, minister zdrowia – pamiętamy go jako agresywnego działacza związkowego. W fotelu ministerialnym przeżył przemianę, zdezorganizował i tak już fatalnie działającą służbę zdrowia. Skompromitował się konfliktem z lekarzami rezydentami.

Jan Szyszko, minister środowiska – premier Morawiecki w swoim exposé zapowiedział, że uzna wyrok ETS w sprawie Puszczy Białowieskiej. To był sygnał, że już po Szyszce. Że nowa ekipa nie zamierza wikłać się w jego wojny.

Anna Streżyńska, minister cyfryzacji – nie miała zaplecza politycznego, więc jej kompetencje zostały rozdrapane przez MON i MSWiA. Ciało obce w rządzie.

Witold Waszczykowski, minister spraw zagranicznych – przez dwa lata starał się podpiąć politycznie pod kogoś w PiS, ale mu się nie udało. Broniła go tylko Beata Szydło, którą publicznie komplementował i przyrównywał do Angeli Merkel. Antydyplomata, regularnie wywoływał skandale i awantury. Gdy Szydło odeszła, nikt już go nie bronił.

Andrzej Adamczyk, minister infrastruktury – od miesięcy główny kandydat do dymisji. Głównie ze względu na niedziałający program Mieszkanie+. Ostatecznie przeżył, choć zabrano mu nadzór nad sprawami mieszkalnictwa. Chyba się z tego cieszy.

Nowi
Mariusz Błaszczak, minister obrony narodowej – uznajmy go za nowego. Nie wiemy, czy przejście z MSWiA do MON to dla niego awans, czy upadek. W każdym razie ma uporządkować sprawy resortu obrony. Z policją wychodziło mu marnie. Ale tym razem poprzeczka jest bardzo nisko. Wystarczy, że nie będzie szalał.

Joachim Brudziński, minister spraw wewnętrznych – wielki wygrany. Dostaje do ręki nadzór nad policją, CBŚ i nową służbą ochrony. A także nad wojewodami. Druga osoba w rządzie, i to niezależna od premiera.

Jacek Czaputowicz, minister spraw zagranicznych – przyszedł do MSZ w początkach lat 90. w roli inkwizytora. Nie powiodło mu się, wybrał drogę naukowca, ale bliskiego polityce. Jaką twarz pokaże teraz? (Więcej o nim na s. 61).

Henryk Kowalczyk, minister środowiska – był przewodniczącym Komitetu Stałego Rady Ministrów, jednej z najważniejszych komórek rządu. Teraz zastępuje Jana Szyszkę – z zadaniem, jak można się domyślać, posprzątania po poprzedniku i uspokojenia sytuacji. Już zapowiedział, że będzie respektował europejskie wyroki. Dobre i to. Poza tym zaangażowany w działalność Akcji Katolickiej i Ruchu Światło-Życie. Ale to chyba mało zaskakująca informacja.

Prof. Łukasz Szumowski, minister zdrowia – minister z łapanki, o swojej nominacji dowiedział się dzień przed zaprzysiężeniem. Kardiolog, był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Pracował tam m.in. nad projektem Instytutu Biotechnologii Medycznej. Poza tym niczym wcześniej nie kierował. Ale powinien pasować do nowej ekipy – podpisał bowiem „Deklarację wiary lekarzy katolickich…” autorstwa Wandy Półtawskiej. Sygnatariusze tej deklaracji odmawiają dokonywania zabiegów in vitro, aborcji, eutanazji, a także przepisywania środków antykoncepcyjnych. Obrońcy Szumowskiego tłumaczą, że jest kardiologiem, więc w jego przypadku to pusty gest. A w przypadku ministra zdrowia?

Ekipa gospodarczaTeresa Czerwińska została ministrem finansów, Jadwiga Emilewicz objęła resort przedsiębiorczości i technologii, a Jerzy Kwieciński – inwestycji i rozwoju. Zaplecze Mateusza Morawieckiego. To on będzie ich rozliczał.

Wydanie: 3/2018

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. SONIA
    SONIA 17 stycznia, 2018, 10:20

    a dlaczego łone nie modlą się do jednego bozia ???

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy