Sąsiedzkie sprawy

Sąsiedzkie sprawy

W Niemczech wciąż odczuwalne są konflikty między Wschodem a Zachodem. Zjednoczenie to nie był jednorodny, spokojny proces


Daniel Brühl – aktor niemiecko-hiszpański, reżyser filmu „Jedenaste: znaj sąsiada swego”


Pana reżyserski debiut rozpisany jest na dwa głosy – cenionego aktora, który negocjuje dużą rolę w zagranicznej produkcji, i mieszkającego w sąsiedztwie zgorzkniałego, starszego mężczyzny. Ten drugi uważa, że wszystko, co dobre w życiu, ma już za sobą. Przypadkowe spotkanie w barze to zderzenie dwóch porządków: spojrzenia na życie, karierę czy nawet zjednoczenie Niemiec. Pana film dowodzi, że dobrze jest znać swoich sąsiadów.
– Jestem bardzo ciekawy, co powiedzą moi sąsiedzi, kiedy zobaczą ten film. Bruno, postać raczej niesympatyzująca z głównym bohaterem (w niego zaś wciela się sam Brühl – przyp. aut.), ma w sobie coś z ludzi, których widuję czasem w sąsiedztwie. Choć nie w tym najbliższym otoczeniu. Mieszkam w dość typowym miejscu w Berlinie, bez większych ekstrawagancji. Na pewno nie jest to luksusowy apartament, w jakim mieszka z rodziną mój bohater. To jedno z mieszkań skupionych wokół wspólnego podwórka. Miejsce, gdzie ludzie żyją w niewielkiej odległości od siebie, nierzadko na siebie wpadają na klatce schodowej. Temat sąsiadów i sąsiedztwa od dawna mnie fascynował. Często przecież mieszkasz całe dekady obok kogoś, pod kimś lub nad kimś i praktycznie nic o nim nie wiesz. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy zamknięci jesteśmy w czterech ścianach własnego mieszkania. W tym kontekście ważne było też tło opowieści, rejony dawnego Berlina Wschodniego. To dość specyficzne miejsce.

W jakim sensie?
– Przybyłem tu jakieś 20 lat temu, kiedy wraz z Wolfgangiem Beckerem kręciłem „Good Bye Lenin!” (2003). Opowieść o mistyfikacji, wedle której mur berliński wcale nie został zburzony, a w Niemczech dalej obowiązuje podział na NRD i RFN. Mimo tak długiego czasu wciąż mam poczucie, że trudno byłoby mi powiedzieć o sobie: Ich bin ein Berliner. Mogę sobie na to pozwolić jedynie w mocno sprzyjających okolicznościach. Przed pandemią lubiłem od czasu do czasu przejść się do jakiegoś typowego baru we wschodniej części miasta. Można tam się poczuć jak w westernie. I bardzo szybko nabiera się przekonania, że nie jest się stąd. Nawet mimo wszystkich lat, które spędziłem w tym mieście. Nieważne, jak bardzo starałbym się zaadaptować i opanować specyficzny akcent, ludzie z dawnego wschodniego Berlina natychmiast wyczują, usłyszą, że jestem obcy. Kwestia tożsamości, tła społecznego i pytania: „Skąd jesteś?” były dla mnie fascynujące i tak zrodził się pomysł na tę historię.

Pan, co ciekawe, nie urodził się w Berlinie – ani wschodnim, ani zachodnim. Przyszedł pan na świat w Barcelonie.
– I właśnie tam pojawiła się ta idea. Początkowo chciałem nakręcić film w Hiszpanii, lecz zdecydowałem się przenieść historię do Berlina. Uznałem, że będzie ona lepiej pasowała do tego miejsca, także w kontekście historycznym, ale i zmian, które zaszły w mieście od czasów upadku muru berlińskiego.

Wydarzenia nie przez wszystkich postrzeganego pozytywnie, czego przykładem Bruno. Sfrustrowany, rozczarowany rzeczywistością podstarzały mężczyzna. W wielu krajach, również w Polsce, transformacja ustrojowa miała swoje ofiary – ludzi zapomnianych, zepchniętych na margines, którzy nie odnaleźli się w kapitalizmie.
– Z racji tego, że przedstawiam tę historię z mojej perspektywy, obawiałem się, że bohater z Niemiec Wschodnich z założenia postrzegany będzie jako zło wcielone. Mózg Stasi, Mefisto i wszystko, co najgorsze. A to jedna z tych osób, których biografia naznaczona jest niepowodzeniami. Poznałem wiele takich historii, czy to w samym Berlinie, czy w mniejszych ośrodkach. Ludzi, którzy po zjednoczeniu Niemiec nie potrafili znaleźć swojego miejsca. Czuli się niepotrzebni, pozostawieni samym sobie, pozbawieni narzędzi, by odnaleźć się w nowej dla nich sytuacji. Wciąż zresztą odczuwalne są konflikty między Wschodem a Zachodem. Zjednoczenie to nie był jednorodny, spokojny proces. Nawet wśród sąsiadów widzę zwolenników dawnego porządku i przekonuję się, jak bardzo się od siebie różnimy. Wydaje mi się, że mnie lubią i akceptują, ale może po prostu dobrze udają? Bruno jako postać demaskuje też pewną fasadowość dzisiejszej rzeczywistości. Myślisz, że masz wspaniałe życie – rodzinę, mieszkanie, układa ci się w pracy. Nagle znikąd pojawia się obcy i niespodziewanie przebija ten nadmuchany balonik.

To też chyba klasyczny dysonans pomiędzy uprzywilejowanymi a tymi, którzy czują się pokrzywdzeni. Zwłaszcza w kontekście znanych ludzi, a pan jako ceniony aktor do nich przecież się zalicza. Żyjemy w takich czasach, że albo ich się kocha, albo nienawidzi.
– Zdecydowanie. Wiele zarzutów czy przykrych słów, które w filmie wypowiada Bruno, to rzeczy, jakie usłyszałem w prawdziwym życiu. To w ogóle była chyba jedna z pierwszych lekcji zawodowych, jakie odebrałem: że istnieje cena tego, że chce się być aktorem. Przez cały czas jesteśmy oceniani, bardzo często krytykowani.

I to dzisiaj przez ludzi schowanych na ogół za ekranem komputera bądź smartfona.
– W dobie mediów społecznościowych urosło to do chorych rozmiarów. Za sprawą telefonów ludzie stracili dystans, maniery i dobre wychowanie. Mam wrażenie, że dużo częściej przekraczają granice. Nie chodzi mi wyłącznie o hejt i te negatywne rzeczy, myślę tu o pewnej utracie wrażliwości i wyczucia.

To znaczy?
– Dziś nikt się nie przejmuje tym, czy akurat jesteś gdzieś z dziećmi bądź jesz obiad w restauracji. Niemcy, ze swoim osobliwym czarem, powiedzą ci czasem wprost i zupełnie nie bacząc na okoliczności, że jesteś do bani (śmiech). Jestem w połowie Hiszpanem i muszę przyznać, że tam nigdy mi się to nie zdarzyło. Nawet jeśli ktoś nie darzy cię sympatią, nie okazuje tego w tak bezpośredni i często przykry sposób. Albo nie uderza personalnie, koncentrując się wyłącznie na krytyce twojej pracy. Co też jest wartościowe, bo dobrze znać opinie innych. W Berlinie doświadczyłem niestety wielu nieprzyjemnych sytuacji na gruncie osobistym.

Często postrzegamy aktora przez pryzmat ról, zapominając, że jako człowiek może być zupełnie inny. Zdarzało się to panu?
– Niektóre role, czy to pod względem doświadczeń życiowych, czy charakterologicznym, są nam, aktorom, bliższe. W moim przypadku tak było z postacią Nikiego Laudy, w którą wcieliłem się w filmie „Wyścig” (2013) Rona Howarda. To jednak wcale nie oznacza, że młody, cierpiący na schizofrenię mężczyzna, którego grałem na początku kariery, to ja. Zresztą i w tym filmie, choć główny bohater jest aktorem i dzieli ze mną niektóre doświadczenia, nie postrzegam go jako alter ego. W ogóle bardzo często dziwiła mnie potrzeba niektórych ludzi powiedzenia ci czegoś niemiłego prosto w twarz. Co więcej, widać było, że czerpali z tego satysfakcję, poczuli się po tym lepiej. Pół żartem, pół serio – może ten film jest dla mnie rodzajem rewanżu. Albo chociaż pokazaniem szerszej publiczności niektórych sytuacji, z którymi przyszło mi się mierzyć jako zawodowemu aktorowi.

Rozumie pan w jakimś sensie tych ludzi?
– Poniekąd. Wychowałem się w Niemczech Zachodnich, w Kolonii. Tym, co najbardziej mi się tam podobało, było mieszanie się ludzi z zupełnie różnych środowisk. Ulice zamieszkane przez klasę pracującą sąsiadowały z tymi zajmowanymi przez klasę wyższą. Dorastałem zatem w społeczno-kulturowym tyglu i naturalny był dla mnie kontakt z różnymi ludźmi. Za sprawą „Good Bye Lenin!” w młodym wieku osiągnąłem duży sukces. Miałem 25 lat i mogłem prowadzić beztroskie życie dzięki temu, co wtedy zarobiłem. Pamiętam jednak, że od tamtej chwili, niezależnie od tego, gdzie mieszkałem – czy przeprowadziłem się do Berlina, czy do Barcelony – czułem się jak „szczęśliwy najeźdźca”. To była zupełnie inna rzeczywistość niż ta, którą znałem z domu rodzinnego. Nie chciałem być postrzegany jako wróg, osoba przyczyniająca się do procesu gentryfikacji, ale jako młody, beztroski, względnie majętny człowiek siłą rzeczy trochę tak się czułem.

To zresztą jeden z głównych problemów związanych z tkanką miejską. Gdy jakaś dzielnica staje się modna, tzw. lokalsi, tworzący tę tkankę od lat, nieraz ze względów ekonomicznych są zmuszani do wyprowadzki.
– To może zabrzmieć zabawnie, ale przypominam sobie momenty, gdy w Barcelonie desperacko starałem się wtopić w środowisko i stać się częścią miejskiej tkanki. Zawsze trzymałem w ręku klucze do mieszkania. Tak by wszyscy je widzieli i by ktoś przypadkiem nie pomyślał, że jestem przejazdem i mogłem zatrzymać się w hotelu. Z jednej strony, było to dość dziecinne, z drugiej – wyrażała się w tym silna potrzeba przynależności, pokazania ludziom, że jestem częścią grupy. Myślę, że temat tożsamości lokalnej do pewnego stopnia ukształtował mnie jako człowieka i artystę. Nie ma chyba przypadku w tym, że właśnie ten temat obrałem na reżyserski debiut, o którym zresztą myślałem od dawna. Jak wspomniałem, wciąż są w Berlinie miejsca, gdzie czuję się jak przybysz z zewnątrz, obcy. A mieszkam tu już ponad 20 lat. Chciałem też w tym filmie uchwycić swoją perspektywę spojrzenia na znane mi miejsca. Bo one przez ostatnie dwie dekady bardzo się zmieniły. I kto wie, czy w najbliższej przyszłości postępujący proces gentryfikacji nie położy na szali tego, czy sąsiedzi z dawnego wschodniego Berlina wciąż tu będą, czy nie zostaną zmuszeni do przeprowadzki.


Daniel Brühl – rozpoznawalność przyniosła mu główna rola w komedii „Good Bye Lenin!” (2003) Wolfganga Beckera, za którą odebrał m.in. Europejską Nagrodę Filmową. Współpracował z Paulem Greengrassem w „Ultimatum Bourne’a” (2007), Quentinem Tarantino w „Bękartach wojny” (2009) czy Ronem Howardem w „Wyścigu” (2013).


Fot. Aurora Films

Wydanie: 10/2022

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy