Silni wizerunkiem

Silni wizerunkiem

Pandemia udowodniła, że wysoka pozycja na arenie międzynarodowej nie musi zależeć od liczby czołgów i rakiet

Zestawienia analizujące tzw. miękką siłę państw w stosunkach międzynarodowych w ubiegłym roku podkreślają, że pojawienie się globalnej zarazy wywróciło tradycyjny porządek rzeczy do góry nogami. Od lewa do prawa, od analiz konserwatywnych amerykańskich think tanków po felietony w liberalnych dziennikach i skomplikowane numeryczne analizy korporacji finansowych czy firm doradczych, panuje mniej lub bardziej wyraźny konsensus: w 2020 r. sposób, w jaki dane państwo radziło sobie (lub nie radziło) z zarządzaniem kryzysowym w czasie pandemii, najmocniej wpływał na jego postrzeganie przez inne kraje. Choć oczywiście wiele elementów wchodzących w skład zarządzania kryzysowego jest bezpośrednio skorelowanych z wielkością budżetu czy liczebnością i sprawnością krajowej armii, po raz pierwszy od wielu lat, być może pierwszy raz od powstania koncepcji soft power, to nie strzelby, sztabki złota ani liczba wyprodukowanych w Hollywood filmów decydowały o tym, które państwo stawialiśmy sobie za wzór.

Zanim jednak przejdziemy do analizy obecnego globalnego układu sił w wywieraniu kulturowego, politycznego i ekonomicznego wpływu na arenie międzynarodowej, warto zadać pytanie, co tak naprawdę powinno być poddane ocenie. Margaret Seymour, była oficer wywiadu amerykańskiej marynarki wojennej, obecnie badaczka na Uniwersytecie Missouri, zwraca uwagę, że pozycję danego państwa buduje się i następnie mierzy za pomocą dwóch podstawowych czynników. Pierwszy to pomiar efektywności (ang. Measure of Effectiveness, MOE), a drugi – pomiar wydajności (ang. Measure of Performance, MOP). Dotyczą one inicjatyw w polityce zagranicznej prowadzonych przez dane państwo. Jak pisze sama Seymour, przynajmniej teoretycznie powinny one odpowiadać na pytania: „Czy to, co robimy, robimy we właściwy sposób?” (MOE) oraz „Czy w ogóle robimy właściwe rzeczy?” (MOP). Jeśli odpowiedzi w obu tych kwestiach są twierdzące, oznacza to, że państwo wykorzystuje swój potencjał globalnie.

Oczywiście jest to tylko i wyłącznie model analityczny. Trudno uniwersalnie stosować go do wszystkich krajów na świecie, również dlatego, że – jak podkreśla brytyjski historyk Timothy Garton Ash – żyjemy w czasach ogromnego rozproszenia centrów władzy, kiedy instytucje publiczne niekoniecznie odgrywają już główną rolę w porządkowaniu globalnej rzeczywistości. Zamiast tego wizerunek krajów kształtują często prywatne firmy, niejednokrotnie nawet potężniejsze od władz publicznych, bogatsze i mające większą moc sprawczą. Dlatego analizując miękką siłę poszczególnych nacji, również je trzeba brać pod uwagę.

Żeby sprawę dodatkowo skomplikować, analizy zakończonego roku nie da się jednoznacznie przeprowadzić w żadnym z tych paradygmatów. W niektórych przypadkach, jak Stany Zjednoczone, właśnie władze publiczne były źródłem największych problemów dla narodowej reputacji. Prywatne firmy próbowały je rozwiązać, jednak w czasach pandemii, kiedy wszyscy mimowolnie znów spojrzeliśmy w kierunku administracji państwowej jako potencjalnego wybawcy od zarazy, to państwa były w centrum naszej uwagi. Jednak tam, gdzie i urzędnicy, i przedsiębiorcy spisali się relatywnie dobrze w czasach kryzysu, sukcesy na jednej płaszczyźnie wzmacniały przekaz triumfów na drugiej.

Tak było chociażby z Niemcami, które w 2020 r. stały się globalną marką numer dwa, najlepiej ocenianą w Europie. Analitycy z firmy Brand Finance zajmującej się badaniem wizerunku państw i projektowaniem kampanii publicznych dla rządów podkreślają, że w dobie ogólnoświatowego kryzysu rząd w Berlinie imponował merytorycznością i konsekwencją działań, transparentnie komunikował je obywatelom, unikając przy tym zbędnego szumu informacyjnego oraz paniki. Chociaż Angela Merkel szybko wprowadziła restrykcyjny reżim sanitarny, dość długo go też utrzymywała, nie przełożyło się to na osłabienie jej poparcia politycznego w kraju. Co więcej, Niemcy stanowiły też punkt oparcia dla całej Europy, nierzadko pogrążonej w decyzyjnym chaosie. Berlin zyskał jeszcze w drugiej połowie roku, obejmując prezydencję w Radzie Unii Europejskiej. To właśnie w tym okresie, a więc kiedy szefowa niemieckiego rządu jednocześnie przewodziła w praktyce całej Wspólnocie, osiągnęła ona dwa największe sukcesy.

Po pierwsze, Merkel udało się spacyfikować, przynajmniej do pewnego stopnia, autorytarne zapędy Polski i Węgier, odblokowując tym samym uchwalenie nowego budżetu unijnego i uruchomienie pandemicznego funduszu odnowy gospodarczej. Po drugie, dwie Niemki, Angela Merkel i przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, doprowadziły do rozpoczęcia w Unii  szczepień na COVID-19, co w opinii wielu było „początkiem końca” pandemii. Jakby tego było mało, pierwsza wprowadzona do dystrybucji szczepionka pochodziła właśnie z Niemiec; wynaleźli ją naukowcy z założonej w Moguncji firmy BioNTech. Oni sami z kolei są żywym dowodem na skuteczność niemieckiej polityki imigracyjnej w ostatnich dekadach. Uğur Şahin i Özlem Türeci to małżeństwo pochodzących z Turcji naukowców, które osiedliło się na stałe w Niemczech, tam też zyskało kwalifikacje do osiągnięcia późniejszego szczepionkowego sukcesu. Jednym słowem, jeśli ktokolwiek zyskał na pandemicznych zawirowaniach, była to projektowana przez Niemcy wizja współczesnego prowadzenia państwa, czyli merytokratycznego zarządzania wielokulturowym społeczeństwem.

Na przeciwległym biegunie w ostatnim roku znalazły się Stany Zjednoczone, przez koronawirusa całkowicie sparaliżowane. Kompletna klęska, jaką okazało się podejście Donalda Trumpa do pandemii, osłabiła amerykańską markę, ale nie na tyle, by strącić ją z pierwszego miejsca globalnych rankingów. Analitycy są jednak zgodni, że prymat USA utrzymuje się już tylko siłą rozpędu. Poparcie dla tamtejszego modelu życia społecznego, demokratycznych norm oraz swobód gospodarczych spada na całym świecie. Anne Applebaum, amerykańska dziennikarka, laureatka Nagrody Pulitzera, pisze o zmierzchu dominacji amerykańskiego modelu demokracji, a Ed Yong, dziennikarz naukowy magazynu „The Atlantic”, przez wielu uznawany za dziennikarza roku za oceanem, zauważa, że w 2020 r. Stany Zjednoczone były dla świata raczej obiektem drwin niż podziwu. Paradoksalnie, jak podkreśla Ibram Kendi, redakcyjny kolega Yonga i ekspert od zagadnień nierówności rasowych, ten nadszarpnięty wizerunek podreperowały protesty ruchu Black Lives Matter po śmierci George’a Floyda. Choć często były brutalnie pacyfikowane przez siły porządkowe, a sam fakt nieuzasadnionej brutalności policji wobec czarnoskórych obywateli budził szok, fala wyraźnie pokojowych demonstracji wzmocniła wizerunek Ameryki jako miejsca, w którym ludzie mogą mimo wszystko swobodnie wychodzić na ulicę i walczyć o prawa obywatelskie. Oczywiście analizy te dotyczą roku 2020, gdyby bowiem rozciągnąć je na pierwsze dni stycznia, byłyby pewnie dla USA znacznie mniej przychylne. Atak protrumpowskich bojówek na Kapitol uderzył w stabilność tamtejszego systemu i sceny politycznej, a sama Applebaum pisała, że teraz to Ameryka musi brać przykład ze świata, a nie świat z Ameryki.

Pozostałe wnioski z raportów Brand Finance, Carnegie Europe czy Foreign Policy Research Institute również koncentrują się na reakcji państw na pandemię i często skorelowane z nią manifestacje społecznego niezadowolenia. Bardzo osłabła soft power Francji, która pod rządami Emmanuela Macrona zyskuje wizerunek opresyjnego państwa chroniącego brutalną policję i nieradzącego sobie z napływem migrantów. Ograniczenia w podróżowaniu i brak turystów sprawiły z kolei, że mniej osób odczuło na sobie czar i urok francuskiej kultury, historii i architektury. Z tego względu niżej w rankingach jest też Hiszpania, której – podobnie jak Włochom – bardzo zaszkodził status państwa najmocniej w Europie dotkniętego pandemią. Obrazy pustych ulic Madrytu, tak samo jak zdjęcia wojskowych ciężarówek wywożących trumny z włoskiego Bergamo, budziły z pewnością współczucie globalnej społeczności, ale nie zachęcały do ponownych odwiedzin.

Bardzo dużo wysiłku w odbudowanie swojego wizerunku międzynarodowego włożyły Chiny, szybko uznane przez większość globu za sprawcę pandemii. Straty poniesione w krajach rozwiniętych, zwłaszcza w Europie i USA, Pekin próbuje równoważyć poszerzaniem miękkiej siły w krajach globalnego Południa. Nie zaprzestał bowiem ambitnych inwestycji infrastrukturalnych w Afryce i Azji, prowadzonych w ramach inicjatywy Nowego Jedwabnego Szlaku. Wyprodukował też własną szczepionkę, niemal od razu przeznaczając ją do dystrybucji właśnie w krajach rozwijających się. Chiny chcą więc być potęgą „reszty świata”, odpuszczając obszar Atlantyku. Dopiero za kolejne kilkanaście lat będzie można oceniać zasadność tej strategii. Już teraz widać jednak, że o jej sukcesie, prędzej niż kampania militarna czy finansowa, zadecyduje kampania szczepionkowa.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. East News

Wydanie: 5/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy