Sam strach przed wyższymi cenami może je nakręcać

Sam strach przed wyższymi cenami może je nakręcać

Kto raz przeżył hiperinflację, nie zapomina jej nigdy Prof. Beata Javorcik – główna ekonomistka Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, specjalizuje się w zagadnieniach handlu międzynarodowego. Jest profesorem ekonomii na Uniwersytecie Oksfordzkim (aktualnie na urlopie naukowym) i członkinią Royal Economic Society.   Choć przez ostatnie kilkanaście miesięcy obawialiśmy się w Polsce i na świecie kryzysu wywołanego pandemią, dziś w naszym kraju rzuca się w oczy tak naprawdę jeden aspekt tego zjawiska – inflacja. Boimy się rosnących cen i kosztów życia, podwyżek opłat za niezbędne usługi, szalejącej drożyzny. Słusznie? – Inflacja jest dziś zagrożeniem i w Polsce, i w wielu innych krajach, także w strefie euro. Dlaczego jednak w krajach naszego regionu inflacja może się okazać problemem poważniejszym? Ano dlatego, że każdy obywatel powyżej 50. roku życia pamięta hiperinflację lat 90., obawy inflacyjne wracają szybciej. W Ameryce np. mniej osób pamięta inflację z lat 70. i początku 80. Zresztą i tak była ona niższa niż ta, którą my pamiętamy. A jeśli ludzie spodziewają się inflacji, to ona będzie. Na czym polega ten mechanizm? – Jeżeli oczekuję, że inflacja do końca roku wzrośnie, a podpisuję umowę na sprzedaż towarów czy usług, w moim interesie jest zawrzeć w takim kontrakcie klauzulę, że będę mogła tę cenę podnieść. Analogicznie, gdy wynajmuję biuro czy mieszkanie. Jeśli ceny idą w górę, niechętnie wynajmę lokal na długi okres. A jeśli tak, to z zastrzeżeniem, że należność za wynajem może wzrosnąć. Ludzie, którzy oczekują wyższych cen, zaczynają się zachowywać, jak gdyby te wyższe ceny już obowiązywały. Bo nikt nie chce na tym zjawisku stracić i podpisać kontraktu, który mógłby być niekorzystny. Sam strach przed wyższymi cenami może więc je nakręcać. Część publicystów, ekonomistów i ekspertek – tak się składa, że zarówno młodszych, jak i bardziej lewicowych – przekonuje jednak, że inflacja nie jest takim problemem, jak się wydaje, i mamy poważniejsze zmartwienia. To spór ekonomiczny czy pokoleniowy? – Badania naukowe pokazują, że wspomnienia o inflacji znikają po ok. 10 latach. Ale wspomnienia o hiperinflacji nie znikają nigdy – obawy zostają z nami do końca życia. W tym sensie to rzeczywiście różnica pokoleniowa. W realiach odbudowy po pandemii nikt z kolei nie chce być tym, który „jako pierwszy wyniesie drinki z imprezy” – czyli zadziała przeciwko wzrostowi cen kosztem schłodzenia gospodarki. A taki właśnie wybór mają banki centralne. Ale za kryzys lub drożyznę wyborcy i tak będą winić polityków i rządzących, a nie banki centralne. – Oczywiście, wiemy z wielu krajów, także ze Stanów Zjednoczonych, że łatwiej o reelekcję, gdy jest dobra koniunktura. Prawdą jest, że wyborcy nie zawsze odróżniają instytucje niezależne, takie jak banki centralne, od polityki rządów. Podobnie jak niekoniecznie wiedzą, że recesja może zostać wywołana czynnikami zewnętrznymi. A czy to, jak dziś wygląda gospodarka, mieści się w granicach prognoz EBOiR, czy przeciwnie – skutki lockdownów połączone z inflacją dają więcej powodów do zmartwień? – Odbicie gospodarcze w Polsce, przynajmniej kiedy spojrzymy na liczby i prognozy, idzie całkiem nieźle. Prognoza wzrostu gospodarczego dla Polski wynosi w tym roku 5%, w przyszłym 4,8%. Jakie mamy zagrożenia dla tego odbicia? O pierwszym, czyli inflacji, już powiedzieliśmy. Drugie to wariant delta – czyli kolejna fala koronawirusa. Rządy będą rozliczane za to, jak sobie poradzą – lub nie poradzą – z kolejną falą pandemii. Widzimy przecież stosunkowo mały odsetek zaszczepionych. I to mimo że szczepionki są. Odsetek zaszczepionych w Polsce jest dużo mniejszy niż w Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii. Ale czy istnieje zależność między tym, ilu ludzi się zaszczepiło, a tym, jak wygląda odbicie gospodarcze w poszczególnych krajach? – Jeszcze za wcześnie, by taką zależność było widać. Spójrzmy więc na coś prostszego. Nie chcemy dopuścić do sytuacji, w której służba zdrowia nie będzie w stanie pomóc chorym. Niewielki procent zaszczepionych oznacza, że więcej ludzi będzie wymagało respiratorów, hospitalizacji. A służba zdrowia nie będzie w stanie sobie poradzić. By zapobiec kolejnemu lockdownowi, trzeba zaszczepić jak najwięcej osób. Na razie wzrost liczby zachorowań w Wielkiej Brytanii nie przekłada się na tak samo duży wzrost

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2021, 39/2021

Kategorie: Kraj