Szaleństwo

Szaleństwo

Do biura poselskiego PiS w Łodzi wtargnął napastnik, który zastrzelił jednego pracownika, a nożem ciężko poranił drugiego. Zatrzymany, śmiejąc się, wyjawił, że chciał właściwie zabić Jarosława Kaczyńskiego. Jak dotąd stosunkowo niewiele wiemy o zabójcy. Ale nawet z tego, co wiemy, możemy wyciągnąć wniosek, że był to szaleniec. Hipotezę tę wzmacnia fakt, że został on natychmiast skierowany na badania psychiatryczne. Sąd na wniosek prokuratury orzekł wobec niego trzy miesiące aresztu tymczasowego. Łatwo przewidzieć najbliższe wydarzenia. Zabójca zostanie prawdopodobnie skierowany na obserwację psychiatryczną. Jeśli tak się stanie, będzie to znaczyło, że badający go psychiatrzy (co najmniej dwóch) podejrzewają chorobę psychiczną. To podejrzenie uzasadniają także inne strzępy informacji o zabójcy, które dotarły do opinii publicznej. Były taksówkarz, który ostatnio nie wiadomo czemu wyprowadził się z Częstochowy, nie wiadomo po co pojechał do Łodzi, tam mieszkał najpierw w jednym hotelu, potem w drugim. Po zatrzymaniu mówił, że chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego, ale nie wiadomo dlaczego szukał go akurat wbrew logice w Łodzi. W chwili zatrzymania był nie tylko spokojny, ale nawet wesoły. Prędzej czy później opinia publiczna dowie się o pełnej diagnozie psychiatrycznej tego zabójcy i o stanie jego poczytalności.
Zabójstwa dokonane przez rozmaitych szaleńców są czymś normalnym w kazuistyce kryminalnej. Każdego roku takich zabójstw dokonanych przez szaleńców jest w świecie wiele. Realizują oni rozmaite urojenia, czasem mszczą jakieś urojone czy tylko wyolbrzymione krzywdy. Czasem ich ofiarami są dzieci w szkole, czasem studenci na uczelni, czasem przypadkowi przechodnie. Gdy szaleniec dysponuje bronią palną, ofiar z reguły jest więcej niż jedna. Często ofiarą szaleńca pada osoba publiczna, która dla zamachowca jest uosobieniem przyczyn prawdziwej czy urojonej krzywdy, jaka go spotkała. Na początku lat 90. ofiarą szaleńca padł gen. Jaruzelski, uderzony przez zamachowca kamieniem w twarz, parę lat później abp. Życiński zaatakowany nożem w Pradze, zupełnie niedawno włoski premier Berlusconi. Na szczęście żaden z tych zamachów nie skończył się śmiercią ofiary. Szaleńcy próbowali atakować papieży: oszalały ksiądz rzucił się kiedyś na Jana Pawła II, stosunkowo niedawno chora psychicznie kobieta, mimo sprawnej i szczelnej ochrony, rzuciła się na Benedykta XVI i przewróciła go na ziemię.
Każde zabójstwo jest tragedią ofiary i jej najbliższych. Tak było i tym razem. W lokalu biura poselskiego w Łodzi rozegrała się ludzka tragedia. Stracił życie przypadkowy niewinny człowiek, drugi został poważnie ranny.
Czy takim zamachom można skutecznie zapobiegać? Łatwiej zapobiegać zamachom czy zabójstwom planowanym z rozmysłem niż tym motywowanym irracjonalnie. Kto wpadłby na pomysł, aby chronić bezpieczeństwo Jarosława Kaczyńskiego akurat w łódzkim biurze PiS?
Stało się nieszczęście. Tym razem nie w szkole, nie w przedszkolu, nie na uniwersytecie, ale w biurze poselskim. Kto mógł to przewidzieć? Kto mógł temu zapobiec?
Natychmiast po tym tragicznym zdarzeniu prezes PiS Jarosław Kaczyński zwołał konferencję prasową, na której winą za czyn szaleńca obciążył Platformę Obywatelską i personalnie premiera. To rzekomo Platforma od dawna okazując nienawiść do PiS, szczuje społeczeństwo na tę partię i jej członków. To z nienawiści Platformy i jej agresywnego języka politycznego zrodził się jako prosta konsekwencja czyn szaleńca. Teraz każda krytyka poczynań PiS będzie traktowana jako podżeganie do kolejnych zabójstw.
Tę wypowiedź prezesa PiS telewizja nie tylko transmitowała na żywo, ale powtórzyła jeszcze niepoliczalną ilość razy w rozmaitych serwisach informacyjnych i programach publicystycznych.
Pytany o tę wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego platformiany wicemarszałek Niesiołowski mówi do kamery, że problem Kaczyńskiego jest problemem psychiatrycznym, nie politycznym.
Wszystkie telewizje, i te publiczne, i komercyjne, już od rana zapraszają do studia i przed kamery w Sejmie posłów PiS i Platformy, o których z góry wiadomo, co powiedzą, i ich coraz bardziej emocjonalne wypowiedzi transmitują na żywo, a jeśli się trafi jakaś szczególnie emocjonalna, to powtarzają we wszystkich serwisach. Oczywiście nie ma to zupełnie nic wspólnego z misją informowania, bo co więcej o zamachu łódzkim wiemy po wypowiedzi posła Macierewicza, posłanki Kempy czy posła Niesiołowskiego? Nic. Nawet sam zamach i jego ofiary schodzą na dalszy plan. Przed tysiącami telewidzów posłowie PiS i Platformy kłócą się o to, czyj język jest brutalniejszy i czyja brutalność i agresja zmotywowała szaleńca do napadu. Przy tej okazji wypowiadane są zdania świadczące o tym, że stan umysłowy niektórych posłów nie odbiega znacznie od stanu umysłowego zabójcy. Zamiast informować, wyjaśniać i uspokajać, media z telewizjami na czele szczują jednych na drugich, rozniecają spory, relacjonują to na żywo, powtarzają w serwisach i retransmitują. Na koniec obłudnie ubolewają nad upadkiem kultury politycznej i upadkiem języka debaty publicznej. Czy naprawdę w Polsce nic ważniejszego się nie stało niż to, że poseł Macierewicz chce kolejnej komisji śledczej, a posłanka Kempa w pełni podziela pogląd swego prezesa? To już naprawdę nie ma o czym mówić w telewizji?
W społeczeństwie XXI w. media w dużej mierze kształtują już nie tylko świadomość, ale kreują rzeczywistość. Rzeczywistość jest zredukowana do tego, co pokazała telewizja. Czego nie pokazała, to nie istnieje, to się nie liczy. Dobór informacji i ich konfiguracja na antenie tworzą obraz rzeczywistości odbieranej przez społeczeństwo, kształtują społeczne postawy i zachowania. Tym większa odpowiedzialność spoczywa na dziennikarzach. Nie wygląda na to, by w swej większości to czuli.
Za poziom debaty publicznej w Polsce, za agresję i nienawiść w polityce na równi odpowiadają politycy, jak i dziennikarze.

Wydanie: 43/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy