Walczmy o mentalność labradorów, nie rottweilerów

Walczmy o mentalność labradorów, nie rottweilerów

To jasne, że skądś pochodzimy, coś, ktoś nas kształtuje.

– W Krakowie gdzieś pod skórą jest przekonanie, że Niemcy to mordercy i koniec. Że od nich niczego nie można się nauczyć, tak samo od Austriaków. Ponieważ mieszkałem całe życie na Dolnym Śląsku, patrzę na to w takich kategoriach, że oczywiście był trudny okres w historii Europy, ale nie zmienia to faktu, że Niemcy zbudowali określoną kulturę. Mówię o tym z powodu słowa trwałość. Gdy się prowadzi działalność kulturalną, dobrze jest to robić tak, aby rzeczywiście tworzyć kulturę, czyli robić rzeczy trwałe. Na Dolnym Śląsku powstała trwała kultura materialna. Gdy pani przejeżdża Odrę, nagle widać na wsi solidne gospodarstwa, stodoły z cegły. Dlaczego w historycznej Polsce jest inaczej? Przez krótkowzroczność? Niestety, powszechna jest mentalność, która sprawia, że nie mamy ambicji tworzenia rzeczy trwałych. Przejadamy pieniądze, kupujemy drogie samochody i mieszkamy w norach.
Często w pracy przekonuję ludzi, że moglibyśmy robić rzeczy trwałe, bo mamy lepsze warunki niż zachodnia Europa. Mamy publiczne pieniądze, które są dobrodziejstwem, luksusem i szansą. Nie zmienia to faktu, że ogólnie jestem bardzo zadowolony z życia i z tego, co tutaj robimy. Bardzo.

W waszej orkiestrze gra wielu obcokrajowców. Co na to muzycy z CC?

– Prowadzę świadomą politykę kulturotwórczą. Zapraszam tych wszystkich ludzi, żeby grali z naszymi artystami, żeby dochodziło do wymiany informacji i żeby nasi artyści widzieli, jacy są mocni. Czasami przyjeżdża tzw. legenda, a potem się okazuje, że lokalny muzyk jest lepszy, ale musi mieć możliwość konfrontacji. To mieszanie w sztuce i ciągłe zderzanie ludzi ze sobą jest kluczowe. Idę pod prąd – wielu muzyków mówi, że powinni ze sobą grać wiele lat, żeby się dobrze poznawać, zgrywać itd. Z czego jest więcej pożytku, z tego wieloletniego poznawania się, czyli też z rutyny i zmęczenia, czy ze świeżości spowodowanej inspirującą zmianą? Śpiewaczka w 60-osobowym chórze przychodzi do pracy w filharmonii codziennie na dziewiątą. Po prawej stronie jest Ania, po lewej Basia. Dziesiątki lat. Wtedy jakakolwiek zmiana to jak nowe życie.

Pan poszukuje, eksperymentuje, choćby z miejscami, w których gracie.

– Próbujemy grać w różnych miejscach. Muszę przyznać, że czasami jak dziecko muszę na nowo się uczyć pewnej mentalności. Kiedy pierwszy raz graliśmy w Muzeum Inżynierii Miejskiej, w hali na Kazimierzu, w której stoją zabytkowe tramwaje, byłem przekonany, że to normalny, europejski, sympatyczny pomysł. Tymczasem część muzyków była zdegustowana, wręcz uważała, że granie w tramwajarni jest dla nich poniżające. Nierzadko zaskakują nas podobne problemy. Nietypowe projekty przyciągają entuzjastyczną publiczność, ale wielu melomanów oczekuje tradycyjnego podejścia i jeśli koncert nie jest w filharmonii, to już nie przyjdą, bo za mały prestiż.

A propos miejsc niezwykłych, było jakieś szczególne?

– Najniezwyklejszym był Lasek Wolski. Współpracujemy z Cezarym Tomaszewskim, reżyserem, wybitnym specjalistą od ruchu scenicznego. Zrobiliśmy pieśni do śpiewania na wolnym powietrzu, „Lieder im Freien zu singen” Mendelssohna, tego słynnego kompozytora. Mówię rzecz niby oczywistą, ale nie jest prawdą, że Mendelssohn, Haydn i Mahler to znane nazwiska. Czarek zrobił spektakl w lesie. Grupa śpiewaków śpiewa między drzewami, idzie ścieżką, robi jakieś zadania sceniczne. To był rodzaj godzinnego spaceru. Bywało, że tworzył się korowód po dwie, trzy osoby obok siebie, śpiewacy byli rozproszeni i wymieszani z publicznością. Z tyłu słyszała pani tenora, przed panią szedł alt, a z panią sopran. Absolutnie cudowne, przepiękne, pomysł na skalę światową. Problem jest taki, że nie ma ludzi, którzy potrafią powiedzieć, że to i to jest pomysłem fenomenalnym, a coś innego nie. Marzę, żeby w Polsce był większy tygiel, jeśli chodzi o osoby, które zarządzają instytucjami kultury – dyrektorzy częściej powinni się zmieniać. Powinno być ryzyko, zmiana, konfrontacja. Brakuje sporu, walki, konkurencji. Wszystko jest takie skostniałe, smutne, nudne i starodawne.

Wciągacie do projektów amatorów.

– Inny dosyć niesamowity projekt – „Orfeusz i Eurydyka” Glucka w historycznym budynku Sokoła, dawnej organizacji gimnastycznej. Ćwiczy tam młodzież, a seniorzy przychodzą na ćwiczenia ogólnorozwojowe. I ten nasz Czarek Tomaszewski wymyślił, żeby we fragmentach instrumentalnych dzieci i seniorzy robili coś na scenie. Widziałem tych starszych ludzi, jedna pani miała dziewięćdziesiątkę. Czarek np. odwrócił skrzynię gimnastyczną do góry nogami i tam Eurydyka się kładła, jakby do trumny, a ta pani mówi: „A ja się położę, przymierzę sobie”. Jak to wszystko widziałem na próbie, tak się wzruszałem, że uciekłem stamtąd. To był piękny projekt, coś niezwykłego.
Wspomnę gigantyczny projekt El Sistema w Wenezueli, poświęcony dzieciom skazanym na biedę i patologię. Stworzono szkoły, w których dzieci ze slamsów uczą się gry na instrumentach. W ten sposób setki tysięcy dzieci grają, zamiast ćpać. To piękne, szlachetne i wzruszające. Główna orkiestra Systemu występuje na całym świecie, z festiwalem w Salzburgu włącznie. Przeraża mnie, że u nas nawet ludzie z branży nie wiedzą, że coś takiego istnieje. Sztuka, robienie czegoś wspólnie, spotykanie się, uśmiechanie się do siebie jest dobrem i przyszłością. Dlatego tak ważne są projekty, w które angażuje się amatorów.

I wrogów, Palestyńczyków i Izraelczyków, jak w West-Eastern Divan Orchestra Daniela Barenboima. Czy muzyka rzeczywiście może dziś odgrywać taką rolę – łączenia, ale na zupełnie innym poziomie niż tylko estetyczny?

– Orkiestra Barenboima jest cudem i dowodem wyższości sztuki nad religią. Mimo wieloletniego konfliktu zbrojnego ludzie z dwóch zwaś­nionych krajów grają razem. W tym samym momencie te dwa narody są równocześnie wrogami i świetnie funkcjonującym społeczeństwem, czyli de facto nie są wrogami.
Lubi pani psy? Kiedyś uważałem, że pies to pies, zawsze może ugryźć. Moja żona uwielbia psy, więc pewnego dnia kupiłem czarnego labradora, o którym marzyła. Nie przypuszczałem, że psy mogą być tak łagodne, opiekuńcze i skłonne do zabawy. Wręcz nie potrafią ugryźć. I chodzi o to, że tak trzeba pokombinować, aby ludzie mieli mentalność labradorów, a nie rottweilerów.

Foto: Tibor-Florestan Pluto  Capella Cracoviensis 2015

Strony: 1 2 3

Wydanie: 21/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy