Nie mówcie „Gałgazja”. Jedźcie do Gagauzji
Wioska nazywała się Pięć Jabłoni. Podobno dawno, dawno temu szło tędy kilku pielgrzymów. Strudzeni drogą i południowym skwarem, zobaczyli pięć rozłożystych jabłonek, które swoim cieniem dały im wytchnienie. I tak nazwali to miejsce: Pięć Jabłoni. W języku Gagauzów: Beșalma.
Marszrutka z Komratu, gagauskiej stolicy, wysadza mnie na skrzyżowaniu, skąd do Beșalmy mam jeszcze jakieś 2, może 3 km. Dzień jest ładny, wędruję więc poboczem w kierunku wsi. Nagle, tuż obok mnie, zatrzymuje się samochód ze starszym małżeństwem w środku. Mężczyzna siedzący za kierownicą wychyla się przez otwartą szybę i woła po rosyjsku:
– A czemu nie gołosujesz?!
Gołosowat’ to po rosyjsku „łapać stopa”. Gołosujesz albo łowisz, gdy wystawiasz rękę i machasz, czekając na okazję.
– To blisko – odpowiadam. – Myślałam, że się przejdę.
– Jakie blisko! Ze dwa kilometry jeszcze tobie iść! Zmęczysz się, wsiadaj, podwieziemy.
Wsiadam więc i krótko się przedstawiam. Starsza pani kiwa głową ze zrozumieniem.
– A i u nas kiedyś Polaki nocowali. I Niemcy też.
Krótka droga schodzi nam na szybkim kursie gagauskiego. Mimo że – tak jak w całej Mołdawii – wszyscy znają i powszechnie używają rosyjskiego, rodzimy język ma się dobrze. Starsi państwo zapraszają mnie do domu, gdzie pokazują, jak mieszkają i opowiadają o swojej rodzinie. Ich dzieci wyemigrowały do Moskwy. Do domu już nie wrócą. Oni zaś nigdy nie opuścili Gagauzji. Gospodarz przyznaje, że służył w sowieckiej armii, ale w miejscowym oddziale. Nigdy nie widział Rosji. Nie był też w Kiszyniowie. Wszystkie sprawy załatwiał zawsze w Komracie.
– W wojnie z Naddniestrzem nie braliśmy udziału – mówi. – To było daleko. U nas było
Fragment książki Moniki Radzikowskiej Opłotki. Zapiski z pałętania się po pograniczach, Paśny Buriat, Suwałki 2026









