Zawieszenie broni

Zawieszenie broni

Nie ma cudów, konflikty pozostaną

No to kończy się rekonstrukcja rządu, która trwała całe lato. Piszę w trybie niedokonanym, bo gdy zamykaliśmy numer, oficjalne decyzje nie zostały jeszcze ogłoszone. Ale nieoficjalnie wszystko było jasne. Po pierwsze, Zbigniew Ziobro nie został wyrzucony z rządu, a jego Solidarna Polska z koalicji. Po drugie, Ziobro musiał się przed Kaczyńskim ukorzyć i zaakceptować jego warunki. Po trzecie, do rządu wszedł Jarosław Kaczyński. Będzie wicepremierem bez teki, nadzorującym trzy ministerstwa – obrony, spraw wewnętrznych i, co najważniejsze, sprawiedliwości. Po czwarte, ten ruch osłabia nie tylko Ziobrę, ale i Mateusza Morawieckiego. Po piąte, świadczy raczej o zapętleniu ekipy rządzącej, a nie o jakiejś jej odbudowie. To rozwiązanie tymczasowe – i odłożenie kolejnego kryzysu na później.

Ziobro zostaje

Jeśli ktoś bardzo poważnie potraktował deklaracje ważnych polityków Prawa i Sprawiedliwości, które padły zaraz po głosowaniach w sprawie tzw. piątki dla zwierząt, że to koniec koalicji i że Ziobro może już się pakować, dziś może czuć rozczarowanie.

Słowa, które wówczas padały, rzeczywiście mogły sprawiać wrażenie wielkiej przedrozwodowej awantury. Ale, jak się okazało, były tylko przykrywką dla przeprowadzenia operacji zastraszenia i spacyfikowania Solidarnej Polski. Samo tupnięcie i pogłoski, że Kaczyński każe wyczyścić z ziobrowców wszystkie spółki skarbu państwa, wystarczyły, by minister sprawiedliwości zamachał białą flagą. Tym sposobem Kaczyński szybko sprowadził Ziobrę do wyznaczonych mu pięć lat temu rozmiarów.

Dlaczego nie wyrzucił go z koalicji? Powód jest oczywisty – to 19 posłów Solidarnej Polski, którzy zasiadają w Sejmie. Zostali wybrani z listy Zjednoczonej Prawicy, ale gdyby Kaczyński wyrzucił ich z klubu, utworzyliby własny i w ważnych głosowaniach trzeba by z nimi się dogadywać. OK, może część przeszłaby do PiS, być może nawet kilkunastu. Ale jak pokazał wcześniejszy, majowy bunt Jarosława Gowina, wystarczy kilku posłów, a PiS traci w Sejmie większość.

Oczywiście rząd mniejszościowy, tak jest napisana konstytucja, może trwać. I to długo. Ale tylko trwać. Już na pstryk, jak do tej pory, nie można byłoby przepychać ustaw. Dlatego Kaczyński dążył do tego, o czym mówili wcześniej jego współpracownicy – żeby Solidarna Polska głosowała tak, jak chce PiS, żeby za dużo się nie domagała, bo też jej siła jest niewielka. No i żeby Ziobro zbytnio nie dokazywał. I te cele PiS osiągnęło. Warunkiem umowy z Ziobrą jest to, że Solidarna Polska tym razem zagłosuje w sprawie ustawy „bezkarność+” oraz ustawy „futerkowej” zgodnie z wolą prezesa. A w każdym razie takie panuje tam teraz przekonanie.

Bezkarność+

Przypomnijmy, właśnie sprawa tych dwóch ustaw była bezpośrednią przyczyną przesilenia w koalicji. Oczywiście o wiele ważniejsza była „bezkarność+”, Kaczyńskiemu bardzo na niej zależało. Rozgrzeszała ona wszystkich urzędników i polityków za działania w czasie epidemii. A jeżeli ktoś nie wierzy, niech przeczyta jej zapis, dla prawnika kuriozalny: „Nie popełnia przestępstwa, kto w celu przeciwdziałania COVID-19 narusza obowiązki służbowe lub obowiązujące przepisy, jeśli działa w interesie społecznym, i bez naruszenia tych obowiązków lub przepisów podjęte działanie nie byłoby możliwe lub byłoby istotnie utrudnione”.

Realnie zatem ustawa zapewniłaby bezkarność ministrowi Szumowskiemu i jego urzędnikom za miliony przetracone na kontrakty dotyczące respiratorów i maseczek. Rozgrzeszyłaby też premiera Morawieckiego i ministra Sasina za straty związane z majowymi wyborami, za te karty do głosowania, które Sasin kazał drukować. W dalszej kolejności zapewniłaby bezkarność samemu Kaczyńskiemu, bo to przecież on kazał im te wybory szykować. Uniknęłoby też kary wielu innych pisowskich polityków i urzędników. Można zresztą śmiało zakładać, że objęłaby mnóstwo innych spraw, bo co to za problem podciągnąć jeden czy drugi przekręt pod hasło walki z epidemią.

Nic więc dziwnego, że opozycja krzyczała, że to skandal, łamanie cywilizowanych zasad. I, ku wściekłości Kaczyńskiego, te głosy poparł Ziobro. Dlaczego? Czy doszedł do wniosku, że to dobry pretekst, by zderzyć się z Morawieckim, czy może dlatego, że ustawa wyjmuje mu z rąk potężną broń?

Przecież już dziś prokuratura mogłaby postawić i premierowi, i urzędnikom wysokiego szczebla zarzuty kryminalne. Zatrzymać ich, przesłuchać. Jeśli ktoś pamięta sprawę ministra Janusza Kaczmarka, łatwo to sobie wyobrazi. Ale gdy te wszystkie czyny, które obecnie są uznawane za przestępstwo, za chwilę przestępstwem nie będą, prokuratura i sam Ziobro stracą tę możliwość.

Nie wnikajmy w jego intencje. Efekt był taki, że Solidarna Polska zapowiedziała, że jej posłowie zagłosują przeciw ustawie. W takiej sytuacji marszałek Witek zdjęła ją z porządku dnia.

Nie musiała natomiast zdejmować „piątki dla zwierząt”. Bo akurat wynik głosowania nad tą ustawą był znany wiele godzin wcześniej. Po prostu Platforma i Lewica zapowiedziały, że ją poprą, więc sprzeciw jakiejś grupy posłów prawicy nie miał znaczenia. Oni zresztą to wiedzieli – głosowanie nad tą ustawą de facto nie dotyczyło losu zwierząt, ale było głosowaniem za Kaczyńskim lub przeciw niemu. Za tym, czy uznają jego przywództwo, czy bardziej liczą się z opinią rozmaitych futrzanych lobbies. Dzięki temu Kaczyński mógł policzyć, kto jest z nim, a kto przeciw.

Ziobro z nieba do piekła

Ten sprzeciw, to postawienie się Kaczyńskiemu to był łabędzi śpiew Ziobry. Pytania więc nasuwają się same: czy nie wiedział, z kim zadziera, czy miał świadomość, jaka jest dysproporcja sił? Co powodowało, że źle oceniał sytuację?

Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Ziobro czuł, że jest na fali. Na tle milczącego PiS jego grupa młodych polityków i działaczy wyróżniała się aktywnością i rewolucyjnym zapałem. Poklepywano ich po plecach, na pewno słyszał wiele słów uznania. To mogło go umacniać w przekonaniu, że jest silny. Że jakby co, wpływowi ludzie na polskiej prawicy go poprą.

Poza tym od miesięcy był w stanie zimnej wojny z premierem Mateuszem Morawieckim. I tę wojnę przegrywał – Morawiecki krok po kroku rugował jego ludzi z państwowych spółek. Ziobro zatem atakował go w dwojaki sposób.

Po pierwsze, ideologicznie – domagając się wypowiedzenia konwencji stambulskiej, broniąc policjantów, którzy zatrzymali działaczkę Margot, krytykując Unię Europejską, wspierając gminy, które ogłosiły się strefami wolnymi od LGBT. Ziobro pchał prawicę na prawo, ale chyba jeszcze ważniejsze było to, że narzucał jej ton. I że Morawiecki, wciąż oskarżany o związki z Platformą, nie za bardzo wiedział, jak przed tym się bronić.

Po drugie, działała prokuratura. W tym systemie władzy Ziobro może mieć bezpośredni wgląd w akta śledztwa, może ręcznie sterować prokuraturą. Ma wpływ na to, że jedne śledztwa są ważne, mogą być przyśpieszane, drugie buksują, rozmywają się, są umarzane.

W ten sposób prokuratura stała się narzędziem władzy. Nie tak dawno media poinformowały, że prokuratorzy z Wrocławia byli naciskani przez zastępcę prokuratora generalnego Bogdana Święczkowskiego, by przedłużyli śledztwo i przesłuchali Mateusza Morawieckiego. Przesłuchanie miało dotyczyć dwóch wątków. Pierwszy to jeszcze odprysk afery taśmowej, nagrana w restauracji Sowa i Przyjaciele rozmowa, w trakcie której Morawiecki, wówczas szef BZ WBK, mówi o wspieraniu polityka PO Aleksandra Grada. To ta rozmowa, w której wołał, że ludzie będą pracować za miskę ryżu. Drugi wątek dotyczy pożyczki 96 tys. zł, jakiej ks. Tomasz Jegierski z Fundacji SOS dla Życia miał udzielić Stowarzyszeniu Solidarność Walcząca Kornela Morawieckiego. Pożyczka miała być podobno warunkiem uzyskania przez fundację dotacji z BZ WBK.

Prokuratura kilkakrotnie śledztwo przedłużała, aż w końcu je umorzyła. Ale nie to jest najważniejsze – sprawa bowiem pokazuje mechanizm działania Ziobry, szachowanie przeciwników politycznych śledztwami. Można je wszak przedłużać, można rozszerzać, rzucać do sprawy kilku prokuratorów, wzywać na przesłuchania, a można też śledztwa umarzać. Sejmowa komisja śledcza badająca okoliczności śmierci Barbary Blidy ten mechanizm zrekonstruowała i pokazała. Tu wiele się nie zmieniło.

Dodajmy, że w pewnym momencie na łasce prokuratorów znalazł się sam Kaczyński, gdy rozkręcił się spór z austriackim biznesmenem Geraldem Birgfellnerem. Ziobro mógł więc sądzić, że jest potęgą. Że ma kolekcję haków i narzuca ton PiS.

Wszystko to w parę dni się zawaliło. Nagle zorientował się, że na prawicy popierają go tylko młodzi z Solidarnej Polski, a i to nie
wiadomo, jak długo. Zobaczył też, że drzwi do prawicowych mediów są przed nim zamknięte. Nawiasem mówiąc, zachowanie tych mediów, związanych z PiS i od PiS zależnych, pokazało, jak mało warte są media partyjne. Wszystkie istotne informacje dotyczące wojny w Zjednoczonej Prawicy były w mediach od PiS niezależnych. Te prawicowe milczały lub bulgotały coś na okrągło.

Ale wróćmy do Ziobry. Zobaczył również, i to w parę godzin, że już szykują się chętni na jego fotel ministra sprawiedliwości. Chętni i deklarujący wierność Kaczyńskiemu. No i że w PiS krążą listy ludzi Ziobry w spółkach skarbu państwa, a za chwilę oni wszyscy mogą znaleźć się na lodzie. Bez pieniędzy, z mało ciekawymi perspektywami. Pękli zatem. Gromada ideowych działaczy…

Podwładny swojego podwładnego

Nasuwa się więc kolejne pytanie: dlaczego Kaczyński tak długo tolerował wybryki Ziobry? Nie widział, w którą stronę to zmierza? Odpowiedź jest chyba prosta – oczywiście, że widział. A nie reagował, bo do pewnego momentu mu to nie przeszkadzało.

To wynika ze sposobu działania Kaczyńskiego. Prowadzi on Zjednoczoną Prawicę jak żeglarz; reaguje na rozmaite fale, na wiatry, raz wzmacniając jedną grupę, innym razem drugą. Manewrując między poszczególnymi koteriami. Skrzydło antyeuropejskie, anty-LGBT, atakujące bez pardonu opozycję, było przydatne, więc pozwalał Ziobrze działać. Przydatne jest mu także skrzydło reprezentowane przez Morawieckiego, bardziej biznesowe, próbujące jakoś ułożyć się z Europą, z Niemcami. I stosownie do okoliczności (oraz humoru) Kaczyński między tymi przeciwnościami lawiruje. Raz tak, raz inaczej.

Tylko że w pewnym momencie wszystko to wymknęło mu się spod kontroli. Urósł Ziobro, ale i urósł Morawiecki. Zaczęli w dodatku walczyć ze sobą, przekonani, że walczą zarazem o bycie numerem dwa w Zjednoczonej Prawicy.

Kaczyński musiał to przeciąć. Stąd decyzja o jego wejściu do rządu jako wicepremiera bez teki, nadzorującego MON, MSWiA oraz Ministerstwo Sprawiedliwości. Początkowo tej funkcji nadano dość makabryczną nazwę, bo Kaczyński miał być szefem Komitetu ds. Bezpieczeństwa. Nazwa ma więc zostać zmieniona.

Makabry już nie ma, za to jest wątek komiczny. Wicepremier Kaczyński staje się podwładnym premiera Morawieckiego, którego realnie jest przełożonym. Będzie również składał rządową przysięgę na ręce prezydenta Andrzeja Dudy. Przynajmniej więc raz będzie musiał schylić czoło przed swoimi podwładnymi, co na pewno przyjdzie mu z trudnością. Ale cel jest tego wart. Bo to najłatwiejszy sposób na utemperowanie Ziobry i Morawieckiego.

Przede wszystkim w ten sposób zwiąże Ziobrze ręce. Owszem, Ziobro pozostanie ministrem, zachowa fotel, bo Kaczyński nie chce rządu mniejszościowego. Ale będzie nie tylko ministrem z przetrąconym kręgosłupem, któremu podwładni nie zapomną czołobitnych wobec prezesa PiS konferencji prasowych. Będzie ministrem kontrolowanym.

Jarosław Kaczyński jako wicepremier będzie miał gabinet w gmachu przy Alejach Ujazdowskich. Będzie tam mógł swobodnie wzywać do siebie wiceministrów, prokuratorów, żeby zdawali mu relację, opowiadali, przynosili kwity. A oni wszyscy będą wiedzieli, że jeśli spodobają się wicepremierowi, spotka ich za to nagroda. Większość zatem spróbuje się spodobać. Ziobro szybko poczuje, że jest trzymany na krótkiej smyczy. Owszem, może działać energicznie, ale tylko w tych obszarach, na które pozwala mu Kaczyński. Już nie będzie mógł ostentacyjnie ignorować posiedzeń Rady Ministrów. Ani manewrować prokuraturą, śledztwami, straszyć hakami itd. Trudniej mu będzie narzucać prawicy agendę, bo Wielki Prezes będzie mu patrzył na ręce. I krok po kroku, tydzień po tygodniu, wytrącał mu te zabawki z rąk.

Nie oznacza to, że prokuratorzy i służby podległe MSWiA przestaną się zajmować działaczami LGBT, opozycją, Donaldem Tuskiem i biznesem. Oznacza to tylko, że te działania nie będą zaskakiwały prezesa. Że agendę on będzie kontrolował.

Ale wicepremier Kaczyński to także wielkie osłabienie Mateusza Morawieckiego. Bo wraca on do punktu wyjścia, do pierwszych tygodni, gdy był premierem, kiedy miał władzę nad kilkoma ministrami, a reszcie musiał się kłaniać. Tak będzie i teraz. MON, MSWiA, Ministerstwo Sprawiedliwości będą poza jego wpływem. W sprawach spółek skarbu państwa musi zaś dogadywać się z Jackiem Sasinem.

Na dodatek Kaczyński wprowadzi się do Kancelarii Premiera. Każdy urzędnik będzie już wiedział, gdzie jest ten ważniejszy. I łatwiej będzie mu tam zajrzeć w jakiejś „ważnej” sprawie, niż przebijać się na Nowogrodzką.

Do tej pory Morawiecki był takim półpremierem, udawał, że wiele może, nadymał się, opowiadał różne rzeczy. Jedni brali to na serio, drudzy nie wierzyli. Teraz każdy zobaczy, że ta jego władza jest bardziej malowana niż rzeczywista. To też będzie bolało.

Egzekucja odroczona

Można więc powiedzieć, że wejście Kaczyńskiego do rządu to rodzaj wotum nieufności wobec dwóch polityków – Zbigniewa Ziobry i Mateusza Morawieckiego. I że najbardziej ucieszyło to żelazną gwardię PiS, z Joachimem Brudzińskim i Mariuszem Błaszczakiem na czele.

Choć trudno mieć złudzenia, że ten układ okaże się trwały. Nie ma cudów, konflikty powrócą. Po pierwsze, sam sposób zarządzania, który preferuje Kaczyński, opiera się na ich tworzeniu i rozwiązywaniu. Po drugie, jednorazowe utemperowanie Ziobry i Morawieckiego nie rozwiązuje sprawy. Konflikt między nimi to nie tylko kwestia osobowości i ambicji. Ma on głębsze podłoże – to konflikt między dwiema, bardzo różnymi, koncepcjami funkcjonowania PiS.

Z jednej strony, jest Polska PiS, która chce iść na wojnę z Unią Europejską, z LGBT, nieść żagiew konserwatywnej rewolucji. Z drugiej – ta, która chciałaby uspokojenia. Jakiegoś dogadania się z Europą, wyciszenia wewnątrzpolskich wojen. I spokojnego konsumowania owoców władzy. Obie te strony skazane są na spór, tak czy inaczej będzie on narastał. A powody do awantur przynosić będzie życie. Kaczyński tego sporu nie rozwiąże. Raz – nie ma na to siły. Dwa – nie ma na to ochoty. Jak wspominaliśmy, jego sposobem działania jest manewrowanie między różnymi nurtami prawicy.

Tylko że te nurty się zmieniają, zmienia się ich siła. Ziobro łatwo ustąpił, ale to nie znaczy, że nie będzie chciał się odbudować. A jeśli jemu nie starczy odwagi – nie znaczy to, że nie pojawi się ktoś inny, kto będzie potrafił go zastąpić.

Także Morawiecki nie da się zamknąć w złotej klatce. To człowiek korporacji, wie, że w życiu są wzloty i upadki, a wygrywa ten, kto nie ustępuje. Wszyscy w dodatku wiedzą, że Kaczyński ma 71 lat, że siły go powoli opuszczają.

No i jeszcze jedno – jak już wspomniałem, powodów do awantur nie zabraknie. Przynosi je bieżąca polityka, zawsze są jakieś problemy do rozwiązania. A trudno będzie z nimi się uporać w tak pogmatwanej strukturze władzy. Bo im bardziej Kaczyński chce ją uprościć, tym bardziej ją zapętla.

Tak naprawdę to on tworzy większość problemów, które potem w pocie czoła rozwiązuje. To jego złe decyzje, jak chociażby upór przy wyborach majowych, generują napięcia, wywołują konflikty. A te złe decyzje przydarzają mu się coraz częściej.

Poza tym padło za wiele słów. Chemii między Kaczyńskim, Ziobrą i Morawieckim już nie będzie. Jest zawieszenie broni, tak jak to było, gdy Andrzej Lepper najpierw został wyrzucony z rządu, a potem do niego wrócił. Też mocno poturbowany. I oni wszyscy to wiedzą. Ciężko oddychają po boju, patrzą sobie na ręce, broń Boże sobie nie ufają. I tylko, mądrzejsi o to starcie, czekają na okazję. Noże mają naostrzone.

Fot. Stanisław Kowalczuk/East News

Wydanie: 40/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy