Wpisy od Bronisław Łagowski
Sami niepokorni
Jest w obfitości do kupienia „tygodnik autorów niepokornych”. Ma dadaistyczny tytuł „Uważam Rze”, a treść politycznie poprawną według kryteriów ustanowionych w IV i III Rzeczypospolitej. Jest prokatolicki i proamerykański, antykomunistyczny i antyrosyjski, rewiduje historię najnowszą w duchu antyradzieckim, głosi kult żołnierzy wyklętych, potępia (słusznie, lecz za późno) UB i jak wszystkie media walczy z państwem pod skrótową nazwą PRL. To ostatnie wydaje się główną misją niepokornych autorów, co wcale ich nie wyróżnia spośród innych czasopism. Jeśli na takie
Kość w gardle
Nie ma dziś bardziej pasjonującej dyskusji w naukach o polityce niż spór o naturę Stanów Zjednoczonych Ameryki. Pogląd, że to mocarstwo zajmuje w świecie pozycję hegemonistyczną, jest nic niemówiącym banałem. Pełne treści natomiast jest twierdzenie, że stanowi ono albo nie stanowi imperium. Pojęcie imperium jest stosunkowo dobrze zdefiniowane, potęga tego rodzaju ma wyraźną strukturę i w swojej historii przechodzi niejako organicznie etapy początku, wzrostu i upadku. Historyk i publicysta niemiecki Peter Bender napisał książkę porównującą Stany
Jeszcze o listach
Pisząc tydzień temu o listach Giedroycia i Miłosza, pominąłem kilka problemów, ale nie pozbyłem się ich z głowy. Marzeniem Giedroycia, jak sam pisze, była rewolucja antykomunistyczna w Polsce i całym bloku wschodnim. Cały czas towarzyszyła mu niepewność, co może być potem. W roku 1969 pisał: „Politycznie stoimy przed narastaniem nacjonalizmów typu nazistowskiego. To jest w samej Rosji, tak jest na Ukrainie i w innych republikach, tak jest w samej Polsce, gdzie »moczaryzm« praktycznie podbił całe społeczeństwo, z Wyszyńskim i Kościołem włącznie”.
Niedyskrecje listowe
Obaj byli uzdolnieni politycznie – jeden w stylu wodzowskim, drugi skrojony na szarą eminencję. Czasy, w jakich żyli, nie sprzyjały ich powołaniom, musieli zająć się czymś innym. Zasłużyli się jako wydawcy książek i czasopism, ale zarówno Jerzy Giedroyc, jak Bolesław Piasecki nie rozstawali się z iluzją, że uprawiają wielką politykę. Najpierw jeden należał do zwycięzców, a drugi do przegranych, a potem stało się odwrotnie. Ciekawe, co wybrałby Giedroyc, gdyby – jak Piasecki – dostał się
Wtrącam się
Pisałem, wspominając profesora Stefana Morawskiego, że moja wiedza o Żydach raz bywa ogólnikowa i prawie żadna, a kiedy indziej szczegółowa i pochodząca z wiarygodnego źródła. Ta sama wiedza raz ginie w niepamięci – Stefan Morawski wyznał, że w pewnym okresie zapomniał, że był Żydem – a innym razem, ale nie przypadkiem, nie daje spokoju. Moja wiedza konkretna, za którą ręczę, odnosi się do Żydów wioskowych i bardzo małomiasteczkowych, ta zaś, którą wyniosłem z książek i innych druków, może być wątpliwa. W latach
Mniej nieprzejednani?
Według tego, co przeczytałem w gazecie, do Warszawy przyjedzie delegacja rosyjskiej Cerkwi z patriarchą Moskwy Cyrylem I na czele. Hierarchowie prawosławni i katoliccy, jedni i drudzy narodowi, podpiszą deklarację przyjaźni między obu Kościołami. Osoby publiczne zarabiające na sławę za pomocą pojednania polsko-rosyjskiego już zdążyły oznajmić, że ta deklaracja nie będzie przełomem, lecz zaledwie pierwszym krokiem we właściwym kierunku. Polsko-Rosyjskiej Grupie do spraw Trudnych nie grozi rozwiązanie ani w tym wieku, ani w następnym. Chyba że w Europie nastąpi wstrząs, który gruntownie pozmienia
My nie wszyscy z niego…
Felieton Ludwika Stommy „Żeromszczyzna” („Polityka”, nr 27) sprawił mi przyjemność, nie tylko ten zresztą. Czczę Żeromskiego na podstawie własnego rozeznania, ale również za przykładem ludzi, którzy byli dla mnie kiedyś wielkimi autorytetami w sprawach intelektu. Na przykład Leszek Kołakowski. Nie zrozumie się jego zaangażowań społecznych, i tych wczesnych, i tych trochę późniejszych, jeśli się nie będzie wiedziało, że Stefana Żeromskiego uważał za jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy. Nie marksizm przecież i nie katolicyzm były jego pierwszymi lekcjami pojmowania społeczeństwa, lecz żeromszczyzna.
Idealizm polityczny jest fałszywy
Kim jest oczekujący na wyrok norweskiego sądu Anders Breivik: wielokrotnym zabójcą? To oczywiste. Wariatem? Tego nie można wykluczyć. Ideowym terrorystą? Nad tym trzeba się zastanowić. Media od tego są mediami, żeby się zbyt dociekliwie w niuanse nie wdawać. Jednomyślnie Breivika potępiają i nie można odmówić im racji, tym razem są zgodne z poczuciem moralnym normalnych ludzi. Cień niewiary w tę jednomyślność pojawia się tylko dlatego, że te same media okazywały zrozumienie dla morderców, którzy napadli na szkołę w Biesłanie, na orkiestrę wojskową, na teatr
Obama – polski historyk
Ludzie dobrze wychowani, będąc świadkami gafy, udają, że niczego nie zauważyli. Trudno jednak wymagać od całej opinii publicznej, żeby była dobrze wychowana. Poza tym nie wiadomo, czy prezydent Barack Obama popełnił gafę, czy wprost przeciwnie – był według potocznego w Ameryce języka zwyczajnie poprawny. Moje doświadczenie amerykańskie jest skromne, ale ośmielam się twierdzić, że to drugie. Amerykanie w sytuacjach niepodlegających polskiej obserwacji albo i podlegających mówią „polskie obozy koncentracyjne” i wątpię, żeby ktoś potrafił ich tego oduczyć.
Niegdysiejsze zemsty, dzisiejsze półprawdy
Wiem ze słyszenia, że Marcin Zaremba jest znakomitym historykiem czy też pisarzem społecznym. Jego teksty, których fragmenty czytałem, potwierdzają tę opinię, ale nie wszystkie. Dziennikarz Wojciech Czuchnowski pyta go w „Gazecie Wyborczej”: „Czy po wojnie Polacy mścili się na Niemcach?”. Może źle czytam, ale wyczuwam w tym pytaniu pewność, że mścić się po wojnie na przegranych to bardzo nieładnie. Jeżeli przyjąć etos rycerski, nie taki, jaki był w rzeczywistości, lecz jaki ustalił się w legendzie, to zemsta na pokonanych jest czymś w najwyższym stopniu







