Wpisy od Krzysztof Daukszewicz
„Aurory” trzy
Podobno jedna z największych światowych awantur rozpoczęła się od skromnego, lecz za to brzemiennego w skutki dialogu robotnika z marynarzem. – Słyszałeś ten wystrzał? – Tak, to „Aurora”. – I co, marynarzu?! Trafiła w Lenina?! – Nie trafiła. – No to będzie nowa robota. – Jaka? – Jak znam Lenina, to wykombinuje rewolucję. I taki był początek. Wspominam tę anegdotę, ponieważ po naszym Bałtyku krążyła inna „Aurora”, tym razem holenderska, która podobno za namową naszych feministek chciała pomniejszyć
Achtung!! Minen!!
Nadchodzą wakacje i wyruszamy na drogi. Co to znaczy, wiem aż nadto dobrze, bo mam za sobą 1,7 mln przejechanych kilometrów, i to w przewadze po polskich drogach i wiem, że facet jadący samochodem z kapeluszem na głowie to jest tak jakby ktoś na bagażniku jego auta przymocował dla nas znak „Stop”. Maluch jadący z szybkością traktora środkiem jezdni… nie trąb… nie ponaglaj… bo będzie nieszczęście, bo go i tak nie wyprzedzisz aż do momentu skrętu, który jest tak samo nieprzewidywalny, jak i właściciel, bo rzadko kiedy włącza migacze i jesteś jedynie pewny tego,
Z czym do ludu?
Trzask, prask i niespodziewanie mamy nowego wicepremiera i nowego ministra finansów. Starego nie żałuję, bo – po pierwsze – nie chciał biegać po Polsce, a po drugie – mam przyjaciela, który chodził do pana profesora na wykłady i opowiadał, że profesor Kołodko zazwyczaj mówił o sobie w aspekcie ekonomii, udowadniając studentom, że bez niego tej dziedziny nauki by nie było, tak więc teraz my odpoczniemy, a za to młodzież będzie miała przechlapane, ponieważ przez cały rok wkuwać będzie teorię o zbawiennych skutkach reformy, do której niestety nie doszło. Ale trzeba przyznać, że miał wyjście
Baśń o rozlanej zupie
Kilka dni temu moja wnuczka Ewunia poprosiła, żebym opowiedział jej bajkę na dobranoc, nalegając, by była współczesna. – Opowiem ci w takim razie o rozlanej zupie. – Dobrze, dziadziusiu. – Otóż pewnego dnia rozlała się zupa. Pewnie powiesz, że zdarza się to w każdym domu. Masz rację, ale tym razem było jej zbyt dużo, by nie zauważyć, i nie był to byle jaki talerzyk, ale wielki, przerażający gar. Bardzo to ludzi zdenerwowało. – Tak nie można! W kraju tylu
Który ch… precz?!
Zdenerwowałem się w tym tygodniu wyjątkowo, tak że – do czego nie lubię się przyznawać – trzęsły mi się ręce. Otóż jakiś polityk, a nawet chyba i poseł, bo to rzadko w parze chodzi, którego nawet nie zapamiętałem z nazwiska, ponieważ mówił do mnie przez radio, w chwili kiedy byłem zajęty prowadzeniem samochodu po polskich drogach, wygłosił do mnie apel o uczciwość. Ale trzeba przyznać, że robił to chytrze, ponieważ apelował do społeczeństwa, a nie swoich partyjnych i sejmowych kolegów. Poprosił na przykład piekarzy, żeby przestali kombinować z cenami chleba,
Buclandia
Wydaje mi się coraz częściej, że biorę udział w jakimś nierealnym przedstawieniu, w jakiejś gigantycznej grotesce, która przez to, że reżyser jest w coś uwikłany, jego aktorzy mają go w rękach i w nosie, a publiczność nie wie, jak reagować, bo podskórnie czuje, że to nie jest sitcom. I to wszystko dzieje się na kilka tygodni przed najważniejszą datą w naszej współczesnej historii. I z dnia na dzień – i rodzinnie, i z przyjaciółmi, z którymi rozmawiamy – utwierdzamy się coraz bardziej w przekonaniu, że mamy do czynienia z polityczną gówniarzerią, a nie z ludźmi,
Śmierć Kanta
Dwaj uczeni lekarze rosyjscy albo nawet i radzieccy, bo ich wieku nie podano w audycji radiowej, której słuchałem kilka dni temu na drodze do Krakowa, poinformowali społeczeństwo mieszkające za Uralem, że najlepszym lekarstwem na SARS jest setka wódki dziennie, a jeszcze lepiej czystego spirytusu, bo wtedy wirus powodujący chorobę u ludzi, mający też swój gen i swój system odpornościowy, nawalony jak stodoła nie może trafić w płuca i wtedy atakuje organizm tak mniej więcej, jak poseł Lewandowski świadka Jarosława
Eurotroter
Podróżowałem ostatnio samochodem przez Europę. Zdecydowałem się na ten wyjazd, ponieważ chciałem ostatni raz w życiu – mam taką nadzieję – uzupełnić sobie adrenalinę, pokazując polski paszport na niemieckiej granicy. W Wiedniu, od którego zacząłem zwiedzanie jeszcze obcej mi Europy, szykowano się właśnie do pogrzebu „Baraniny”, na czele którego mają pójść pod wspólnym sztandarem zjednoczonej Europy służby specjalne Austrii i Polski, wyjątkowo w tej sprawie zaprzyjaźnione, opowiadając sobie dykteryjkę, że jeśli „Inka” będzie wiedzieć więcej,
Byliśmy, jesteśmy…?
Coraz ciekawiej maluje się przed nami Europa, co do której nie będziemy mieć pewności aż do wtorku dnia 10 czerwca, bo tak postanowiła Państwowa Komisja Wyborcza przygotowująca nas do uczestnictwa w referendum. Komisji oczywiście bardzo zależało na tym, żebyśmy do Unii wszyscy i na dodatek godnie weszli, tak samo jak i zależy, byśmy się czuli w tym głosowaniu jak biorący udział w zbiorowej rosyjskiej ruletce. Nie wiadomo będzie do końca, kiedy rewolwer wypali i kogo trafi. Na Litwie i w Czechach frekwencję będzie można kontrolować
Między Weroną a Pacanowem
Włoch Romano Prodi poinformował nas za pośrednictwem zagranicznych środków masowego przekazu, że jesteśmy za bardzo proamerykańscy, w czasie kiedy duszą i ciałem łączymy się z Europą. Zastanawiałem się długo, dlaczego to Włoch zganił nas za to, że kupujemy F-16. Zrozumiałbym bez problemu, gdyby to był Francuz albo Szwed, bo ci mieli w tym swój bardzo solidny interes, ale ponieważ Włoch napadł na Polskę, bo kupujemy amerykańskie, to mnie tak zdenerwowało, że postanowiłem dać temu odpór na łamach tego tu poczytnego tygodnika. A dlaczego, panie






