Wpisy od Wojciech Kuczok
Straż paniczna
Reżim pisowski poszedł na całość – najwyraźniej wedle tajnych sondaży wyczuł w suwerenie przyzwolenie na ludobójstwo i właśnie rozpoczął kampanię przygotowującą grunt pod rzeź. Zadałem sobie trud obejrzenia w całości haniebnej konferencji Mariuszów i władza zaiste sięgnęła poziomu Radia Rwanda zarówno pod względem nasycenia zbrodniczej propagandy nienawiścią, jak i siermiężności wykonania. „Nie chcemy stygmatyzować żadnego środowiska, ale takie są FAKTY”, powiada Mariusz K., skazany prawomocnym wyrokiem na trzy lata więzienia za fałszowanie dowodów.
Czas niemocy
Myśleliśmy, że Korek jest chorowity, ale od kiedy w zabałaganionej szafie znalazła się jego metryka z azylu, wiemy już, że po prostu jest bardzo stary; teraz już, zamiast szukać panaceum na jego częstomocz, po prostu ścieramy podłogę (psie pieluchy nauczył się ściągać), zamiast go ciągnąć na długie spacery, idziemy tylko na najbliższy skwerek. Kanapies rasy wielokrotnie zmieszanej ma u nas dom spokojnej starości, bidok już nie ma sił, żeby wskoczyć na łóżko, więc mu rozłożyliśmy dywaniki miękkie na podłodze. Źle nie ma, trudno
Wielka ucieczka
Suszarkę do grzybów kupiłem. Żona twierdzi, że w rodzinie nie było dotąd grzybiarza, dla niej to coś nowego, zaciekawienie gryzie się u niej z delikatną mieszczańską konfuzją, ale ufa mi, jako daltonista gołąbków nie zbieram, a kurki, borowiki i podgrzybki Żona zna ze straganów. Cieszy się też, że nasz sześciolatek podziela to zamiłowanie: wzrok ma chłopak bystry i bliżej do runa o połowę, więc łacniej wypatruje grzybną drobnicę, tę marynatową, potem czyścić i kroić też chce. Teść przygląda się wnukowi ukontentowany,
Obrona narodowa
Płonie ognisko na pasie ziemi niczyjej, gdzie niczyi ludzie dogorywają bez wody, żywności i pomocy medycznej, knieje szumią o obrońcach naszych polskich granic, którzy za bohaterską postawę dostają nagrody od ministra. Naród jest dumny ze swoich wojowników, tylko czekać, aż się pojawią nowe ronda imienia Obrońców Usnarza, w jednym ciągu z tymi spod Westerplatte, cóż, łatwo dziś zostać bohaterem pisowskiej Polski. Władysław Frasyniuk, człowiek, który się ch…om nie kłaniał, nazywa po imieniu, choć nadzwyczaj łagodnie,
Brzydkie słowo
Pojechaliśmy w Sudety; Żona chciała na Zachód, ale żeby było niedrogo i w złotówkach, od siebie dołożyłem postulat antymazowiecki, tzn. nie może być płasko, nie ma być komarów, no i raczej Schinkel niż Tylman z Gameren, jeśli mamy uprawiać zwiedzactwo architektoniczne. Padło na Kotlinę Kłodzką, bo jednak ciut bliżej niż Karkonosze, a możliwości rozmaite, góry skaliste i nie, stare kopalnie, śmierdzące szczawy w uzdrowiskach, no i we wsi Kletno najpiękniejsza jaskinia Polski. Do tej ostatniej trudniej się dostać niż na „Ostatnią Wieczerzę” w Mediolanie, limity
Trzeźwica
Raczej żłopię, niż popijam, choć pandemia zmieniła moje upodobania – prawie nie uczęszczam już do żłopka, odwykłem od pubów, nie piję na mieście, teraz w domu sobie używam, nie nadużywam, choć zapewne używam nazbyt regularnie. Żona miewa pretensje, jest wrażliwa w temacie, jej dawno zmarła matka przed bez mała ćwierćwieczem wódką wyhodowała sobie raka jelita; była rówieśniczką mojej, która wciąż żyje. Wedle specjalistów każda szkodliwa dawka alkoholu skraca życie o kwadrans. Żłopię nawykowo
Szkolny prześladowca
Za sprawą doświadczeń szkolnych mam alergię na imię Przemysław, nic na to nie poradzę, jak kto chce we mnie obudzić demony paniczne i obrazy womitywne, wystarczy, że wypowie przy mnie „Szkoła, Przemysław”, nie musi dodawać nazwiska. Marna to pociecha, że ostatnio ten odruch stał się powszechny jak Polska długa i szeroka. Czarnek nie jest wart felietonu, ale zebrało mi się na wspominki. Przemas, bo tak się kazał nazywać mój oprawca z podstawówki, był średnio wyrośniętym chłopcem z lekką nadwagą i ciężkimi skłonnościami
Nieładnie
Wałęsam się po księgarniach i udając, że przeglądam nowe tytuły, wącham książki. Zapach farby drukarskiej przenosi mnie do lat błogiego dzieciństwa – bardzo wcześnie nauczyłem się czytać, a rodzice nie skąpili mi lektur, nigdy później nie wzbudzałem takiego zachwytu. Ale prawdziwą magdalenką jest mi farba olejna, włóczę się po wystawach, szukając świeżych obrazów, na których jeszcze zachowałyby się resztki zapachu materiałów malarskich – ojciec wszakże wywijał nie tylko nahajem, nie demonizujmy, machał nade wszystko pędzlem, oprócz
Korrida po polsku
Kłębią się dziennikarze przed wejściem do Czytelnika, w ekscytacji i wyczekiwaniu; pies mi ledwie dyszy na smyczy od upału, widzę, że chce nasikać na statyw kamery, przeciągam go kilkanaście metrów dalej, gdzie w dystansie czatują ci z TVPiS, mówię mu: „Tu możesz”. To jest bardzo obrazowa sytuacja proksemiczna: wolne media wymieszane w żwawym tłumku po jednej stronie i para ponuro milczących propagandystów na czatach w sporej odległości, w oddzieleniu, po drugiej stronie kiosku. Oni już czują ostracyzm, na razie mają to gdzieś, bo są na kur-wizyjnym








