Wpisy od Wojciech Kuczok
Niewczesny wędrowiec
Nie żegnam starego roku, trzymam się go jak tonący brzytwy, nie przyjmuję do wiadomości, że od 1 stycznia rocznikowo jestem już pięćdziesięciolatkiem. W takim np. Krakowie, który odwiedzam na dłużej niż dzień po raz pierwszy od czasu studiów doktoranckich, cierpię na coś w rodzaju zaburzenia perspektywy temporalnej, jak rzekłby fachowiec od mózgów. Gdzieś mi zginęły dwie dekady – wyszedłem na piwo i wróciłem „Dwadzieścia lat później”, jak głosiłby napis, gdyby to film był, nie życie. Zaburzenia dotyczą zresztą także topografii: umawiam
Dymgła
Lepkie, tłuste, ciężkie, pyliste, zionące spaliną – naprędce staram się określić powietrze, którym oddycham w górskiej kotlinie, ale i w małopolskiej metropolii, i w najzamożniejszej mazowieckiej gminie – bez różnicy, zimą Polskę spowija smog. Jeszcze jeden punkt zapalny w tym rozpękniętym kraju, jeszcze jeden powód sporów, kolejny pretekst do wojny domowej między plemionami: jedni się duszą smrodem z kominów sąsiedzkich, drudzy wyzywają ich od histeryków, hipochondryków, a ostatecznie unijczyków polskiego pochodzenia. Roznamiętnieni zaprzeczacze
Blask ciemnieje
Grudzień, polska noc polarna. Depresja zimowa, seasonal affective disorder, SAD, yes I’m so sad, nazwałbym ten smutek nawet rozdzierającym, ale grubej warstwy chmur nic nie rozedrze. Jesteśmy skazani na osiem godzin rozproszonego światła, bo przecież nie słońca, którego strzegą nieprzeniknione kłębowiska szarej pary; ludzie etatów wychodzą do pracy przed świtem i wracają po zmierzchu. Od samego spojrzenia na meteogramy odechciewa się żyć, wyglądają, jakby znudzony dzieciak dostał się do programu graficznego i zamalował wszystkie
Rechot gotowanej żaby
Od pisania o Polsce padła mi klawiatura, za mocno waliłem w litery. Pierwsze padło rzecz jasna p; myślałem pisać lipogramy, ale to trudniej, czasochłonniej, rygory spowalniają, a redakcja się niecierpliwi. Ciekawa rzecz: laptop postanowił mnie uspokoić, bo teraz jest tak, że litery przestały się wyświetlać od mocnych uderzeń, ale kiedy delikatnie naciskam palcem, wszystko gra. Nie mogę zatem pisać w gniewie, ale już smutek, rezygnacja i melancholijne rozpamiętywanie osłabiają impet na tyle, że umiem wystukać tekst na czas. Nie pójdę
Polski Wyziewiusz
Stoimy na krawędzi, widok jest skrajnie ponury. „Wyziewiusz” – tak go nazywa Antoś, bo krater dymi, a właściwie paruje ze skalnych szczelin. Zaiste, wygląda to wszystko raczej na wulkan, który właśnie się wybudza z drzemki i zaraz grzmotnie, w każdym razie mógłbym postawić u bukmachera fortunę, że prędzej Wezuwiusz wybuchnie, niż upadnie w Polsce kaczyzm. Przewodnik uspokaja, ale tak zmyślnie, że wszyscy są jeszcze bardziej spietrani, stąpając po krawędzi kaldery. No bo niby nieopodal najstarsze na świecie obserwatorium wyczuwa najdrobniejsze zmiany sejsmiczne, kontroluje
Szalupa Świerkockiego
Współtworzę małżeństwo książkołaków. Nie lubię określenia „mól książkowy”, zdaje się pogardliwe, ponadto z molami miewamy do czynienia sezonowo i są to wrogowie naszego domostwa, żarłoczni i wszędobylscy. Młoda lewica tak się zagalopowała w obronie człowieka prostego, że nie tylko rozgrzesza klasę robotniczą z nieczytania, ale samo czytanie uznaje za przywilej klasy próżniaczej, rozmowy o literaturze za klasistowski snobizm, wrogo odnosi się do fotografii domowych bibliotek i przywoływania kompetencji lekturowych w przestrzeni publicznej. Niechęć do książek jest zatem na propsie i z prawa, i z lewa, przy
Nowy elementarz
Wolność słowa nie jest tożsama z językową anarchią, ta druga ma miejsce w przypadku zamachu na zasady języka. Kiedy słowa odklejają się od znaczeń, jesteśmy bezradni. W „Kle”, pierwszym arcydziele nowej fali kina greckiego, reżyser Yorgos Lanthimos, odwołując się do poetyki surrealizmu, pokazał przed laty mechanizm zniewolenia poprzez dywersję językową. Córki domowego satrapy nigdy nie widziały świata poza domem rodzinnym, bo od dziecka były uczone, że za płotem grasują śmiertelnie niebezpieczne zwierzęta, np. koty, spadają samoloty
Rzeźnia
Wojciech Smarzowski, zmyślnie nazywany przez krytyków „Wajdą z siekierą”, zamienił ostrze na sztych łopaty. Niestety, nie tylko po to, by ekshumować szczątki, o których naród nie chce pamiętać, ale także w celu maksymalnego uproszczenia przekazu. „Wesele”, jak rozumiem, miało stanowić obok „Róży” i „Wołynia” dopełnienie tryptyku pogromowego, ale jest osadzone na lichych zawiasach, ze swoją czytankową topornością pasuje do tamtych zniuansowanych dzieł jak fajans do porcelany. Nie chcę się pastwić, bo Smarzowskiemu kibicuję, a na wojnie, którą wypowiedział pisowskiej polityce historycznej, jestem








