Kłopoty w turystycznym raju

Kłopoty w turystycznym raju

Tunezja wraca na ścieżkę autorytaryzmu

Do Tunezji po dwuletniej przerwie spowodowanej pandemią koronawirusa stopniowo wracają turyści. To ogromna ulga dla hotelarzy, restauratorów i pracowników sektora turystycznego czy drobnych przedsiębiorców, takich jak producenci i sprzedawcy pamiątek, w kraju będącym przecież jednym z popularniejszych kierunków urlopowych w Afryce Północnej. W ostatnim czasie nie mieli powodów do zadowolenia, dzisiaj odradzają się choćby warsztaty drobnych rzemieślników, takich jak ci wyplatający ręcznie tradycyjne torebki ze źdźbeł ostnicy morskiej, trawy występującej w basenie Morza Śródziemnego.

Rękodzieło jest dla Tunezyjczyków istotne i kraj szczyci się ponad 80 jego gałęziami, takimi jak garncarstwo, tkactwo czy produkcja wyrobów miedzianych, czym według danych ONZ para się ponad 350 tys. rzemieślników. Tunezja uczyniła z nich jeden z głównych elementów kampanii promujących turystykę w regionie i te właśnie towary są jednymi z najpopularniejszych pamiątek kupowanych przez turystów.

Choć ruch turystyczny z zagranicy się zwiększa, najbliższa przyszłość kraju wciąż nie jest do końca jasna, zwłaszcza w obliczu trwających przemian politycznych. Do niedawna panowało przekonanie, że Tunezja to jedyne państwo, w którym protesty arabskiej wiosny odniosły sukces, przekształcając ją w demokrację liberalną, zaprojektowaną na wzór zachodni, z pluralizmem politycznym, wolnością słowa i prasy. Dzisiaj wygląda na to, że powróciła na ścieżkę autorytaryzmu.

W lipcu ub.r. prezydent Kais Saied postanowił przejąć pełnię władzy, zawiesić parlament, odwołać gabinet Hiszama Maszisziego i rządzić za pomocą dekretów. Opozycja i niezależni dziennikarze, zarówno z regionu, jak i spoza niego, niebezpodstawnie nazwali ten ruch zamachem stanu. Parlament wybrany został w końcu w demokratycznych wyborach i w równie demokratycznym procesie wyłoniony został rząd. Ale według Saieda był to jedyny sposób na wyjście z trudnej sytuacji, w której znaleźli się Tunezyjczycy.

Kraj bowiem, po demokratycznych reformach, wpadł w kryzys bezrobocia i niskich płac, spotęgowany przez pandemię. W trzecim kwartale ub.r. ponad 18% Tunezyjczyków pozostawało niezatrudnionych, a w przypadku populacji do 24. roku życia wskaźnik ten przekraczał nawet 42%. Wywołało to zrozumiały gniew, którego wyrazem były protesty, przetaczające się przez Tunezję od początku 2021 r.

Premier Hiszam Masziszi próbował uspokoić wówczas nastroje, nie przyniosło to jednak pożądanego skutku, a prezydent Saied krytykował nieporadność rządu. Sam też winą obarczał siły islamistyczne, w tym dominującą w parlamencie i powiązaną z Braćmi Muzułmanami partię An-Nahda (arab. Odrodzenie). Niepokoje społeczne nie sprawiły, że politycy poszli po rozum do głowy. W lipcu ub.r. do mediów wyciekły informacje, że premier Masziszi z grupą ministrów spędził weekend w luksusowym hotelu w mieście Hammamet, jednym z najpopularniejszych kurortów w regionie. Obywatelom w tym czasie nie wolno było korzystać z podobnych atrakcji, gdyż obowiązywały ograniczenia poruszania się po kraju, a w szpitalach kończył się tlen podawany pacjentom w stanie ciężkim.

Znacząco wzrosły także ceny podstawowych towarów, ponieważ rząd zdecydował się na obniżenie subsydiowania cukru, odmawiając jednocześnie nałożenia ograniczeń na ceny innych produktów. Wynikało to z trwających rozmów z Międzynarodowym Funduszem Walutowym w kwestii udzielenia Tunisowi pożyczki, która mogłaby podreperować finanse publiczne. Decyzja niepopularna, ale MFW często oczekuje od potencjalnych pożyczkobiorców ograniczenia wydatków socjalnych, co zwykle stanowi cios w najbiedniejszych obywateli.

Było to tym trudniejsze, że kryzysem został dotknięty jeden z najważniejszych sektorów gospodarki. Do 2019 r. Tunezja przyjmowała niemal co sezon więcej turystów. Jedynie w latach niepokojów, jak podczas arabskiej wiosny, te liczby spadały, choć nigdy nie do poziomu tak niskiego jak w pierwszym roku pandemii. Bezpośrednio przed nim kraj odwiedziła rekordowa liczba niemal 9,5 mln chętnych do zwiedzania zabytków czy wypoczynku na malowniczych plażach Morza Śródziemnego. Hotelarze i inni przedsiębiorcy działający w sektorze liczyli, że kolejny rok przyniesie jeszcze większe przychody, przebijając dotychczasowy spektakularny wynik 5,6 mld dinarów.

Pandemia brutalnie zweryfikowała oczekiwania, obcinając przychody z turystyki do ledwie 2 mld dinarów, które przyjechały razem z 2 mln turystów. Wiele hoteli nie było w stanie sobie z tym poradzić i musiały się zamknąć, co spowodowało, że dziesiątki tysięcy Tunezyjczyków straciły pracę.

Dzisiaj sytuacja trochę się poprawia, choć wciąż jest daleka od idealnej. Dotychczas w 2022 r. Tunezję odwiedziło ok. 3 mln osób, głównie z sąsiedniej Libii i Algierii, w dużej mierze dzięki otwarciu lądowych granic po dwuletniej przerwie. Ostateczna liczba raczej nie przebije rekordu sprzed trzech lat, ale daje pewne nadzieje na odbicie się sektora, który dawniej odpowiadał za ponad 12% produktu krajowego brutto.

Niejeden turysta może jednak się zastanawiać, na ile bezpieczne jest odwiedzenie kraju będącego od roku w poważnym kryzysie politycznym, którego ostatnim przejawem było referendum konstytucyjne z 25 lipca, zbojkotowane przez opozycję jako legitymizujące działania Kaisa Saieda. Do urn wybrało się ledwie ok. 30% obywateli, najmniej w historii wszystkich ważniejszych głosowań, które odbyły się w Tunezji od czasu arabskiej wiosny. 95% opowiedziało się za przyjęciem dokumentu, który wprowadzał pełny system prezydencki, dający Saiedowi uprawnienia do mianowania i odwoływania członków rządu czy zawieszania parlamentu, a przy tym zapewniający mu immunitet i wykluczający możliwość zdjęcia go ze stanowiska.

Co prawda, liczba kadencji prezydenta została ograniczona do dwóch, lecz Saied pozostawił sobie furtkę pozwalającą na przedłużenie urzędowania, gdyby wybory nie mogły się odbyć ze względu na „nagłe zagrożenie”. To budzi poważne obawy o przyszłość tunezyjskiej demokracji.

Ci, którzy popierali decyzję prezydenta i nową ustawę zasadniczą, przekonują, że władza w rękach silnego przywódcy jest gwarancją bezpieczeństwa i stabilnej sytuacji. W świecie arabskim demokracja widziana jest jako system słaby, który wiąże się z problemami ekonomicznymi. Zwolennicy tej zmiany liczą więc, że Saied rozwiąże ich kłopoty, poprawi sytuację rynkową i zwiększy zatrudnienie. A jeśli uda mu się zabezpieczyć kraj, to wrócą turyści i znowu ruszy tunezyjska gospodarka. Nie zdołał jeszcze powstrzymać inflacji, która w lipcu ponownie wzrosła – w dziesiątym z kolei miesiącu – osiągając 8,2%. Przede wszystkim wzrosły ceny jedzenia i napojów, a także odzieży i obuwia, choć zwolnił wzrost cen alkoholi i wyrobów tytoniowych.

Tunezja zdecydowała się na poluzowanie obostrzeń nakładanych na przyjezdnych, umożliwiając wjazd osobom w pełni zaszczepionym przeciw covidowi, jak również niezaszczepionym, którzy wykonają test PCR lub antygenowy. Dotychczas musiałyby one też odbyć pięciodniową kwarantannę, ale od czerwca nie jest już wymagana.

Jeszcze w maju minister turystyki Mohamed Moez Belhassine w rozmowie z „Rzeczpospolitą” podkreślał, że popyt na tunezyjskie wakacje jest duży także wśród Polaków, a jego kraj liczy na to, że w sezonie przyjmie aż 100 tys. turystów znad Wisły, czyli tylu, ilu przyjechało w 2019 r. Czy ta prognoza się sprawdzi, dopiero się okaże. Tymczasem biura podróży w swoich ofertach kuszą wakacjami all inclusive dostępnymi przeciętnie za ok. 2,5 tys. zł za tydzień, choć są i propozycje tańsze. Bardzo lubiany przez Polaków kierunek może więc znowu zyskać na popularności.

Fot. Shutterstock

Wydanie: 34/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy