Okno możliwości

Okno możliwości

Rosja na zawsze utraciła Ukrainę


Dr hab. Agnieszka Legucka – profesor Akademii Finansów i Biznesu Vistula, analityczka ds. Rosji w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Do 2016 r. związana z Akademią Obrony Narodowej. Autorka takich publikacji jak „Polityka wschodnia Unii Europejskiej”, „Geopolityczne uwarunkowania i konsekwencje konfliktów zbrojnych na obszarze poradzieckim”.


Zaskakująca jest determinacja, z jaką Rosja chce podporządkować sobie Ukrainę…
– Rosja, jak przyznaje wielu rosyjskich badaczy i pisarzy, zafiksowała się na punkcie Ukrainy. To perła w koronie ich imperialnego myślenia. A z kolei Władimir Putin marzy, by zapisać się na kartach historii jako ten przywódca, który przywrócił ją Rosji.

Rozumiem, że Rosja chce mieć Ukrainę, ale zaskakuje mnie metoda. Dlaczego robi to, najeżdżając ją?
– Wszystko wskazuje na to, że chce skorzystać z okna możliwości, które ma, a które może nie pojawić się w przyszłości.

Teraz albo nigdy

Jakiego okna możliwości?
– To okno możliwości pojawiło się z kilku powodów. Po pierwsze, Rosjanie uważają, że Ameryka, a tak naprawdę generalnie Zachód jest słaby. Bo już wielokrotnie poszedł Rosji na ustępstwa. A teraz jest szczególnie słaby. Zwłaszcza po wycofaniu się Amerykanów z Afganistanu. Rosjanie doszli do wniosku, że Afganistan był cmentarzyskiem imperium radzieckiego, więc będzie też cmentarzyskiem imperium amerykańskiego. Mieliśmy również wydarzenia z 6 stycznia 2021 r., czyli atak na Kapitol. To są te znaki, które uznali za kwintesencję rozkładania się Zachodu.

Do tego pewnie dochodzi brexit.
– Brexit, pandemia, nieumiejętność poradzenia sobie z falą imigrantów, polaryzacja wewnątrz Zachodu – to wszystko spowodowało, że w Rosji stwierdzono, że teraz wystarczy tylko trochę pomóc, pchnąć tę kulę i ona sama potoczy się w przepaść. A wtedy zapanuje kolejna sprawiedliwość dziejowa, rewanżyzmu autorytarnych reżimów, koalicji Rosjan z Chinami triumfującej nad zgniłym Zachodem.

Koalicji Rosjan z Chinami?
– Rosja podczepiła się pod Chiny, uznając, że musi się podczepić pod silniejszego gracza. Na jakiś czas zaakceptować rolę słabszego juniora-partnera, bo jest słabsza od Chin. A przy tym przyjęła bardzo ważny wniosek, dla elity chyba kluczowy: że rosyjskiej elicie zagraża system demokratyczny. Władimir Putin panicznie obawia się wszystkich kolorowych rewolucji, demokratycznych wyborów itd.

Zły sen, czyli kolorowe rewolucje

W roku 2014 na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Putin przestrzegał przed kolorowymi rewolucjami. Mówił, że dla Rosji jest to „lekcja i ostrzeżenie”. I deklarował: „Musimy uczynić wszystko, co możliwe, żeby nic podobnego nie wydarzyło się w Rosji”.
– Kolorowe rewolucje, Majdan w Kijowie, protesty na Białorusi, protesty w Kazachstanie – wszystko to jest uznawane przez Władimira Putina za zagrożenie egzystencjalne.

Dla siłowików czy dla Putina?
– I dla Putina, i dla siłowików. To jest taki zbiorowy Putin. Elita władzy w Rosji uważa, że zagrożeniem dla niej jest demokracja, natomiast to, co płynie od reżimu chińskiego, autorytarnego – zagrożeniem nie jest. Gdzieś tam w przyszłości – być może. Ale nie teraz. W związku z tym mamy bliskie kontakty, współpracę między Chinami i Rosją. Ta koalicja jest dziś bardzo silna, z uwagi na wspomniane okno możliwości.

Bo uznali, że Zachód jest słaby.
– Są i inne elementy składające się na to przekonanie. Europa wciąż jest uzależniona od rosyjskich surowców energetycznych. Rosja może powiedzieć: zakręcamy kurki. Są też elementy polityczne. Wybory w Niemczech i zmiana władzy oraz towarzyszące temu turbulencje. Zbliżające się wybory we Francji. To wszystko są czynniki, które dla Rosji – tak pewnie kalkulowano na Kremlu – mogą się zmienić na niekorzyść. Europa za jakiś czas poradzi sobie z niedoborem gazu, Zachód się skonsoliduje… W związku z tym Władimir Putin stanął przed wyborem: albo teraz, albo później, ale wtedy może być dużo trudniej.

Ultimatum, czyli plan Putina

Zdecydował się więc zagrać i o Ukrainę, i o nowy układ sił. Taka jest przecież treść ultimatum z 17 grudnia, w którym Rosja domagała się nie tylko gwarancji, że Ukraina nigdy nie wejdzie do NATO, ale i „demilitaryzacji” wschodniej flanki NATO, z Polską na czele.
– To newralgiczny moment, bo Rosjanie postawili ultimatum nie do przyjęcia dla Zachodu. Nie tylko dlatego, że mówiło ono, że nie wolno rozszerzać NATO na Ukrainę i Gruzję, bo część państw zachodnich mogłaby nawet na to przystać.

Kazus Gruzji to potwierdza.
– Ale Rosja zawiesiła poprzeczkę jeszcze wyżej. Zażądała, byśmy wrócili do roku 1997, jeśli chodzi o infrastrukturę wojskową. To było jednoznacznym sygnałem dla państw NATO, że Putin chce iść jeszcze dalej, że chce współdecydować o sprawach wewnętrznych Sojuszu Północnoatlantyckiego. A tego państwa zachodnie nie mogą zaakceptować. W efekcie Rosja osiągnęła coś zupełnie innego, niż zakładała. Chciała mieć mniej żołnierzy amerykańskich w Europie, osłabić wschodnią flankę NATO, a ma więcej Amerykanów i skonsolidowała Zachód.

To było do przewidzenia.
– Nie do końca. Rosjanie liczyli, że przestraszą i poczekają, a Zachód powie: podyskutujmy. I zacznie ustępować. Ale tak się nie stało, Rosjanie nie otrzymali tego, czego oczekiwali. Chociaż widać było, że zachodni monolit zaczął pękać, były już wycieczki do Moskwy. Orbán pojechał, potem Macron, Scholz… Już były składane oferty, że może nacisnąć bardziej na Ukrainę, żeby przyjęła mińskie porozumienia, żeby ukorzyła się przed Rosją. Żeby za cenę porozumień mińskich był spokój w Europie.

To Zachód miał przydusić Ukrainę

Co mówią porozumienia mińskie z roku 2014 i 2015? Ukraina ich nie realizowała, a Putin ostatecznie też wyrzucił je do kosza.
– Porozumienia mińskie, najkrócej mówiąc, były dokumentami, które zostały wymuszone szantażem wojskowym na stronie ukraińskiej, w momencie kiedy Rosjanie wsparli separatystów z części Donbasu. Ukraińcy obawiali się przyjęcia tych porozumień, bo były one dla nich bardzo niekorzystne. Ich przyjęcie byłoby równoznaczne z totalną destabilizacją państwa. Gwarantowały one separatystycznym republikom Donieckiej i Ługańskiej nie tylko faktyczną niezależność, ale i wpływ na decyzje centralne, jeśli chodzi o kierunek rozwoju państwa. Zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej. To byłby koń trojański, dzięki któremu Rosja miałaby wpływ na politykę państwa ukraińskiego.

Jak Rosjanie wyobrażali sobie, że zmuszą Ukrainę do stosowania umów mińskich?
– Chcieli to teraz zrobić, przy pomocy Zachodu. Chcieli na tyle przestraszyć Zachód potencjalną wojną, żeby to jego liderzy zmusili Ukrainę do ustępstw. Żeby Macron i Scholz, a nawet Biden, powiedzieli Ukraińcom: zobaczcie, jaka jest sytuacja! My wam pomożemy, damy pieniądze, kredyty, ale weźcie się ogarnijcie!

Ustąpcie…
– I wtedy Scholz miałby otwartą drogę, żeby mieć Nord Stream 2, Francuzi mieliby spokój, Macron by błyszczał, nikt nie mówiłby o wojnie w Europie, nikt nie straszyłby problemem nuklearnym. Byłby spokój! Ale Ukraina nie zgodziła się na porozumienia mińskie. A Zachód nie zgodził się na przymuszanie jej do nich. I Putin uznał, że trzeba wywrócić stolik negocjacyjny.

Skarżył się na to w jednym z wystąpień: że nic nie ustąpili! No to jest inwazja.
– Gdyby Rosjanie uznali republiki Doniecką i Ługańską w tych granicach, jakie zajęły one w roku 2014, i dalej nie wchodzili, na Zachodzie odetchnięto by z ulgą. Bo powiedziano by, że Putin ma to, co i tak dotychczas kontrolował.

Przystawił lufę do głowy

Ale poszedł dalej. I mówi, czego chce: zmiany ukraińskiego rządu na prorosyjski; akceptacji aneksji Krymu i oderwania samozwańczych republik; demilitaryzacji Ukrainy i wyrzeczenia się przez nią obecności w NATO.
– Czyli de facto chce, żeby Ukraina zgodziła się na rolę rosyjskiego protektoratu. Porozumienia mińskie, które mogły temu służyć, Putin wyrzucił do kosza. W zamian przystawił Ukraińcom lufę do głowy.

Rosjanie nie pozyskają w ten sposób Ukraińców.
– Jeśli chodzi o całą Ukrainę, to rzeczywiście dla Rosji jest stracona. Poparcie dla Moskwy spada tam za każdym razem, gdy chce ona anektować jakąś część ukraińskiego terytorium. Ale jeśli chodzi o część wschodnią, a właśnie stamtąd wracam – tam nastroje są trochę inne. To jest biedny rejon i poza trochę bogatszymi ośrodkami miejskimi, takimi jak Mariupol czy Kramatorsk, gdzie są nastroje bardziej proukraińskie, w mniejszych miejscowościach propaganda rosyjska działa. Tam mieszkają głównie ludzie starsi, z nostalgią wspominający czasy ZSRR albo niedawne czasy Janukowycza, stabilizacji, kiedy te regiony były bardziej nastawione na eksport do Rosji. Oni uważają, że kiedy były dobre relacje z Rosją, to był czas prosperity. Wschód odróżnia się od reszty Ukrainy. Tam jest i pewna doza prorosyjskości, i pewna doza identyfikacji regionalnej. Pragmatyczności. Teraz jest Ukraina, więc jest dobrze. Jak przyjdzie Rosja, też będzie dobrze. To wynika z tego, że region jest biedny i bierny. Młodzież stamtąd wyjeżdża, najczęściej do Polski.

Nie do Rosji?
– W mniejszym stopniu. Ale również chciałabym podkreślić, że spotkaliśmy dużą grupę aktywistów ukraińskich, którzy burzą obraz prorosyjskości wschodnich terenów. Są bardzo nastawieni na to, żeby działać na rzecz lokalnej społeczności, żeby budować ukraińskość. Mówią, że od ośmiu lat jest tam Ukraina i to jest ich państwo. Ale oni są w mniejszości.

Nowa tożsamość Ukrainy

W każdym razie im mocniej Rosja ciśnie Ukrainę, tym Ukraina bardziej Rosji nie chce.
– Ukraina była między Wschodem i Zachodem. Prowadziła politykę wielowektorową. Dzisiaj, w wyniku polityki rosyjskiej, jest to polityka jednowektorowa. Rosjanie stworzyli naród ukraiński, który jest narodem prozachodnim, opcję prorosyjską popiera niewielki procent obywateli.

Czyli tę tożsamość tworzą sprzeciw wobec Rosji i europejskie aspiracje, a nie przypominanie przedwojennych nacjonalistów?
– Banderę kojarzą tylko na zachodniej Ukrainie. Ukraińcy dowiadują się o nim, jak przyjadą do Polski. Dziś Ukraina swoją tożsamość buduje inaczej. Wielki strateg Putin ma w tym znaczący udział.

Ale Zachód nie chce Ukrainy.
– Nie wiem, czy nie chce. Jeżeli pojedzie się na Ukrainę, to widać inwestycje, zarówno państwowe, jak i te realizowane z pomocą Zachodu. Widać, że rozwinęła się infrastruktura. Ukraina się zmieniła. Oczywiście ma swoje problemy. Jeśli chodzi o oligarchizację i uwikłanie kolejnych prezydentów, łącznie z Zełenskim, to jest problem, z którego Ukraina nie wykopie się przez długie lata. Ale co do tego, że społeczeństwo ukraińskie dokonało wyboru, i to wyboru prozachodniego, nie ma żadnych wątpliwości.

Jednak, jak mówił prezydent Zełenski, Ukraińcy zostali naprzeciw Rosji sami.
– Co może być wykorzystywane przez rosyjską propagandę. Ponieważ Amerykanie, Brytyjczycy się wycofali, Rosjanom bardzo zależało na tym, żeby pokazać Ukraińcom: patrzcie, Zachód w obliczu wojny was zostawił. I wobec tej zdrady wy, Ukraińcy, będziecie zmuszeni iść w ramiona Rosji.

Przecież oni nie pójdą w ramiona Rosji. Zwłaszcza teraz, kiedy mają swoich wojennych bohaterów i męczenników.
– Tego Rosjanie nie potrafią zrozumieć – że Ukraińcy są dla nich straceni. To, czego Rosja nie potrafiła przepracować wewnętrznie, to syndrom postkolonialny. Wciąż ma ona bóle fantomowe wielkiego imperium i ludów podległych.

Kogo (i czego) boi się car?

Co dalej?
– Mamy konflikt zbrojny. Jego koszty polityczne i wizerunkowe dla Putina są straszne.

Ale on to lekceważy!
– Jeśli rosyjskich wojsk nie powstrzyma armia ukraińska, to on już z niczym nie będzie się liczył. Najbardziej go powstrzymuje opinia rosyjska. Rosjanie boją się wojny, nie chcą jej, a zwłaszcza wojny z Ukrainą, ona nie mieści im się w głowie. Proszę zauważyć: Putin, zanim podjął decyzję o uznaniu dwóch separatystycznych republik, zwołał wszystkich członków Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Posadził ich jak uczniów i odpytał. Żeby każdy był współodpowiedzialny za tę decyzję. Czyli żeby odium klęski politycznej – bo to będzie klęska polityczna, jeżeli inwazja gdzieś utknie – spadło na wszystkich.

Pokazywał to posiedzenie w telewizji dla Rosjan. Bo przecież nie dla Zachodu.
– Putin Zachodem się nie przejmuje. Lekceważy sankcje. Choć na pewno nie wstrzymanie certyfikacji Nord Stream 2. To jest coś, co Rosjanie usłyszeli z pewnością. Na razie jeszcze nie biorą tego na poważnie, wierzą, że to się jakoś odkręci. Bo korzyści polityczne z przejęcia Ukrainy są jednak większe niż korzyści wynikające z Nord Stream 2.

A Chińczycy?
– Na razie wspierają Rosję, ale w ograniczonym zakresie. W rywalizacji międzynarodowej podoba im się Rosja, która testuje Amerykanów. Z drugiej strony to, co robi Rosja, uznając niepodległość Donbasu, nie jest dla nich rozwiązaniem idealnym. Popieranie separatyzmów? Oni tego boją się jak ognia.

Putin będzie chciał Ukrainę zadusić.
– Przestraszyć wojskowo. Manifestacja zbrojna ma pokazać całej Europie, że ma do czynienia z nieprzewidywalnym graczem, którego trzeba się bać. A na razie, ponieważ nikt nie wysunął tej superoferty, na którą Rosjanie czekają, to posuwają się dalej.

Jakiej superoferty?
– Dotyczącej Ukrainy, NATO, nowej architektury bezpieczeństwa. Czegoś, czym władze rosyjskie będą w stanie się zadowolić. Rosjanie będą się posuwać tak daleko, aż Zachód powie im stop. Wojsk Amerykanie nie chcą wprowadzić, czyli to stop musi być inaczej powiedziane.

Groźne miny robi się do pierwszych worków z trupami. Matki będą odbierały ciała synów i ich chowały. To Putina nie rusza?
– Wie pan, co się dzieje z workami, które przyjeżdżają do Rosji z Donbasu? Przecież Rosjanie tam ginęli. Rosyjskie matki muszą chować swoich synów potajemnie. W normalnej procedurze dostają odszkodowanie i siedzą cicho. Jak próbują być głośno, trafiają do psychiatryka. Jeżeli więc nie będzie to wielka interwencja, Rosja jakoś to przyjmie. A jak będzie wielka – włączy się w to rosyjska propaganda.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 10/2022

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy