Podsiadło bez wahania

Podsiadło bez wahania

Wiem, świat się wali, trwają przepychanki w przedpieklu, lecz czyż właśnie dlatego nie powinniśmy sięgnąć po wiersze? Pozwolę sobie odebrać Brechtowski serwis: milczenie o drzewach jest zbrodnią w czasach nieustającej rozmowy o czynach niecnych. Na okładce „Podwójnego wahadła” – najnowszego, wybitnego tomu poezji Jacka Podsiadły, widzimy fotografię, która też jakoś odpowiada na dylemat Brechta. Siwobrody mężczyzna pyka fajkę w doszczętnie zrujnowanym mieszkaniu w Aleppo i słucha muzyki na starym gramofonie – jedynej rzeczy, która jakimś cudem przetrwała bez uszczerbku bombardowanie. Żyjmy kulturą choćby i osmaleni, na pohybel podpalaczom, którzy mają władzę, pieniądze, większościowy rząd umytych dusz, ale kultury nie mieli nigdy, jej sięgnąć nie są w stanie. Choć nie ustają w diabelskich zakusach; hojnie obdarowują nadwornych grafomanów, a w obce im środowisko wpuścili konia trojańskiego w postaci „Nowego Napisu”. Skoro się nie ma swoich poetów, trzeba było skłócić tych po drugiej stronie barykady – PiS nie umie rządzić inaczej niż przez konflikt. Lwia część ludzi pióra w Polsce nigdy w życiu nie zarobiła takich pieniędzy, jakimi kusi rządowa trybuna literacka, więc z każdym miesiącem kolejni poeci sprzedają twarz za honoraria, o których dotąd tylko śnili pokątnie. Na niesmak tych, którzy kolaborować nie mają zamiaru, reagują agresją zgrabnie podszytą modnymi ideami: sumienie jest przywilejem klasowym; o wolności i etyce nie mają prawa mówić ci, którzy nigdy nie przymierali głodem.

Owóż Jacek Podsiadło, dziś poeta laureatus, niegdyś artysta bezpański, zabrał jasny głos w sprawie: nic nie usprawiedliwia aliansu z kaczystowską władzą, wszyscy zwerbowani do „Nowego Napisu” autorzy prostytuują się i „przyjdzie im latami zlizywać z siebie tego pawia”. W prowokacyjnym utworze „Tomasz Pułka, który się trupom nie kłaniał” Podsiadło piętnuje z nazwiska szeregi kolaborantów, w dodatku obraża uczucia religijne pokolenia, dla którego Pułka jest świętym (przypomnę, że obiecujący poeta, ledwie zaczął obietnice spełniać, zakończył krótkie życie, wpadając do Odry). Wzburzenie i wściekłość wśród poetów były wprost szalone, kiedy ten wiersz wychynął z szuflady jako pilot „Podwójnego wahadła”; autorzy, którzy dobili targu z władzą, rzucili się na swojego niedawnego ulubieńca jak sfora neapolitańczyków na Maradonę, kiedy ten wyrzucił Włochów z Il Mondiale 1990. Gdy temperatura opadła, konsylium komentariatu fejsbukowego uznało JacPo za literackiego trupa. Tymczasem Podsiadło właśnie ich dobił, wydając książkę wyśmienitą, może najlepszą w swoim dorobku. Na szczęście oprócz kija włożonego w środowisko poetów sprzedajnych Podsiadło jesienią zaprezentował także wstrząsający „Słup ze słów”, literacki pomnik ofiarom pogromów, zarazem bezlitosny obraz przaśnego polskiego antysemityzmu. Żaden utwór liryczny nie wywołał w bieżącym stuleciu w Polsce tak szerokiej dyskusji literackiej, politycznej i historycznej. A teraz dostajemy cały tom, w którym nie ma słabych ogniw.

Podsiadło zaczynał w latach 80. od freestylowej, wagabundzkiej pop poetry, by teraz wymościć się w niezwykle wyszukanej, przewrotnie klasycyzującej i namiętnie rymowanej formie (nawet tytuł sobie zrymował z nazwiskiem). W dodatku, choć autor zbywa pytania o inspiracje i znaczenie swoich wierszy, są to utwory erudycyjne, nierzadko hiperteksty, odsyłające daleko poza ramy wiersza, pełne konkretów historycznych, nazwisk, cytatów i kryptocytatów. Tom zaprasza więc do lektury wielokrotnej – jak choćby w „Skonie Acerna”, który najpierw czytamy, posiłkując się wyobraźnią i smakując frazę wiersza, by wrócić do niego i dekodować ekfrazę, spozierając na płótno Wilhelma Leopolskiego, potem zaś szukając w tekście echa poezji tytułowego bohatera, Sebastiana Klonowica, czy zanurzając się w biografii pierwszego polskiego balneologa, dr. Ocellusa, asystującego przy łożu śmierci poety. Lub też, gdy w „Natura est Deus in rebus”, zadumawszy się nad pięknie sformułowanym zaleceniem, „żeby złudzeń pochodzących od ziemi nie przypisywać ciałom niebieskim”, rozpoznamy słowa Mikołaja Kopernika, dalejże szukać zaczniemy innych nieoznaczonych cytatów, podejrzewając polifoniczny ich montaż. Podsiadło chętnie odsyła uwagę czytelnika do przedwiecznych dziwaków, a to przywołując w poemacie „Próba dzwonów” legendę o św. Paulinie z Noli, któremu przypisuje się „wymyślenie” dzwonów kościelnych podczas iluminacji na łące (zapatrzył się, a raczej usłyszał kwiatki z rodziny campanula), a to sięgając po pierwszego okularnika hiszpańskiego baroku, a to po niemieckiego benedyktyna, który w wiekach średnich zgłębiał tajemnice steganografii.

Śledzę poetycką drogę Podsiadły od młodzieńczej fascynacji jego „stachuriadą”, poprzez fazę ustatecznionego buntu, aż po pełnię dojrzałości poetyckiej i fascynuje mnie, jak ten naturszczyk, szczycący się tym, że ukończył ledwie szkołę podstawową, stał się mądrym, a może i najmądrzejszym poetą naszym. Nie widzę teraz w poezji polskiej autora równie świadomego formy, który umiałby tak zmyślnie łączyć intymistykę, życiopisanie z wycieczkami w głąb historii kultury. Nikt nie jest zarazem poetą tak religijnym jak niewierzący Jacek Podsiadło, który twierdzi, że w poezji nigdy nie kłamie. Ta deklaracja pochodzi jednak spoza wiersza, więc czy można mu wierzyć?

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 6/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy