Oni się śpieszą, a my się nie dajemy

Oni się śpieszą, a my się nie dajemy

Dzisiejsze dziennikarstwo albo władzę sprawuje, albo o nią walczy

Daniel Passent – publicysta, dyplomata

Dziennikarzem zaczął pan być w październiku 1956. Choć rok 1956 zastał pana w ZSRR.
– Byłem na I roku studiów, na uniwersytecie w Leningradzie. Żyłem między uniwersytetem, muzeum w Ermitażu i akademikiem na ulicy Dobrolubowa. W czerwcu skończył się rok akademicki, mój pierwszy i jedyny i wyruszyłem pociągiem do Warszawy. Kiedy przyjechałem do Warszawy, całe miasto już było podniecone. Dowiedziałem się o Poznaniu, co było dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Byłem szczeniakiem, który specjalnie tym się nie interesował, interesowały mnie studia, a nie bieżąca polityka. Przy tym wychowywałem się w rodzinie dr. Jakuba Prawina, który był starym komunistą, byłem niewierzący. Nie miałem skąd czerpać znaków zapytania wobec tego, co się dzieje. Do tego jeszcze byłem zachwycony, że żyję. Moi rodzice zginęli, a ja jako jedyny z rodziny ocalałem z Holokaustu.

Już w czerwcu postanowił pan nie wracać do Leningradu…
– Na II rok zapisałem się na Uniwersytet Warszawski. Poszedłem na uniwersytet, a tam się kotłowało. Bo Gomułka, bo Węgry, bo Rosjanie, oddawaliśmy krew dla Węgrów. I tam poznałem moich przyjaciół na resztę życia. Andrzeja Garlickiego, przyszłego profesora i mojego najbliższego przyjaciela, i Andrzeja Krzysztofa Wróblewskiego. A także Karola Modzelewskiego, z którym kontakt przez resztę życia nie był może bliski, bo nasze drogi się rozeszły, ale który do dziś jest bliską mi osobą. Potrzebowałem z czegoś żyć i oni mnie skierowali do swojego kolegi, Mariana Turskiego, w „Sztandarze Młodych”. Czyli od 1956 r. do dzisiaj jestem z Marianem Turskim w jednej redakcji, bośmy się ze „Sztandaru” przenieśli do „Polityki”.

W jaki sposób?
– Był odwrót od Października… W „Sztandarze” zaczęliśmy odczuwać dokręcanie śruby. I wtedy się rozeszło, że pełniący obowiązki naczelnego Marian Turski i kilku moich kolegów, Jan Krzysztof Wróblewski, Zygmunt Szeliga, Darek Fikus, odchodzą ze „Sztandaru” na znak protestu i przenoszą się do „Polityki”, która akurat powstała. Co było krokiem trochę dziwnym, ponieważ ta „Polityka” została założona na grobie „Po Prostu” i miała reprezentować słuszną linię Gomułki. Ale ja byłem za głupi, żeby to wszystko rozumieć. Byłem zaaferowany tym, że jestem dziennikarzem, że mam zrobić wywiad, napisać tekst… Tak bardziej świadomie zacząłem być dziennikarzem w „Polityce”.

Na czym ta świadomość polegała?
– Nauczyłem się wyczuwać tzw. atmosferę. Po pierwsze, ciągle wzywali Rakowskiego do KC na odprawy redaktorów naczelnych, więc on przynosił wieści i spostrzeżenia. Po drugie, wyczuwaliśmy temperaturę po cenzurze. Po jej ingerencjach. Po trzecie, mówiło się, że z powietrza wiadomo, co się dzieje. Czasami wyjeżdżaliśmy za granicę. Ja byłem pod tym względem mocno uprzywilejowany. W roku 1962 dostałem stypendium do Stanów Zjednoczonych, na Uniwersytet w Princeton.

Jak pan to sobie załatwił?
– Proszę pana, dzisiaj trudno w to uwierzyć. Jako młody dziennikarz byłem zapraszany na różne przyjęcia, koktajle czy święta państwowe w ambasadach. I pewnego dnia do redakcji zadzwonił radca ambasady amerykańskiej, pan Lee Stull. Że on by chciał umówić się ze mną na kawę. Byłem zdziwiony i przestraszony, czy w ogóle można umówić się z amerykańskim radcą? Poszedłem do Rakowskiego, a on powiedział: „Niech Darek Fikus idzie z tobą”. I poszedł w charakterze przyzwoitki. A Stull przedstawił się, że jest absolwentem Uniwersytetu Princeton i przysługuje mu raz w roku wskazanie kandydata do stypendium. I czy ja się zgadzam, żeby on mnie wskazał? Zgodziłem się i dostałem to stypendium. Więc byłem przez rok, w latach 1962-1963 na wspaniałym uniwersytecie. W ogóle uważam go za najlepszy rok mojego życia, ze wszystkich 80, które przeżyłem. Bo byłem wolny, na jednym z najlepszych uniwersytetów, miałem opłacony akademik i stołówkę oraz 100 dol. miesięcznie w gotówce na komunikację, książki. Byłem absolutnie szczęśliwy.

Ale wrócił pan…
– Bo resztki rodziny, bo dziewczyna, która czekała, bo tygodnik „Polityka”, a gdybym został w Ameryce, to bym zrobił „Polityce” straszne świństwo. Bo już miałem pewien dorobek. Poza tym język polski to jest mój język, ja w nim pisałem, a Polska to jest mój kraj. Stany Zjednoczone oglądałem jak film, natomiast w Polsce żyłem w autentycznym świecie. Na stypendium w Stanach nie miałem żadnych trosk. Pod koniec pobytu dostałem nawet propozycję, żeby robić doktorat, zostać asystentem. Ale już wiedziałem, że gdyby to nie wypaliło, musiałbym się przebijać, a to nie byłoby proste. Muszę też powiedzieć, że miałem poczucie, że nigdzie nie będzie mi tak dobrze jak w Polsce. Mimo że ta Polska była biedna itd. W sumie nie żałuję, że wróciłem.

Wtedy… A później?
– Później też nie żałowałem. Ale nieraz rozważałem pozostanie. A w 1968 r. wręcz emigrację. Kryzys 1968 r. dla nas w „Polityce” był bardzo trudnym czasem. On nadchodził. Cenzura była coraz surowsza, linia partii coraz węższa i do czasu do czasu spadały na nas razy z powodu takiego czy innego artykułu. Coraz głośniejszy stawał się nurt moczarowsko-narodowo-patriotyczny. I podchodził do nas.

W artykułach zamieszczanych w innych pismach.
– „Żołnierz Wolności”, „Prawo i Życie”, „Walka Młodych” to były pisma centralne i to, co drukowały, nie mogło się ukazać bez aprobaty. Bo cenzor takich rzeczy nie puszczał. A w apogeum kryzysu marcowego dostaliśmy polecenie, żeby drukować felieton Słonimskiego z lat 20.

O Żydach…
– O Żydach nieasymilujących się. To była polemika zasymilowanego poety z ortodoksami, którzy tworzyli getto i nie chcieli mieć nic wspólnego z Polakami. Ale to w kontekście lat 20. co innego znaczyło niż w roku 1968.

W 1968 r. oznaczało, że przyłączacie się do antysemickiej nagonki.
– Byłem wtedy sekretarzem redakcji. Rakowski wyjechał poza Warszawę, telefonów komórkowych nie było. Dostaliśmy polecenie druku tego felietonu, a nie mogliśmy znaleźć Rakowskiego. Jednocześnie nie mogliśmy się zgodzić na druk. Liczyliśmy się więc z tym, że nas wyrzucą. Jakimś cudem Rakowski się odnalazł. Byłem przy tym, jak ze swojego gabinetu telefonem rządowym dzwonił do tow. Zenona Kliszki, który był wtedy numerem 2, i ze ściśniętym gardłem mówił, że po raz pierwszy w życiu odmawia wykonania polecenia partyjnego. A Kliszko powiedział: „No, w takiej sytuacji ja się muszę poradzić”. A kogo mógł się radzić Kliszko? Tylko Gomułki. I myśmy w strasznym napięciu czekali. To był też czas, że ci z nas, których to dotyczyło, czyli pochodzenia żydowskiego, rozważali już emigrację. Bo Rakowskiemu w partii mówili wprost: „Towarzyszu Rakowski, zwolnijcie towarzyszy pochodzenia żydowskiego. Po co wam tylu?”. A on odmówił. No i wieczorem przyszła zgoda, zadzwonił Kliszko, że „rozumiemy, podzielamy wasze obawy, przekonaliście nas”. I ocaliliśmy cnotę.

Pan nie był taki łagodny i przestraszony w 1968 r.
– Ja się stawiałem na tyle, na ile pozwalała cenzura. Polemizowaliśmy i z „Żołnierzem Wolności”, i z „Walką Młodych”. Sam byłem również przedmiotem ataków personalnych. Nie tylko ja. Proszę pana, gdyby było wesoło, te 15 tys. ludzi by nie wyemigrowało. Ja też w tamtym czasie miałem z moją pierwszą żoną wiele pokus, żeby emigrować. Byłem po pobycie w Stanach, wiedziałem, jak tamten świat wygląda. Po za tym moi najbliżsi przyjaciele pakowali się, emigrowali. Wreszcie, to już powód bardzo prywatny, planowaliśmy, że pewnego dnia będziemy mieli dziecko. I gdzie to niearyjskie dziecko miałoby wyrastać? Czuliśmy się odpowiedzialni za los dziecka w przyszłości. Plus to oblężenie „Polityki”, ta atmosfera w kraju… Jeszcze wczoraj ktoś był pańskim autorem, a dzisiaj już nie mógł pan u niego zamówić tekstu.

Dlaczego?
– Bo był źle widziany albo już go wyrzucono. Różni ludzie z kręgu inteligencji byli naszymi współpracownikami. Pismo wtedy drukowało wielu uczonych, było bardziej zorientowane na elitę niż dzisiaj. I właściwie kryzys 1968 r. ciągnął się przynajmniej do roku 1970.

Do wydarzeń gdańskich.
– Wtedy byliśmy całkowicie przygnębieni i tylko pilnowaliśmy, żeby się nie ześwinić bardziej, niż to jest konieczne. A w latach 70. pierwsi koledzy zaczęli mieć kontakty z opozycją. Rakowskiego bardzo to denerwowało. Potem był Sierpień. Z Wróblewskim jako pierwsi przeprowadziliśmy wielki wywiad z przywódcami Solidarności, prosto z Gdańska. Tam byli Wałęsa, Borusewicz, Pieńkowska, cała czołówka. Zanim zaczęli z nami rozmawiać, powiedzieli, że musimy podpisać zobowiązanie, że wszystko, co powiedzą, wydrukujemy. Że nic nie zostanie dopisane, zmienione ani usunięte. I myśmy to podpisali, wiedząc, że nie my będziemy o tym decydować. A cenzura tego wywiadu nie puszczała. Rakowski przez dwa czy trzy tygodnie z nią walczył. I przy pomocy Werblana uzyskał placet na druk. Potem był stan wojenny i rozłam w naszej redakcji.

Wróblewski poszedł w jedną stronę, pan w drugą.
– Tu, w tym pokoju, odbyło się to zebranie. Mniej więcej jedna trzecia zespołu poszła w stronę Solidarności, opozycji. W przypadku każdego z nas różne czynniki odegrały rolę. Wróbel miał nacisk na siebie w domu. Miał też swoje poglądy, dobrze znał polską rzeczywistość, był reporterem, publikował wiele o absurdach, jakie w życiu widział, o tym jak funkcjonują zakłady pracy, gdzie nic nie trzyma się kupy. I powiedział nam, że dalej nie będzie naprawiał tego sytemu. Byli też tacy, którzy uważali, że trzeba zlikwidować „Politykę”. W ogóle. Bo nasza linia szukania porozumienia między władzą a Solidarnością, zbankrutowała.

Ostatecznie „Polityka” została.
– Większość jednak doszła do wniosku, że będziemy kontynuować. Na pewno do pewnego stopnia byliśmy oportunistami. Należało odejść. Dzisiaj oceniam, że tamci koledzy wtedy mieli rację. Ale nie stuprocentową, bo myśmy też mieli rację. W stanie wojennym „Polityka” osiągnęła najwyższy nakład w swojej historii. Sprzedawaliśmy 400 tys. egzemplarzy. Czytelnicy się nie obrazili na nas. Owszem, byliśmy przedmiotem bojkotu części środowiska. Niektórzy nie chcieli udzielić nam wywiadu, niektórzy nie chcieli do nas pisać. Andrzej Mleczko mi mówił: „Daniel, nie dam ci rysunku, dopóki nie zniesiesz stanu wojennego”. Ale myśmy ten bojkot przełamali. Każdy z nas miał też swoją osobistą historię. Ci, co odeszli, szukali pracy, pisali w takich pisemkach jak „Niewidomy Spółdzielca”, o symbolicznej nazwie. Niektórzy z kolei byli przedmiotem ostracyzmu ze strony środowiska dziennikarskiego, które w większości poparło odnowę.

A jaki los spotkał pana?
– Byłem zwolennikiem kontynuowania „Polityki”. Niewykluczone, że odgrywał w tym rolę pewien konformizm i obrona swojej pozycji. Byłem znanym dziennikarzem, pracowałem w bardzo dobrym piśmie i nie uważałem, że to wszystko należy przekreślić, zniszczyć. Dzisiaj trudno jest mi powiedzieć, ile było w tym osobistego wygodnictwa, a ile przekonania, że postępuję słusznie. W każdym razie ocaliliśmy „Politykę”.

Przewija się w naszej rozmowie stały motyw – czuje pan odpowiedzialność za „Politykę”.
– Ponieważ odgrywałem jakąś rolę w „Polityce”, nieraz brałem na siebie napisanie czegoś niepopularnego po to, żeby pismu nie spadł włos z głowy. Pamiętam, że jedno czy drugie niemądre zdanie napisałem z wyrzutami sumienia. W poczuciu, że robię coś niesłusznego, ale że dzięki temu „Polityka” nadal będzie się ukazywać. Dzisiaj na pewno nie napisałbym tego. Ale w tamtych okolicznościach wyrzuty sumienia tłumiłem tym, że ciągle mamy pismo, które szanują czytelnicy i że jest to wartość.

Czuł pan ich sympatię?
– Do dzisiaj spotykam ludzi na ulicy, na mieście, którzy bardzo dobrze wspominają dawną „Politykę”, nawiązując jeszcze do tej wielkiej płachty, wielkiego formatu. Ludzie o nastawieniu antykomunistycznym czy z kręgów IPN pewnie będą mieli inne zdanie. Nie tylko z powodów historycznych, ale i z powodów bieżących, bo „Polityka” nie poparła „dobrej zmiany”. Trudno! Jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził.

W dziennikarstwie najgorzej być letnim. Słusznym, ale nudnym.
– Są tacy, którzy może nie mają takiego temperamentu, nie mają pióra… Ale tacy w naszym zawodzie też są potrzebni, bo wypełniają 90% pisma.

A pan jest zadziora!
– Owszem, byłem trochę zadziorny i złośliwy. I Rakowski, z którym się przyjaźniłem, nieraz na korytarzu redakcyjnym pytał mnie: „No, Passent, kogo dzisiaj opluwasz?”. On to mówił z ironią. Bo szczypałem w felietonach. Byłem ambitny zawodowo, podejmowałem się różnych rzeczy – że pojadę do Wietnamu, kiedy bombardowano Wietnam Północny. Że zrobimy w Marianem Turskim pierwszą w polskiej prasie rozmowę z dziećmi. Że gdzieś pojadę za jedną dietę, byle coś zobaczyć. Miałem żyłkę dziennikarską.

Fajne życie.
– Miałem też przygody z cenzurą. Chociaż nie byłem antykomunistą. Był cenzor, Tomasz Strzyżewski, który wywiózł materiały cenzury do Szwecji i je opublikował. To się nazywa „Czarna księga cenzury PRL”. Są tam setki przykładów, analizy postępowania cenzury w różnych sprawach. I na końcu, jako suplement, są zamieszczone w całości dwa teksty, które uchodziły za wzorowo skonfiskowane. To były teksty Wróblewskiego i mój.

Ale do opozycji pan nie zawędrował.
– Do pewnego czasu żyliśmy w złudzeniu, że ten system będzie wieczny. Że należy go ulepszać, naprawiać, reformować. Potem, każdy w innym wieku i w innym okresie, również zależnie od tego, w jakim żył środowisku, dochodził do wniosku, że jednak system nie nadaje się do niczego, nie jest w stanie wyprodukować zwyczajnej butelki z kapslem czy guzików…

Albo sznurka do snopowiązałki…
– Różne wnioski ludzie z tego wyciągali. Niektórzy zaczęli się zbliżać do opozycji, do Towarzystwa Kursów Naukowych. Inni uważali, że to jest porywanie się z motyką na słońce, że ten system będzie wieczny. Nie wieczny w sensie tysiąca lat, ale że nas na pewno przeżyje. Nie wierzyłem, że dożyję czasów, kiedy nie będzie cenzury, nie będzie biura prasy, nie będzie wydziału propagandy.

I Związku Radzieckiego.
– Moje wyobrażenia w ogóle nie sięgały tak daleko. Tego, że może nastąpić zjednoczenie Niemiec, że Rosjanie się wycofają, w ogóle nie brałem pod uwagę.

Z jednej strony można uznać pana za konformistę. Bo stan wojenny, przekonanie, że w Polsce nic się nie zmieni… A z drugiej – ta ochota do wkładania kija w mrowisko. Ile jest u pana konformizmu, a ile niepokory?
– Wydaje mi się, że istnieją różne stopnie konformizmu. Jeden jest po prostu taki – nie wychylać się. I robić swoje. Wstąpić do partii, odmówić podpisania jakiegoś protestu, nie pójść na pogrzeb znajomego opozycjonisty, żeby nie podpaść.

To pan!
– Moje ustępstwo, nasze ustępstwa, polegały na tym, że nie podpisaliśmy żadnego protestu przeciwko zmianie konstytucji. Czy, jak Sławomir Mrożek, przeciwko wkroczeniu wojsk do Czechosłowacji. To był taki konformizm trochę tchórzliwy, bierny. Ale był też konformizm czynny. To znaczy, że pisało się paszkwil na Słonimskiego, na Konwickiego, potem na Wałęsę czy coś takiego… To było świństwo wyższego stopnia. Trudne do usprawiedliwienia. I dzisiaj mamy też takich dziennikarzy, którzy przecież łżą w żywe oczy. Dzisiaj być może łatwiej im to przychodzi, bo za ich kłamstwami nie idą zaraz decyzje administracyjne. A pamiętam czasy Marca, kiedy jednego dnia ukazywał się w „Trybunie Ludu” jakiś artykuł, w którym było wymienione jakieś nazwisko, a drugiego dnia ten człowiek zostawał wyrzucony z posady.

Tak jak dzisiaj…
– Dzisiaj też pan czyta o niektórych ludziach, że mają lepkie ręce, że byli aferzystami, że mieli dziadka w Wehrmachcie czy coś takiego, i ci ludzie potem zostają albo zatrzymani, albo wyrzuceni. Więc jak pan pyta, ile konformizmu, a ile nonkonformizmu, to powiem, że do takiego czynnego konformizmu to myśmy się nie posuwali. Choć żałuję, że pewne rzeczy napisałem, czy to o Wolnej Europie, czy o działaczu opozycji. Wiem, że nie powinienem był tego pisać. Zły duch we mnie siedział i czasami mi to podpowiadał.

Dziennikarzowi trudno jest uniknąć złych tekstów. Przy tej ilości…
– Może… Ale musi być także mądry, przyzwoity, dojrzały. Gdyby młodość wiedziała, a starość mogła! Pewnych rzeczy bym nie napisał. Ale zostałem felietonistą i spełniło się moje marzenie. Wtedy, kiedy startowałem, felietoniści odgrywali w czasopismach ważną rolę. Słonimski, Kisiel, potem byli Toeplitz, Urban, Hamilton czyli Słojewski, Andrzej Dobosz, Janusz Głowacki. Ludzie ich czytali, oni mieli bardzo dobry kontakt z czytelnikami, uchodzili za autorytety. Bardzo mi to imponowało, bardzo kusiło. Taką pozycję chciałem osiągnąć.

I to się stało…
– Można powiedzieć, że jestem spełnionym dziennikarzem.

Dziś dziennikarstwo jest łatwiejsze niż w czasach Polski Ludowej?
– Trudno powiedzieć, czy jest łatwiejsze, czy trudniejsze, bo jest inne. Na przykład dziennikarstwa śledczego za moich czasów nie było. Nie było też dziennikarstwa sponsorowanego. W tamtych czasach dziennikarstwo było upartyjnione w inny sposób. A właściwie mniej upartyjnione niż dzisiaj. Dlatego że tamto dziennikarstwo zależało tylko od PZPR, ogólnie – od władzy. A dzisiejsze dziennikarstwo albo władzę sprawuje, albo o nią walczy. Temperatura wcale nie jest niższa. Dziennikarstwo w służbie polityki nadal istnieje. To widać na każdym kroku. Niech pan weźmie krytykę filmową. Wtedy przez partię atakowane były filmy Wajdy – „Człowiek z marmuru”, „Popioły”. Atakowane było kino moralnego niepokoju. A teraz atakowane są filmy „Pokłosie”, „Ida”, „Twarz” Szumowskiej… Czytam w prasie prawicowej bardzo krytyczne o nich uwagi, przecież nie tyle z artystycznego, ile politycznego punktu widzenia. Że mają wymowę antypolską.

Kościotrupy moczarowców wyskoczyły z szaf i klekoczą.
– Także dziennikarstwo historyczne, z powodu polityki historycznej, jest zatrute. Sprawa „żołnierzy wyklętych”, „polskich obozów koncentracyjnych”… Sprawa, która mnie bardzo osobiście przejmuje – stosunków polsko-żydowskich w czasie wojny. Takie wybielanie, egocentryczny patriotyzm lansowany przez obóz władzy, to liczenie, ilu myśmy uratowali, wymyślanie Janowi Grabowskiemu za „łajdacką robotę”. Zaangażowanie polityczne jest dziś nie mniejsze niż było! To jest błędne koło. Z jednej strony my, jako dziennikarze, chcemy być obywatelami, którzy o coś walczą. Ale z drugiej – bez przerwy toczyć wojnę?

Całe życie toczy pan tę samą wojnę.
– Ale wydaje mi się, że jak na człowieka, który toczy wojnę, jestem mało agresywny. Za bardzo skrępowany. Na przykład nigdy nie byłem człowiekiem wierzącym. A na temat roli i miejsca religii i Kościoła w Polsce może mógłbym to i owo napisać. Ale ja tej tematyki w ogóle nie ruszam. Trochę może ze względu na swoje pochodzenie. Przyjąłem, że to jest wewnętrzna sprawa katolików i nie pasuje, żebym ich pouczał. Pamiętam też, że jako felietonista unikałem pewnych tematów jako zbyt wielkich. Na przykład stosunków polsko-niemieckich. To jest tak ogromna dziedzina i w redakcji „Polityki” jest tak wspaniały autor jak Adam Krzemiński, że w ogóle na to poletko nie wchodziłem… Ale tematów nie brak, oby tylko starczyło sił.

To łagodne określenie – nie brak… Życie publiczne buzuje!
– Buzuje, ponieważ oni nie chcą nas zostawić w spokoju. Wyprawiają niestworzone rzeczy, robią, co chcą, trybunały, nie trybunały, sądy nie sądy, fundacje nie fundacje. Czego pan dotknie, wszędzie wpychają swoje łapy. I w dodatku się śpieszą. Wiedzą, że nie będą przy władzy wiecznie, i chcą jak najwięcej zmienić w jak najkrótszym czasie. Kłamią w żywe oczy! Kłamią w sprawie tego, jak wyglądała historia Polski w czasie okupacji, jak wyglądała po okupacji. I w PRL. Kłamią w sprawie stanu Polski w ruinie. Obiecują jakieś niestworzone rzeczy w rodzaju lotniska położonego 100 km od Warszawy, które ma przejąć cały ruch między Chinami, Polską, Ameryką. Odebrać pasażerów z Berlina, z Wiednia, z Frankfurtu, być wielkim hubem.

Gierek miał w sobie mniej megalomanii.
– Proszę pana, jeżeli premier Morawiecki mówi, że są 35-letnie zaniedbania w dziedzinie nauk historycznych, podczas kiedy ukazywały się dziesiątki, setki różnych świetnych książek, to coś w panu się burzy. Ciągają Tuska po sądach i prokuraturach. Po co? Robią takie rzeczy, że nasuwa się jeden wniosek – chcą opozycję wsadzić. Nie mówi tego Kaczyński czy Ziobro. Ale już ich prasa tak pisze. Zdaje mi się więc, że dzisiaj wrze, ponieważ ten rząd się nie zatrzymuje. Wydali 100 czy 200 mln dol. na Polską Fundację Narodową, na obronę dobrego imienia. My, jako dziennikarze, wiemy, od czego zależy dobre imię kraju. Jeżeli się przegrywa 1:27 albo jeżeli się wymienia żydowskich sprawców jednym tchem z polskimi, niemieckimi, rosyjskimi itd., nie pomogą żadne miliony dolarów na obronę dobrego imienia. Bo to idzie w świat, to jest zapamiętane, to jest powtarzane. Ludzie przeciwko temu się buntują.

Władza czuje się wtedy obrażona.
– Im bardziej my się sprzeciwiamy, tym bardziej oni próbują nas zwalczyć. Wziąć, nawet i głodem. Jeżeli minister sprawiedliwości zakazuje prenumeraty takich gazet jak „Polityka” przez sądy plus oczywiście państwo przenosi wszystkie swoje ogłoszenia do swoich mediów, to znaczy, że nie wstrzymają się przed żadnymi krokami. Wrze, bo oni ciągle dolewają benzyny do ognia. Pocieszające jest, że czasami się cofają, jak dostaną mocny cios. Tak było w sprawie degradacji, w sprawie aborcji, w sprawach podatkowych… Oni się śpieszą, a my się nie dajemy.

Wydanie: 20/2018

Kategorie: Wywiady

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy