Tag "Piotr Kuncewicz"
Drugi liść do Ewy Likowskiej
Moja sympatia, redaktor Ewa Likowska (Boże, jakie ta dziewczyna ma nogi!), zwróciła się do mnie z surową admonicją, żebym się w końcu zdecydował pisać wyłącznie o niej albo o książkach. A nie o różnych tam Wenecjach, czy innych mecyjach. Cóż, piszę o tym, czym mam nadzieję zainteresować Czytelnika i co mnie samego obchodzi. O Ewie, nawet pomijając same nogi (ale kto by się ośmielił), zawsze mam coś do napisania. Z książkami już gorzej. Oczywiście, czytam dużo, właściwie bez przerwy, bo prawie definitywnie
Kariera na trzy karpie morskie
Roman Antoszewski jest biologiem, specjalistą w zakresie fizjologii roślin, a poza tym autorem fantastycznych nowelek i miłośnikiem wszelakich dziwności. Wykładał na przeróżnych uniwersytetach od USA po Szwecję i Holandię, od Trynidadu po Singapur. Teraz jest ozdobą Nowej Zelandii. O jego dorobku ściśle naukowym nie potrafię powiedzieć nic poza tym, że jest znaczny, bo obejmuje przeszło sto publikacji. Ale najwyraźniej pejzaż nowozelandzki sprzyja zainteresowaniom bardziej humanistycznym profesora, bo napisał i wydał w kraju powieść “Kariera na trzy karpie morskie”.
Preston
Co to jest Preston? “Preston jest bryłą skalną o wielkości Manhattanu. Jest prawdopodobne, że pewnego dnia zderzy się z Marsem lub Ziemią” – czytamy na wstępie książki wydawnictwa Philip Wilson “Pierwsze światło”. To właśnie autora tej książki, Richarda Prestona, uhonorowali astronomowie, nazywając jego imieniem groźną planetoidę. Preston jest więc dziennikarzem amerykańskim, popularyzatorem nauki, kimś takim, kim mógłby zostać Maciej Iłowiecki, gdyby nie zachorował na politykę i nie dał się jej pożreć. Może też by zasłużył
Bester proroczy
Wiele, wiele lat temu Stanisław Lem w “Fantastyce i futurologii” streszczał książkę Alfreda Bestera “Gwiazdy moim przeznaczeniem”. Już wtedy nie była to ostatnia nowość, bo rzecz ukazała się w 1955 roku. Ale wreszcie ukazał się przekład polski. Wreszcie? Czyste kpiny, ukazał się równo osiem lat temu, w okresie, gdy istniało ogromnie wiele, chyba jakieś sześćset wydawnictw, które kipiały, plajtowały, łączyły się i rozdzielały. Rynek był dosłownie zasypany wszystkim, naturalnie biblioteki
Wojciech Żukrowski
Wojciecha Żukrowskiego znałem dobrze. Jako czytelnik od dzieciństwa, jako literacki kolega od czterdziestu paru lat, jako przyjaciel także od dawna. Bywałem jego podopiecznym literackim, bywałem też politycznym przeciwnikiem. Na temat tej znajomości mógłbym chyba spokojnie napisać książkę, tyle się tego wszystkiego nawarstwiło. Zresztą o nim już napisano książki i to niejedną, chociaż głównie o jego twórczości, a nie o samym niezwykłym, ekscytującym i ogromnie niespodziewanym człowieku. Ale przecież to, co napisane, stanowi kwintesencję losu pisarza.
Ty zwierzaku!
Że człowiek jest zwierzęciem, to właściwie żadna nowość, już Arystoteles pisał o nim – zwierzę społeczne. Rzecz w tym, czy jest tylko zwierzęciem, czy także czymś więcej. Współcześnie sprawę stawia się jeszcze inaczej: czy i zwierzęta jednak nie są “czymś więcej”? A może i rośliny także? A może cała materia też nie jest czymś ostatecznym? Ale nie wnikając nawet w te korzenie rzeczywistości, nawet samo przypomnienie, że człowiek jest zwierzęciem, od czasu do czasu wywołuje burzę. Doświadczył tego i sam Darwin, i niezliczeni
Cień po Strugackich
Wieczory z patarafką Arkadiuszowi i Borysowi Strugackim, najwybitniejszym przedstawicielom radzieckiej fantastyki, piszącym wspólnie, przydarzyła się kiedyś, jeszcze w czasach Breżniewa, tak ze trzydzieści lat temu, zupełnie kołowata historia. Jakiś złośliwy, ale mało kumaty, krytyk opublikował w prasie prowincjonalnej najzupełniej prawdziwy artykuł o tym, jacy to ze Strugackich wrogowie socjalizmu, jak krytykują totalizm, jak wyśmiewają się chytrze i tak dalej. Na to jakieś pismo centralne, może “Litieraturnaja gazieta’’ zmiażdżyła autora jako podłego oszczercę. Jakże –
Przygody duchowe Stefańskiego
WIECZORY Z PATARAFKĄ Powieść-niepowieść “Lewitujący z Oćmawy” kupiłem na nieocenionym bazarze taniej książki na Koszykach. Jest to jedyne miejsce, gdzie można kupić tanio dobre, a nieobecne już na rynku książki. “Lewitujący” wyszedł osiem lat temu w sławnym w swoim czasie wydawnictwie “Przedświt”. Nawet nie wiedziałem wtedy, że coś takiego istnieje, ale to u nas rzecz, niestety, zwyczajna. “Lewitującego z Oćmawy” przeczytałem ze względu na osobę autora, którym jest Lech Emfazy Stefański – trochę poeta, trochę prozaik, trochę reżyser,
Jeszcze o tajemnicach piramid
“Ni mauzolea, ni egipskie grody ostatniej śmierci pewne być nie mogą”, pisał za Horacym Kochanowski. “Egipskie grody” to naturalnie piramidy, o których jednak powiedziano już i całkiem coś przeciwnego: wszystko boi się czasu, czas boi się piramid. A czego mogą się bać same piramidy? To proste: piramidologów. Jest taka specjalność ezoteryczna, która w Wielkiej Piramidzie w Gizie upatruje przepowiednie na całą historię. Każdy centymetr, przepraszam: cal, każdy łokieć jej korytarzy odpowiada poszczególnemu wiekowi,
Wywiad, czyli schizofrenia
Mato kto już dzisiaj pamięta, że początkowo skauting Baden Poweila rozwinął się ze służby wywiadowczej. Wiązało się to jakoś z południowoafrykańską wojną z Burami, ale już nie pamiętam szczegółów. Potem, oczywiście, rzecz nabrała ideowej wyporności, wezbrała od uczuć ogólnoludzkich, ale i tak jądrem wszystkiego pozostała służba ojczyźnie, vide Szare Szeregi. Ale wszak patronat „The adventure of spy” był przez cały czas widoczny i rzeczywisty. Nie ma co zaprzeczać: skauting to zarazem etos szpiegostwa. Zapewne, zapewne, w dobrej sprawie, ale kto






