Wizyta w cieniu krwawych interesów

Wizyta w cieniu krwawych interesów

Czy Biden wróci z Bliskiego Wschodu z Pokojową Nagrodą Nobla, czy z pustymi rękami?

Prezydent Biden obiecał izolować tego przywódcę i uczynić z niego „pariasa, jakim jest”. Zerwał umowy na dostawy broni, odmówił spotkania i choćby uprzejmego gestu. Szykowała się chłodna noc dyplomatycznych relacji. I nie, nie chodzi o Władimira Putina po 24 lutego. Mowa o księciu Muhammadzie ibn Salmanie, następcy tronu i faktycznym przywódcy Arabii Saudyjskiej, zwanym dla wygody MBS. W kampanii wyborczej prezydent – a wówczas kandydat – Biden obiecywał surowe ukaranie arabskiego petromocarstwa i wieloletniego sojusznika USA. A jego młodej głowy państwa w szczególności. I do niedawna rzeczywiście tak było, a relacje między dwoma państwami i ich przywódcami spadły na niespodziewanie niski poziom.

Dziś jednak Waszyngton ogłasza, że prezydent Biden poleci w lipcu 2022 r. do Arabii Saudyjskiej, a rehabilitacja MBS-a stanie się faktem. Co się stało? I dlaczego Waszyngton realizuje już trzeci scenariusz w relacjach z królestwem w ciągu niewiele ponad trzech lat? Czy w ociepleniu między Rijadem i Waszyngtonem chodzi o dwustronne relacje obu tych stolic, czy może o coś jeszcze?

Morderca w skórze reformatora

Zacząć wypada od izolacji Arabii Saudyjskiej przez administrację Bidena. Powody były dwa, choć związane ze sobą. W 2018 r. w konsulacie Arabii Saudyjskiej w Turcji pojmany, zamordowany i poćwiartowany został Dżamal Chaszukdżi, który w tamtym czasie był publicystą amerykańskiego „The Washington Post”. Trwają spory, czy Chaszukdżi był tylko dziennikarzem i opozycjonistą z prominentnej rodziny, czy zaszedł za skórę władzom królestwa z innych powodów, bo poza pisaniem parał się czymś jeszcze. To jednak drugorzędne. Faktem jest, że w tamtym czasie legalnie pracował i mieszkał w USA, często zabierając głos publicznie. Amerykanów, a media w szczególności, rozwścieczył więc fakt, że sojusznik USA, nie oglądając się na nic, postanawia zlecić brutalne zamordowanie współpracownika waszyngtońskiej gazety. A podejrzenia szybko padły nawet nie tyle na służby specjalne królestwa, ile na młodego MBS-a – wkrótce potem wywiad Wielkiej Brytanii i amerykańskie CIA zaczęły dowodzić, że to on właśnie stał za zleceniem morderstwa. To powód numer jeden. Biden obiecał odciąć się od mordercy udającego reformatora i ignorować go (a więc upokorzyć) w oczach świata.

Drugi powód ściśle łączy się z pierwszym. Dokładnie odwrotnie bowiem zachował się wówczas urzędujący amerykański prezydent Donald Trump. Nie tylko odmówił potępienia MBS-a, ale publicznie i bez zażenowania powiedział, że stoją za tym pieniądze. – Saudowie kupują amerykańską broń – tłumaczył dziennikarzom – więc pozbywanie się tak szczodrego partnera handlowego nie leży w interesie USA. Szczególnie że – kontynuował prezydent – my też kupujemy od nich ropę. Relacje między rodziną Trumpów a królewskim dworem były bliskie do granic obsceniczności. W 2018 r. portal śledczy The Intercept donosił, że saudyjski książę przechwala się, że ma zięcia i bliskiego doradcę Trumpa, Jareda Kushnera, „w kieszeni”. W kwietniu tego roku amerykańska prasa ujawniła, że firma Kushnera została zasilona inwestycją z Arabii Saudyjskiej w wysokości 2 mld dol.! Sprawę pod kątem korupcji i kupowania wpływów politycznych chce teraz zbadać amerykański Kongres.

Wróćmy jednak do kadencji Trumpa. Demokraci, wówczas partia w opozycji, i media grzmiały z oburzenia. Choć – jak przytomnie zauważył niedawno dziennikarz i laureat Pulitzera Glenn Greenwald – Trump nie zrobił niczego, czego w relacji z Arabią Saudyjską nie robiły wszystkie poprzednie rządy. Przymknął oczy na łamanie praw człowieka i oczywistą brutalność rządzących tam monarchów w zamian za obietnice taniej ropy, inwestowania w amerykańską walutę i obligacje skarbowe oraz nieprzerwany strumień zamówień zbrojeniowych. Trump był tylko bardziej bezczelny (i szczery).

Ale skoro zrobił to Trump, to demokraci postanowili obiecać kompletne odwrócenie kursu. Potępiając przy okazji „umizgiwanie się do morderców i dyktatorów” lokatora Białego Domu. Biden powiedział, że Saudowie „jeszcze zapłacą” za swoje. Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. Być może teraz to Biden zapłaci Saudom.

Obietnice i interesy

Początek kadencji prezydenta Bidena wskazywał, że być może głowa państwa wytrzyma w swoim postanowieniu i utrzyma kurs wobec Arabii Saudyjskiej. Aż przyszedł 24 lutego 2022 r. i inwazja na Ukrainę. Choć uczciwość nakazuje powiedzieć, że to najdramatyczniejszy, ale zarazem tylko jeden z kilku kryzysów, które mogą zmusić Waszyngton do pogodzenia się z Rijadem.

Wskutek wojny, europejskich sankcji i zwiększonego zapotrzebowania na paliwa ceny ropy na światowych rynkach wyskoczyły w górę. Cały świat boryka się z wysokimi kosztami energii dla przemysłu i benzyny dla zwykłych konsumentów, a Rosja i inni producenci energii zarabiają krocie. Wśród nich oczywiście Arabia Saudyjska, jeden z największych eksporterów ropy na świecie. Jak przypomniał niedawno Javier Blas, czołowy reporter do spraw rynków energii w Bloombergu, już w marcu państwo księcia ibn Salmana na eksporcie ropy zarabiało miliard dolarów dziennie. Dziś może to być nawet więcej.

Gdyby Saudowie zechcieli pomóc światu zachodniemu w jego ekonomicznej wojnie z Rosją, mogliby zwiększyć produkcję ropy – jak to niejednokrotnie w przeszłości na prośbę USA robili. Ceny na światowych rynkach by spadły, co pomogłoby też spowolnić wzrost cen i wskaźników inflacji. Ale tego nie robią, bo z Rosją – i innymi producentami surowca – łączy ich porozumienie OPEC+. I do tej pory przedstawiciele władzy w Rijadzie sygnalizowali solidarność z innymi producentami i nie reagowali na coraz głośniejsze żądania wysuwane przez Europę i Waszyngton. „Chcecie ropę? To bierzcie ją sobie z powrotem od naszych kolegów z Rosji”, zdawali się mówić zachodniemu światu. Cytowany już tutaj portal The Intercept donosił, że przywódcy Arabii Saudyjskiej (i sąsiednich Zjednoczonych Emiratów Arabskich) wprost nie odbierają telefonów od prezydenta Bidena, czym odpłacają mu się za wcześniejsze groźby upokorzenia ibn Salmana. Teraz oni upokarzają jego, czekając aż do Białego Domu wróci być może w 2024 r. Trump.

Zatem, jak od lutego grzmią lewicowi krytycy amerykańskiej polityki, przez sojuszników USA jesteśmy w podwójnie złym położeniu. Nie chcemy brać ropy od Rosji ze względu na wojnę, więc jesteśmy na łasce Saudów, którzy sami prowadzą wojny, a przy tym swoją polityką zwiększają zyski Putina, czy nam się to podoba, czy nie. Bo choć dziś Biden krytykuje Arabię Saudyjską, to gdy urzędował w Białym Domu w 2015 r. jako wiceprezydent u Obamy, Waszyngton wsparł interwencję zbrojną Arabii Saudyjskiej w sąsiednim Jemenie. Wojna domowa w tym najbiedniejszym państwie arabskim przerodziła się w ciągu lat w – jak pisały agencje ONZ – „największy humanitarny kryzys na świecie” i jedną z największych rzezi cywilów. Jak ujawnił właśnie „Washington Post” – ten sam, do którego pisał Chaszukdżi – Amerykanie przez ten czas szkolili, wspierali logistycznie i zbrojeniowo eskadry myśliwców i ich pilotów, którzy mieli dopuszczać się zbrodni wojennych, w tym ataków na szpitale i cywilów.

Skąd tak wielkie zainteresowanie Arabii Saudyjskiej Jemenem? Wojnę toczą tam między sobą sojusznicy Iranu i Saudów, więc w grę wchodzą religijne i etniczne podziały, ale chodzi też o to, że ataki rakietowe dozbrajanych przez Iran Hutich z północy Jemenu potrafią sięgać już saudyjskich instalacji naftowych. Jak mówią dyplomaci, to z kolei doprowadza do szału Rijad, który oczekiwał, że USA natychmiast staną w obronie Arabii Saudyjskiej i wyślą ogromne siły na pomoc. To, jak wiemy, się nie stało. Ale w sąsiedztwie przygląda się temu również Izrael, który tym bardziej obawia się ruchów Iranu. Państwo ajatollahów pracuje przecież nad własną bombą atomową, bo Trump zerwał – tak czy inaczej krytykowane przez Tel-Awiw – porozumienie z Iranem. Napięcie rośnie, a w tej atmosferze Biden nie może dłużej odwlekać wizyty na Bliskim Wschodzie.

Sprawy ważne i ważniejsze

Czy Biden musi wznowić dobre relacje z Arabią Saudyjską? To już trochę bezprzedmiotowe pytanie. Sama wizyta jest znakiem, że to się stanie. Ciekawsze jest, dlaczego to robi. Z europejskiej perspektywy mamy prawo liczyć, że jedzie tam po to, aby wymusić na Arabii Saudyjskiej lub wyprosić obniżenie cen ropy. Patrząc z perspektywy regionalnej, można mieć nadzieję, że spróbuje zachęcić Rijad do uszanowania wynegocjowanego pod auspicjami ONZ rozejmu w Jemenie i powstrzymania się od dalszej eskalacji konfliktu. A do tego, że przyśpieszy proces normalizacji stosunków między Saudami i Izraelem, których łączy przecież wspólny rywal w postaci Iranu. To byłoby zaś kontynuacją polityki Trumpa i jego szefa dyplomacji, Mike’a Pompeo, który budowaniu antyirańskiej koalicji poświęcił najwięcej wysiłku i zasobów. Inni dodają też, że jedzie uzyskać jakąś (pytanie: ile wartą?) deklarację, że „nie będzie drugiego Chaszukdżiego”.

Jednak to, co z naszej perspektywy najważniejsze, że Biden uzyska w Rijadzie pomoc w przezwyciężeniu inflacji i ekonomicznych kosztów sankcji na Rosję, jest najmniej prawdopodobne. Najpierw Daniel Yergin, ekspert od energii i geopolityki, brutalnie przypomniał, że Arabia Saudyjska ze względu na różne techniczne przeszkody w światowym łańcuchu produkcji paliw nie może w tym momencie specjalnie pomóc USA. A więc tym bardziej Europie. Potem jego słowa wprost potwierdził Biden – mówiąc dziennikarzom, że w tej wizycie „nie chodzi o ceny energii”. Jeśli jednak nie o to, to o co?

O bezpieczeństwo Izraela, odciągnięcie Arabii Saudyjskiej od pogłębiania technologicznych i wojskowych relacji z Rosją i Chinami, domknięcie budowy antyirańskiej koalicji. Po co? Żeby region, jak tłumaczy na stronach magazynu „The Atlantic” były współpracownik Obamy i Bidena Andrew Exum, sam zajął się irańskim zagrożeniem w razie fiaska rozmów z Teheranem. A Stany wróciły do geopolitycznej rywalizacji z Rosją (jako mniejszym) i Chinami (jako podstawowym) przeciwnikiem. „Biden poświęca swoje wartości, by do polityki USA wrócił realizm”, obwieszcza Exum. Ten sam realizm, z którym Biden miał zerwać i z jakim do pewnego stopnia rzeczywiście w sprawie Rosji i Ukrainy publicznie się pożegnał. Są jednak sprawy ważne i ważniejsze.

Liczba i lista „pariasów” w amerykańskiej polityce pozostaje niezmienna – wszedł na nią Putin, ale właśnie spada z niej ibn Salman. Czy na tym rachunku skorzystają zwykli Amerykanie, Polacy, Ukraińcy albo nieszczęśni Jemeńczycy, dopiero przyjdzie nam się przekonać. Na razie notowania Arabii Saudyjskiej idą w górę. Niestety dla reszty świata słupki inflacji i ceny benzyny również.

Fot. Reuters/Forum

Wydanie: 27/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy