Jak nie zwariować ze strachu

Jak nie zwariować ze strachu

Czy łatwo być żoną sportowca ekstremalnego?

Marcin:
Oto opowieść mojej żony Alicji, bez której nie mógłbym zrealizować wyprawy po Amazonce. Mimo ciągłych napięć między nami nie poddajemy się i wciąż jesteśmy razem. Nie było wyprawy, na którą wyjeżdżałem spokojnie. Zawsze były nerwy z obu stron. Jesteśmy dwoma przeciwieństwami: ja biegunem północnym, ona południowym. Alicja jest wychowana w systemie korporacyjnym, a ja w systemie żołnierskim. To nas różni. W systemie korporacyjnym używa się stwierdzenia „zdzwonimy się”. Jest ono konkretne tylko do danej sytuacji, natomiast system wojskowy to dwa kolory – czarny i biały. Alicję poznałem w lipcu w 2009 r. po zimowym przejściu na nartach korytem Kołymy. Byłem stęskniony za kobietą, która rozgrzeje mnie do czerwoności. Zwłaszcza po stu dniach w syberyjskiej zamrażarce.

Krótkie blond włosy, zgrabne nogi, biznesowy sposób myślenia, przedsiębiorcze działanie i anielski uśmiech. To było to, pomyślałem wówczas. 8 maja 2010 r. wzięliśmy ślub. (…) Na jesieni 2010 r. urodził nam się syn Igor. (…) Dwa lata później Ala była w ciąży z Leonkiem. Wówczas płynąłem samotnie w kanoe rzeką Leną przez całą Syberię. Kiedy jej ojciec dowiedział się, że Ala jest w ciąży, zasugerował, żebym skończył z wyprawami. Stanęła w mojej obronie. (…)

Alicja jest silna, ale żyje chwilą w stylu „jakoś tam będzie”. Nie dopuszcza do głowy tragedii, gdyż nigdy wcześniej żadnej nie doznała. Nie znała smaku spektakularnej porażki, ale i wielkiego zwycięstwa. Sport nie był jej żywiołem, ale go szanowała. Przed wyprawą na Amazonkę, obawiając się wszystkiego najgorszego, dałem jej szerokie pełnomocnictwo do działań wspólnych na rzecz nowego domu i rodziny. Nigdy nie było wiadomo, co mi się może przydarzyć.

Alicja:
Przygotowania do amazońskiej wyprawy zaczęły się blisko dwa lata wcześniej. Zwłaszcza ostatni rok był bardzo emocjonujący, szczególnie ostatnie miesiące. Mnóstwo przygotowań, konsultacji, rozmów. Marcin coraz częściej bombardowany był niezbyt sprzyjającymi informacjami na temat wypadków na rzece, napadów Indian na białych i tym podobnych zdarzeń. Był bardzo zestresowany. Z jednej strony, bardzo chciał już wyruszyć, z drugiej – kiedy ten termin się zbliżał – jego niepokój stawał się coraz większy. Mówił: „Jak o tym myślę, brzuch mnie boli”.

W maju 2015 r. Marcin wyleciał do Limy, na ponad cztery miesiące. To jak do tej pory był najdłuższy okres, na jaki się rozstawaliśmy. Zostałam sama, z budową, dwójką dzieci, własną pracą. Każdy mój dzień wyglądał podobnie. Rano z dziećmi do przedszkola, potem ja do pracy, po przedszkolu dzieci pod pachę i na budowę. I jak tu myśleć o Brazylii…

Pamiętam rok 2013, Marcin w tym czasie był w drodze nad Dunajec, gdzie przygotowywał się do spływu. Trenował technikę wiosłowania na bystrzach przed przepłynięciem Amazonki. Zadzwoniła do mnie reporterka TVN 24 z pytaniem, czy mogłabym się wypowiedzieć przed kamerą na temat życia z człowiekiem takim jak Marcin, który ma bardzo niebezpieczną pasję, żyje na krawędzi ryzyka. Chciała porozmawiać o motywach i cenie, jaką trzeba zapłacić za zgodę na życie z kimś takim. Było to po tragedii w Himalajach, do jakiej doszło w marcu 2013 r. Wtedy z czwórki Polaków, którzy stanęli na szczycie Broad Peak, dwóch zginęło podczas zejścia z góry. Gorący temat z Himalajów rozlał się w polskich mediach. Pojawiło się wielu ekspertów, ale i takich kobiet jak ja, które mają do czynienia z facetem spełniającym tzw. niebezpieczną misję. Reporterka pytała:

– Boi się pani, że może „taki” telefon dostać po jakimś czasie?

– Jaki telefon? – zapytałam.

– No, że może nie wrócić i ktoś pani powie, że zginął. To taki telefon, o którym się nie myśli, że stało się coś złego.

I wtedy, tak naprawdę chyba po raz pierwszy, zdałam sobie sprawę z tego, że kiedyś tak się może stać. Odpowiedziałam, łamiącym się głosem:

– Nie wyobrażam sobie tego… – i poleciały łzy, na szczęście już poza kamerą. Te emocje były autentyczne, bo naprawdę pierwszy raz w życiu dopuściłam do siebie taką myśl, że przecież tak może kiedyś się stać. Normalnie na co dzień, nawet podczas wyprawy, takie myśli się zagłusza, jakby chciało się zaczarować rzeczywistość, w psychologii nazywa się to chyba wyparciem. Pomyślałam wtedy o maleńkich jeszcze dzieciach, bo Igor miał niecałe trzy lata, a Leonek niecały rok, o sobie. Nie, nie wyobrażam sobie… Marcin czasem się śmieje, że w ogóle jestem nieświadoma zagrożeń, ale to nie o to chodzi, to kwestia nastawienia. Przypominam sobie słowa Ewy Cichockiej, żony kapitana, który samotnie opłynął świat bez zawijania do portu (z wyjątkiem jednego – gdy miał awarię steru), która powiedziała o mężu: – Czasami sobie myślę, że nie jest to do zrozumienia, że to nie jest do ogarnięcia w racjonalny sposób dla takiej zwykłej osoby jak ja. Dlatego nie wszystko staram się zrozumieć, po prostu

Tomasz jest inny…

I to ostatnie zdanie utkwiło mi w głowie najbardziej. Mogę powiedzieć dokładnie to samo, Marcin też po prostu jest inny… To, co robi, jest szalone, oczywiście, naznaczone egoizmem, niebezpieczne, ale to właśnie to, co go napędza, on przesuwa granice ludzkich możliwości. Nadaje sens. Wiem, że dla wielu ludzi jest to trudne do zrozumienia i wiele osób tego nigdy nie pojmie. A nawet mówi: Ale co to za pasja? Przecież ma rodzinę, a jeśli tak, to powinien zająć się nią.

Wiem, że są ludzie, którzy bez tej pasji nie istnieją. I taki jest Marcin. Tylko jak to wszystko wpasować w tzw. normalne życie? Jak nie zwariować ze strachu, zbyt dużych emocji, stresu? Jak poukładać życie rodzinne, kiedy trzeba je przez te dwa, trzy albo cztery miesiące wieść zupełnie samej, mając pracę zawodową, dom, dzieci, dodatkowe zajęcia?

To czasami jest wyzwaniem, zwłaszcza logistycznym. Ale tu nieocenieni są zawsze rodzice, zarówno jedni, jak i drudzy. Choć mieszkają daleko od nas, zawsze pomogą w potrzebie i zawsze można na nich liczyć. Nie mogę też nie wspomnieć o naszej nieocenionej, kochanej pani Basi. To niania naszych dzieci. Jest jak członek rodziny. Bez niej nie dałabym rady. (…) Ma 78 lat, a energii i siły czasem sama jej zazdroszczę, nie mówiąc już o cierpliwości.

Kiedyś dostałam zaproszenie do programu „Dzień dobry TVN”. Tematem miały być ekstremalne pasje naszych bliskich – jak je zaakceptować, co to oznacza dla nas, żon, mężów, najbliższych. Świat cywilizacji daje teraz takie możliwości poznawcze, że jeszcze w latach 90. nikomu by to nie przyszło do głowy. (…) Dziennikarka Kinga Rusin zapytała mnie, czy to, co czuję do Marcina, to jakaś szczególna miłość. Czy do takich osób jak on musi być bardziej wyrozumiała.

Powiedziałam wtedy, że być może musi być bardziej wyrozumiała, ale też to, co zawsze mówię, kiedy mnie ktoś pyta, jak to jest żyć z kimś takim, kto robi tak ekstremalne rzeczy. (…) Podchodzę do tego zupełnie naturalnie, bo nie da się inaczej. W przeciwnym razie osiwiałabym już dawno – w sumie może to się już stało, ale jestem blondynką, więc nie widać. Marcina poznałam, kiedy robił to, co robi teraz, był podróżnikiem z wieloma sukcesami. Więc nie przyszłoby mi do głowy, żeby teraz mu tego zabraniać, bo jest rodzina, namawiać do zmiany pracy – może powinien zostać księgowym albo marketingowcem? Choć akurat, muszę przyznać, marketingowcem jest dobrym, bardzo kreatywnym, więc niejednej firmie mógłby się przysłużyć. Jeżeli zabroniłabym mu realizować jego projekty, to tak, jakbym podcięła ptakowi skrzydła. Ptak nie będzie latał, będzie nieszczęśliwy. I podobnie byłoby z Marcinem. On jest jak taki właśnie kolorowy ptak, czasem rozwrzeszczany, czasem przysiądzie na swojej gałęzi, ale musi mieć tę wolność i robić to, co kocha. A i ja mam w tym swój malutki interesik, bo rozstanie to czasem miła odmiana po nerwowym okresie przygotowań do wyprawy. Kiedy jednak teraz myślę o tym, z perspektywy tych kilku ostatnich lat, to chyba będę musiała zmienić odpowiedź, jeśli ktoś znów zapyta mnie, jak to jest żyć z kimś takim. Na pytanie o tę normalność trzeba odpowiadać: jednak jest czasem nieprzewidywalnie, czyli ekstremalnie! Marcin kocha emocje nie tylko na wyprawie. Parę innych osób może to potwierdzić. Ale to może temat na inną opowieść. Miły jest natomiast zawsze powrót, bo jest tęsknota w czasie rozłąki, więc chyba rozstanie robi nam obojgu całkiem nieźle.

Kiedy powracam do myśli o tej mniej przyjemnej, bo niebezpiecznej stronie wypraw Marcina, muszę powiedzieć, że szczęśliwie do tej pory nic dramatycznego się nie wydarzyło, choć to nie oznacza, że zawsze wszystko idzie gładko, bez niespodzianek czy niebezpiecznych sytuacji. Oczywiście, że są, czasem jest ich całkiem sporo. Od jakichś – wydawałoby się – banalnych problemów ze zdrowiem do strzelaniny czy wywrotek na rzece. Ale nawet te banalne problemy ze zdrowiem tam, na rzece, w dżungli czy jakimś innym dzikim miejscu, mogą być nie lada kłopotem. Podczas wyprawy na Amazonkę ugryzł go jakiś owad czy pająk. Szyję i pół karku miał spuchnięte jak balon. Oczywiście w czasie tej wyprawy był w kontakcie z lekarzem – dr. Majerem z Centrum Chorób Tropikalnych w Gdyni, i dlatego wszystko dobrze się skończyło, ale mogło być różnie. (…)

Kiedy ktoś mnie pyta o cenę, jaką płacę za pasję Marcina, nie staram się robić z siebie żadnej bohaterki, ale na pewno nasze życie różni się od życia przeciętnej rodziny. Mimo wszystko staram się w tym szaleństwie zachować pewną normalność. Znaleźć czas dla rodziny, przyjaciół, dla siebie. Wyjeżdżamy na wakacje, o ile Marcin jest w tym czasie na miejscu. I tu też często pojawiają się pytania, czy wakacje mamy ekstremalne. Na szczęście nie, ale nie ma wylegiwania się całymi dniami na plaży, bo po prostu tego nie lubimy. No, może jeden dzień, ale nie więcej. Wszyscy lubimy aktywność, zwiedzanie, sporty. Organizuję swoją pracę, dom, dzieci, żeby wszystko funkcjonowało, jak powinno. Na pewno dużo więcej obowiązków należy do mnie, ale Marcin również ma swoje zadania domowe do wykonania, żeby za bardzo nie wyszedł z wprawy podczas nieobecności. Świetnie idzie mu sprzątanie, zwłaszcza łazienki.

Ta normalność nie jest łatwa chyba właśnie w tym najgorętszym czasie tuż przed wyprawą. Marcin jest samotnikiem, lubi wszystko sam ze sobą przemyśleć, nadmiar towarzystwa go irytuje. Lepiej mu wtedy schodzić z drogi. Nie dyskutować, nie sprzeciwiać się. A ja lubię coś po kobiecemu wtrącić, powiedzieć własne zdanie i wtedy awantura na zawołanie. Z dużymi przedsięwzięciami jest jak z dużymi pieniędzmi – rozpalają zmysły. Zarówno w tym dobrym wymiarze, jak i tym gorszym. Trzeba to przetrwać, nie dać się zwariować i ponieść emocjom.

Nie można myśleć o zagrożeniu, bo ono towarzyszy na wyprawie niemal nieustannie. Czasem myślę, że to adrenalina napędza takich ludzi jak Marcin. To z jednej strony szaleńcy, ale z drugiej, to oni przesuwają granice ludzkich możliwości, dzięki nim poznajemy świat. (…) Ulubiony cytat Marcina pochodzi od Reinholda Messnera – zdobywcy korony Himalajów, który powiedział kiedyś, że „prawdziwa przygoda zaczyna się dopiero wtedy, gdy nikt nie wie, czy jeszcze żyjesz”. Ale nie zawsze da się to zrobić. To trochę straszna perspektywa, ale też wiadomo, że prawdziwej przygody nie da się zaplanować. Można przygotować się logistycznie, merytorycznie, sprzętowo, ale nie ma się wpływu ani na pogodę, ani na zachowania ludzi spotkanych po drodze, szeroko pojętą siłę natury. Do tego trzeba mieć dużo pokory i ja wiem, że mimo wszystko Marcin ją posiada.

1 września 2015 r.
Belém, Brazylia
Alicja wyjmuje polską flagę i macha w geście triumfu, a ja wstaję w swoim kanoe i odpalam racę, strzelam do góry, przecieram czoło. Krzyczę: „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy!”. Koniec nerwów, złych emocji, jest tylko radość. Alicja wręcza mi statuetkę Oscara z dedykacją od niej i dzieci: „Kochanemu Mężowi i Tacie Marcinowi za przepłynięcie Amazonki”.

 


Fragment książki Marcina Gienieczki Zatańczyć z Amazonką, w której opisuje udział w wielkim triathlonie przez Amerykę Południową. Książka ukaże się wkrótce nakładem wydawnictwa Novares.


 

Fot. Marcin Osman

Wydanie: 23/2021

Kategorie: Obserwacje

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 2 lipca, 2021, 13:18

    Co za baran, sam o sobie artykuły pisze

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Alicja Jankowska, szczęśliwie już nie Gienieczko
      Alicja Jankowska, szczęśliwie już nie Gienieczko 2 lipca, 2021, 22:40

      Szanowna Redakcjo!
      Marcin Gienieczko nie posiada mojej zgody, a wręcz posiada zakaz publikowania jakichkolwiek tekstów mojego autorstwa oraz mojego wizerunku. Opublikowany tekst jest manipulacyjną kompilacją wypowiedzi różnych osób z okresu kilku lat tudzież totalnie wykreowaną przez autora rzeczywistością. W swojej kreatywnej “twórczości” Marcin Gienieczko próbuje wmówić mi słowa, których nigdy nie wypowiedziałam albo zostały wypowiedziane w zupełnie innym kontekście świadomie wprowadzając czytelnika w błąd, nie pierwszy raz zresztą.

      Odpowiedz na ten komentarz
  2. Anna
    Anna 2 lipca, 2021, 23:11

    spalona osoba, ośmieszona, która popadła w ostracyzm za mijanie się z prawdą. A jednak są miejsca, gdzie bez cienia wstydu publikują te jego wypociny. Wstydz się Tygodnikuprzegląd za promowanie takich person.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy