Koryciarze

Koryciarze

Afera KNF pokazuje partię Kaczyńskiego jako kolejną ekipę, której chciwość przesłania wszystko inne, także instynkt samozachowawczy

Aferę podsłuchową w Komisji Nadzoru Finansowego i to, co się wokół niej w minionym tygodniu działo, trzeba rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, pokazuje ona jakość państwa PiS i jego kadr, po drugie, wewnętrzne podziały w rządzącej partii. Po trzecie, jest opisem obecnych czasów. Po czwarte, możemy z niej wiele wywnioskować na temat taktyki opozycji, a raczej jej największej partii – Platformy Obywatelskiej.

Samo wydarzenie było już wielokrotnie opisywane, więc tylko tytułem przypomnienia. Wiosną tego roku do gabinetu Marka Chrzanowskiego, przewodniczącego KNF, poproszony został Leszek Czarnecki, właściciel m.in. Getin Noble Banku i Idea Banku. Na rozmowę w cztery oczy. Czarnecki przeczuwał, że to może być dziwna rozmowa, więc wziął ze sobą dyktafony. I jeden z nich nagrał rozmowę.

Podczas niej Chrzanowski miał złożyć propozycję korupcyjną. Powiedział, że jest plan przejęcia Getin Noble Banku za złotówkę, jako zagrożonego upadłością. Ale on tego nie popiera, on jest za programem naprawczym. A w celu lepszej realizacji tego programu rekomendował prawnika Grzegorza Kowalczyka. Miał też sugerować jego zarobek – powiązany z wynikiem banku, suma ta oscylowała – to już wniosek Czarneckiego – za okres trzech lat w okolicach 40 mln zł.

I to jest ta korupcja – nie zabierzemy ci banku, pozwolimy ci go restrukturyzować, otoczymy go przez ten czas ochroną, ale musisz zatrudnić wskazanego przez nas człowieka, płacąc mu za trzy lata 40 mln zł, czyli ponad 1 mln zł miesięcznie. A więc pensję niewspółmiernie dużą na tym rynku – warto przypomnieć, że Mateusz Morawiecki, gdy był prezesem WBK Banku Zachodniego, zarabiał rocznie 3,3 mln zł.

Dziennikarze (i nie tylko) rzucili się więc rozgryzać tajemnicę Grzegorza Kowalczyka. Kim jest ten człowiek, że tak za nim lobbował przewodniczący KNF? Na razie ustalili, że – również z rekomendacji Chrzanowskiego – znalazł się on także w Radzie Nadzorczej Plus Banku (też mającego kłopoty), którego właścicielem jest Zygmunt Solorz. Był również w Radzie Nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych. Możemy zakładać, że w najbliższych dniach dowiemy się na jego temat kolejnych rzeczy.

Nagrana rozmowa pokazała skrzętnie skrywaną dotychczas rzeczywistość, w której urzędnicy państwowi proponują ludziom biznesu różne dziwne deale. Bo czy można wierzyć, że przewodniczący Chrzanowski podobnych propozycji nigdy nikomu nie składał? Owszem, można. Ale czy nie byłoby to zbyt naiwne? Zważywszy na karierę pana Kowalczyka… Tym bardziej że Chrzanowski chwalił się zainstalowaniem w gabinecie „szumidła”, czyli aparatury, która miała zagłuszać dyktafony, uniemożliwić nagrywanie rozmów. Po co?

Nawiasem mówiąc, w ostatnim czasie ukazało się kilka materiałówna temat podsłuchowej fobii polityków i urzędników PiS. Że rozmawiają przez „zabezpieczone” linie, używają różnych szyfrów i aparatur zagłuszających. Możemy tylko sobie wyobrazić, jakie dziś mają miny ci z nich, którzy zainstalowali różne „szumidła” i wierzyli, że były one skuteczne.

Dorzućmy do tego jeszcze jedną obserwację – cóż takiego skłoniło Czarneckiego, by na rozmowę z przewodniczącym KNF iść uzbrojony w urządzenia nagrywające? Doświadczenie? Wiedza?

Sprawa nagrania w gabinecie szefa KNF pokazuje nam brud obecnego państwa. W którym urzędnicy mianowani przez PiS nie mają zahamowań, by składać podejrzane propozycje.

I teraz nasuwa się pytanie – czy Chrzanowski, jeżeli udowodni mu się korupcyjną propozycję, składał ją w imieniu własnym, czy też w imieniu większej struktury. Której zadania realizował i z którą musiał się dzielić.

Tego pewnie prędko się nie dowiemy. Choć łatwo przewidzieć, że dla PiS lepsza byłaby pierwsza odpowiedź, a dla opozycji – druga. Politycy PiS wiele razy powtarzali, że ich marzeniem jest Budapeszt w Warszawie. Węgierski model państwa, w którym władza zdusiła prywatny biznes. Część wygnała, część przejęła, resztę zmarginalizowała.

Czy ten scenariusz grozi też Polsce? Scenariusz, w którym władza polityczna wpływa na działanie prywatnych banków oraz na prywatne media. W świecie dziennikarskim krąży masa informacji – i twardych, i nie do końca potwierdzonych – które pokazują, jak PiS walczy o wpływy w mediach. Po pierwsze, odcinając „wrogie” media od rynku reklam, próbując wziąć je głodem, a jednocześnie kierując reklamy i ogłoszenia do mediów „swoich”. Po drugie, próbując przejąć media prywatne. Niepotwierdzone informacje mówią, że konsorcjum państwowych firm oferowało za stację TVN 15 mld zł. Ale oferta została odrzucona. Z komentarzem amerykańskiego Departamentu Stanu, że pozostałe spotka podobny los. Są też informacje o próbach wykupu portalu Onet oraz regionalnych gazet wydawanych przez spółkę Polska Press, należącą do niemieckiego koncernu Verlagsgruppe Passau. Tu także tzw. propozycje nie do odrzucenia zostały odrzucone. Ale czy to koniec? Na razie na polu bitwy pozostaje Radio Zet, które mieliby przejąć prawicowi dziennikarze. Co ciekawe, właściciel początkowo był skłonny odsprzedać je za 220 mln zł. Ale kiedy się zorientował, jaka to jest gra – podniósł cenę do 300 mln zł.

Warto też się zastanowić, dlaczego Leszek Czarnecki zwlekał pół roku, zanim ujawnił nagrania kompromitujące szefa KNF? Najprościej wytłumaczyć to tak, że w tym czasie rozmawiał z innymi ważnymi osobami w obozie władzy, by ratować swoje banki. Fakt, że w końcu trafił do „Gazety Wyborczej”, może świadczyć o tym, że nie udało mu się niczego wychodzić. Że spotykał się z komunikatem – albo płacisz, albo cię zwijamy.

Dodajmy, że już po złożeniu zawiadomienia w prokuraturze Sejm w trybie ekspresowym, z rekomendacji przewodniczącego KNF, przyjął ustawę pozwalającą na przejmowanie kulejących banków.

Reakcja w obozie władzy na wybuch afery pokazała nam jeszcze jedno – jak bardzo jest on podzielony i skłócony. Z jednej strony jest premier Morawiecki, z drugiej – mamy sojusz prezesa NBP Adama Glapińskiego z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą, którzy bronią swoich wpływów w sektorze finansowym.

W tym podziale Marek Chrzanowski jest człowiekiem Adama Glapińskiego, którego był swego czasu studentem. Nie dziwmy się więc, że premier ani przez chwilę nie próbował bronić Chrzanowskiego. A pytany, kto skierował Kowalczyka do Rady Nadzorczej GPW odparł krótko, że była to rekomendacja NBP, czyli pięknie wystawił Adama Glapińskiego.

Swoje gra również Zbigniew Ziobro. Otóż Leszek Czarnecki, zanim „Gazeta Wyborcza” wydrukowała stenogram z podsłuchu, złożył 7 listopada br. w prokuraturze zawiadomienie o przestępstwie korupcji, które miał popełnić Chrzanowski. I co się okazało? Że informacja o tym nie dotarła do premiera. Że Mateusz Morawiecki o aferze dowiedział się tak jak wszyscy czytelnicy „Gazety Wyborczej” – 13 listopada.

Dlaczego prokuratura nie poinformowała premiera o tak ważnym zawiadomieniu? Czy dlatego, że działa nieudolnie, czy też dlatego, że Zbigniew Ziobro nie zamierza grać z Morawieckim w jednej drużynie?

Dodajmy jeszcze, że do KNF skierowano funkcjonariuszy CBA, by zabezpieczyli potrzebne dokumenty. Jednak przed nimi zdążył tam dotrzeć Chrzanowski. Funkcjonariusze poczekali, aż załatwi on wszystko, co chciał załatwić, i dopiero potem weszli do jego gabinetu. Bardzo elegancko, prawda?

Po sześciu dniach od złożenia zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa prokuratura wszczęła śledztwo. Zbigniew Ziobro skierował je do Katowic, do swojej zaufanej prokuratury (pamiętamy ją ze sprawy Barbary Blidy). Ogłosił też, że obejmuje je osobistym nadzorem. Czy ktoś wierzy, że będzie ono prowadzone sprawnie i szybko? Ba, czy w to wierzy Mateusz Morawiecki?

Na razie nie widać więc jakiejś spójnej koncepcji wyjścia PiS ze sprawy KNF. Jest raczej próba rozegrania jej wewnątrz obozu władzy. To też pokazuje atmosferę tam panującą.

I na zakończenie parę uwag dotyczących opozycji. Wybuch afery podsłuchowej zbiegł się z przyjazdem Donalda Tuska do Polski, z jego publicznymi wystąpieniami i serią spotkań. Ewidentnie wynika z nich, że były premier zamierza wrócić na polską scenę jako lider opozycji. Wypychając na boczny tor m.in. Grzegorza Schetynę.

Do tego kolejnego zderzenia wewnątrz PO doszło akurat w korzystnym dla PiS momencie. Bo opozycja zabiera się do sprawy taśm z KNF dość schematycznie. Jak bowiem inaczej określić nawoływanie o komisję śledczą? To zdecydowanie za mało. Zwłaszcza że afera uderza PiS w bolesny punkt – pokazuje partię Kaczyńskiego jako kolejną ekipę „koryciarzy”. Której chciwość przesłania wszystko inne, także instynkt samozachowawczy.


Czy mamy Budapeszt w Warszawie?
Jeżeli prokuratura postawi Markowi Chrzanowskiemu korupcyjne zarzuty, kolejnym jej krokiem powinno być sprawdzenie, czy działał on sam, czy w ramach szerszych działań, na czyjeś polecenie.

Media już zresztą ten drugi wątek podjęły i dyskutują, czy jego działania nie były fragmentem przejmowania państwa przez PiS, tak jak na Węgrzech państwo przejęli Viktor Orbán i jego współpracownicy.

Tego jeszcze nie wiemy, choć gdy pytam prof. Bogdana Góralczyka, czy na Węgrzech taka rozmowa, jaka odbyła się w gabinecie szefa KNF, wywołałaby zdziwienie, słyszę zdecydowaną odpowiedź: „W ogóle nie byłoby tematu. Na Węgrzech podobne afery są na porządku dziennym”. Choć zaraz zastrzega: „U nas są tylko drobne odpryski tego, co dzieje się na Węgrzech. Nie powiedziałbym, że Budapeszt idzie do Warszawy”.

OK. Możemy się zgodzić z tezą, że Budapeszt do Warszawy jeszcze nie dotarł. Ale warto wiedzieć, czym nam grozi.

System węgierski opisał Bálint Magyar w książce „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”. Ujawnił w niej, jak krok po kroku ten system powstawał.

Działo się to w dwojaki sposób. Firmy związane z Fideszem, partią Viktora Orbána, były uprzywilejowane przez aparat państwa, inne były albo przejmowane, albo spychane na margines.

„Nasz system wyróżniają centralnie zarządzane skoki na prywatne przedsiębiorstwa. Polegają one na tym, że ludzie władzy wywłaszczają za pomocą narzędzi publicznych nielojalnych lub niezależnych przedsiębiorców, zaś łupy dzielą między sobą – wyjaśnia Magyar. – W ten sposób Orbán przejął media, a ich niezależne resztki wypchnął na margines, wypchnął z Węgier Uniwersytet Środkowoeuropejski, kontroluje samorządy, akademię nauk, sądy.

„Jak się nie jest ułożonym z partią, trzeba sobie radzić samemu. Nie masz szans w przetargach, zamówienia publiczne cię ominą, nie dostaniesz reklam, musisz radzić sobie sam” – tłumaczy ten system prof. Góralczyk.

A jak się jest ułożonym?

„Premier Orbán formalnie nie ma majątku. Ma natomiast piątkę dzieci i zięcia – mówił w jednym z wywiadów dla PRZEGLĄDU prof. Góralczyk. – Ten zięć, István Tiborcz, ma 30 lat i już wszedł do piętnastki najbogatszych Węgrów. Głośna była sprawa Rachel, córki Orbána, a żony Tiborcza, która skończyła najbardziej elitarną szkołę hotelarstwa w Szwajcarii. I, jak policzono, płaciła za tę szkołę więcej, niż Viktor Orbán zarabia jako premier. A jak ją zapytano, skąd ma na to pieniądze, odpowiedziała, że jest niezależna. Bo ma męża, który jest jednym z najbogatszych Węgrów i wygrywa kolejne przetargi państwowe”.

Najsłynniejszym oligarchą związanym z Orbánem jest Lőrincz Mészáros, wójt gminy Felcsút, miejscowości, w której Orbán się wychował. Dziś Felcsút kwitnie – zbudowano tu stadion piłkarski i cały futbolowy kompleks, mecze rozgrywa klub pierwszoligowy, odbudowano kolejkę wąskotorową. A Mészáros? Magyar uważa go za „słupa” Orbána. „Wcześniej montował instalacje gazowe, dziś jest wójtem Felcsút i piątym najbogatszym człowiekiem na Węgrzech (ostatnie dane mówią, że już trzecim – przyp. RW). W 2010 r. miał na koncie 25 tys. euro, dzisiaj jego fortuna to 400 mln euro. Ma też 120 firm zarejestrowanych na swoje nazwisko. Tajemnicą poliszynela jest, że to nie jest jego mienie” – pisze Magyar.

Podaje też inny sposób zdobywania majątku: „Przykładowo Węgry mają długoterminowe porozumienie na zakup gazu z Rosji w stałej cenie. W wyniku fluktuacji na rynku gazowym Zachód dysponuje tańszym gazem niż ten kupowany przez Węgry od Rosji. Dlatego jeden z bliskich Orbánowi »słupów« założył firmę, która kupuje rosyjski gaz taniej w Europie Zachodniej i transportuje go, korzystając z państwowego gazociągu. Państwo płaci przedsiębiorstwu wyższą cenę – tę ustaloną z Rosją. I tak firma zarabia 180 mln euro rocznie. Już od pięciu lat. Nie byłoby to możliwe bez zgody Orbána – głównego patrona. Ani bez Ministerstwa Spraw Zagranicznych, nadzorującego handel zagraniczny, ani Ministerstwa Gospodarki, któremu podlega sektor energetyczny”.

A jeśli ktoś nie należy do układu?

Tu przestrogą niech będzie los Lajosa Simicski, kolegi Orbána jeszcze z liceum i z wojska. Simicska położył podwaliny pod majątek Fideszu. Przez lata uważany był za głównego skarbnika tej partii. To on stworzył mechanizm pompowania państwowych pieniędzy w prywatne przedsięwzięcia. Wygrywał państwowe przetargi, został właścicielem gazety „Magyar Nemzet”, portalu internetowego i stacji radiowej. Ale skłócił się z Orbánem i zaczął popierać partię Jobbik. Po wiosennych wyborach, w których Fidesz zdobył konstytucyjną większość w parlamencie, Simicska przyznał się do porażki. Odsprzedał za nieduże pieniądze swoje medialne imperium ludziom Orbána i wycofał się z życia publicznego.


Fot. Jacek Domiński/REPORTER

Wydanie: 47/2018

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. sienik
    sienik 19 listopada, 2018, 19:34

    To nie jest zwykła, kolejna, chciwa ekipa. Pazerność tego rządu i bezczelność w dojeniu państwa daleko przekracza wszystko co było po 1989 roku.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Starsza
    Starsza 19 listopada, 2018, 21:06

    A lata 50-te gdy rozkułaczono rolników aby ziemia w latach 80-90 była przejmowana przez proboszcza?

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy