Kredytowa bomba tyka

Kredytowa bomba tyka

Zaciągnięcie kredytu w Polsce, zwłaszcza mieszkaniowego, obciążone jest ekstremalnym ryzykiem

A było tak pięknie. Między majem 2020 r. a wrześniem 2021 r. stopy procentowe Narodowego Banku Polskiego osiągnęły historyczne minima. To przełożyło się na rekordowo niskie oprocentowanie kredytów hipotecznych. Polacy masowo ruszyli do banków po pieniądze na zakup działek, domów i mieszkań. Ceny nieruchomości rosły równie szybko jak kolejki w działach kredytów hipotecznych. Deweloperzy zacierali ręce, sprzedając mieszkania na pniu. Nawet te, których jeszcze nie wybudowano. Proces ten wspierały kampanie reklamowe zachęcające Polaków, by brali, ile tylko można, i spełniali swoje marzenia.

Rok 2021 okazał się rekordowy. Banki udzieliły 256 tys. nowych kredytów mieszkaniowych na kwotę ponad 86 mld zł. Mamy dziś w Polsce ponad 2,5 mln takich umów. A zadłużenie rodaków tylko z tego tytułu sięgnęło ponad 500 mld zł. I jest to prawdziwa bomba z opóźnionym zapłonem, której zegar właśnie zaczął tykać. Może się okazać, że wielu z tych, którzy zadłużyli się po szyję, nie będzie w stanie spłacić kredytu lub kredytów.

Pojawiają się pierwsze pomysły, jak rozwiązać problem. Choćby poprzez zamrożenie wskaźnika WIBOR albo ograniczenie marży banków. Obawiam się jednak, że nic z tego nie będzie. Pozycja sektora bankowego w relacjach ze światem polityki jest zbyt silna. System został tak skonstruowany, że nawet najgorszy bank nie może upaść, by nie wzbudzać paniki wśród klientów.

Nie ma też znaczenia, czy kraj dotyka spowolnienie gospodarcze albo jakaś inna klęska. Szacunki mówią, że w tym roku polski sektor bankowy osiągnie zysk ok. 20 mld zł. A przecież za naszą granicą toczy się wojna. Mogą szukać u nas schronienia kolejne miliony uchodźców. Inflacja nie zwalnia. Ale banki będą nadal zarabiały jak gdyby nigdy nic.

Nowi frankowicze, choć bez franków

Kłopoty kredytobiorców zaczęły się pod koniec ubiegłego roku wraz z gwałtownym wzrostem inflacji i kolejnymi decyzjami Rady Polityki Pieniężnej o podniesieniu referencyjnej stopy procentowej, która wynosi dziś 4,5%. To nie wszystko. Inflacja w marcu wyniosła 11% i nikt nie wie, jaka będzie pod koniec roku. Nie brakuje opinii, że jeszcze w tym roku RPP podniesie referencyjną stopę procentową do 7%, a nawet 8%, co dla osób, które zaciągnęły kredyty, gdy ich oprocentowanie było bardzo niskie, oznacza mordercze podwyżki miesięcznych rat. Pojawił się strach o przyszłość.

Nic dziwnego, że ostatnio w mediach społecznościowych zaroiło się od takich wpisów: „Kredyt na zakup domu wzięliśmy w listopadzie 2021 r. Od tego czasu raty wzrosły z 2 tys. do 3,5 tys. zł, a już można przeczytać, że trzeba przygotować się na drugie tyle. Do 4 tys. pewnie moglibyśmy płacić, lecz więcej nie damy rady. Przyjdzie sprzedać dom i z rodziną znajdziemy się na bruku”.

„Mam kredyt zaciągnięty na 30 lat w wysokości 498 300 zł. Miesięczna rata to dziś 2,8 tys. zł. Pod koniec maja nastąpi aktualizacja i rata wzrośnie do 3,3 tys. zł. Nie biorąc pod uwagę tego, co się wydarzy na posiedzeniu RPP na początku maja br. Co dalej?”.

„Wziąłem kredyt mieszkaniowy w PKO PB. Początkowo miesięczna rata wynosiła 3,6 tys. zł. Dziś to już 6 tys., a pod koniec roku będzie pewnie więcej. Co mam zrobić?”.

Szacunki mówią, że obecnie liczba zagrożonych kredytów to od 6,4% do 7% wszystkich, w tym kredytów hipotecznych, które dotychczas spłacane są regularnie. Problemy z ich spłatą dotyczą zaledwie 3% kredytobiorców.

Ponad 90% zaciągających kredyty hipoteczne zdecydowało się zawrzeć umowy, w których zapisano, że oprocentowanie będzie zmienne. Wydawało się to korzystnym rozwiązaniem, gdy stopy procentowe były niskie. Lecz dziś sytuacja zaczyna przypominać tę, w jakiej w przeszłości znaleźli się frankowicze. Raty gwałtownie idą w górę i nie wiadomo, kiedy ten proces się zakończy. Osoby, które nie mogą liczyć na podwyżki płac albo, co gorsza, mają problemy z pracą, już zaczęły zaciskać pasa. Przyjdzie im zapomnieć o wyjazdach na wczasy w kraju lub za granicę. Wypad do restauracji, teatru, kina, kawiarni stanie się luksusem. Muszą zrezygnować z zakupów nowych ubrań, butów, elektroniki itp. W końcu zaczną oszczędzać na żywności i lekach. Prawdziwe kłopoty jednak pojawiają się, gdy człowiek staje przed dylematem: czy zapłacić rachunki za światło, gaz i mieszkanie, czy spłacić kolejną ratę kredytu.

Łatwo wtedy wpaść w spiralę zadłużenia, sięgając po kolejne chwilówki i pożyczki jeszcze bardziej morderczo oprocentowane.

Prognozy są złe. Za wschodnią granicą trwa wojna, Polska jest krajem frontowym i jeśli sytuacja gospodarcza się pogorszy, problemy kredytowe mogą mieć setki tysięcy ludzi.

Gwoli sprawiedliwości trzeba podkreślić, że banki, oferując kredyty hipoteczne, od pewnego czasu proponowały klientom raty o stałym oprocentowaniu, które dziś są korzystniejszym rozwiązaniem. Tyle że ci na swoje nieszczęście wybierali oprocentowanie zmienne. A ponieważ od chwili ogłoszenia przez Radę Polityki Pieniężnej podwyżek stóp procentowych do podniesienia rat kredytów musi zgodnie z prawem upłynąć trochę czasu, prawdziwa skala problemów ujawni się dopiero w drugiej połowie roku.

Jak powiedział w wywiadzie dla Radia TOK FM wiceprezes Banku Pekao SA Leszek Skiba: „Sektor bankowy widzi, że nie ma problemu ze spłatą kredytów, a gdyby takie się pojawiły, to warto skorzystać z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców. Wynagrodzenia rosną na poziomie może lekko przekraczającym inflację, średnią w gospodarce. Ale jednak. Czyli tak naprawdę w większości przypadków ta rata rośnie silnie, na pewno wpływa na budżet domowy, na pewno powoduje obniżenie wydatków na inne rzeczy, ale nie powoduje jeszcze, że gospodarstwa domowe stają przed jakimś dramatycznym dylematem”.

Nie sądzę, by prezes Skiba uspokoił tych, którzy zastanawiają się, czy starczy im do pierwszego. Oczywiście nie brakuje osób, dla których, nawet jeśli rata kredytu wzrośnie o 100%, nie będzie to wielkim problemem. Lecz wielu innych znajdzie się w rozpaczliwej sytuacji. Mając przy tym świadomość, że to nie ich wina. Wszyscy wiedzą, że Rada Polityki Pieniężnej, by zdusić inflację, sięgnie po kolejne podwyżki stóp procentowych, co wyhamuje polską gospodarkę. Pojawi się też silny nacisk na wzrost wynagrodzeń i, rzecz jasna, na wzrost cen. W efekcie czekają nas problemy społeczne.

Ich zapowiedzią są dane Komendy Głównej Policji. W pierwszych pięciu miesiącach ubiegłego roku odnotowano niemal 20-procentowy wzrost liczby prób samobójczych – z 4,8 tys. w roku 2020 do 5,7 tys. w roku 2021. Jednym z ich głównych powodów były problemy finansowe.

W przeszłości media nieraz opisywały frankowiczów, którzy targnęli się na życie. Dziś większa liczba takich zdarzeń wśród osób mających problemy finansowe nikogo nie obchodzi. Pandemia COVID-19 i wojna w Ukrainie oswoiły nas ze śmiercią.

A może upadłość konsumencka?

Bankom bardzo zależy na zyskach, ale i na utrzymaniu reputacji solidnych, godnych zaufania instytucji, które działają w interesie swoich akcjonariuszy i klientów. Dlatego ich przedstawiciele wskazują możliwość szerszego skorzystania z prowadzonego przez Bank Gospodarstwa Krajowego Funduszu Wsparcia Kredytobiorców. Obecnie zgromadzona na nim kwota to ok. 600 mln zł. Fundusz jest przeznaczony dla osób, które zmuszone są wydawać na obsługę zaciągniętego kredytu ponad 50% dochodów osiąganych przez gospodarstwo domowe. By otrzymać wsparcie, należy spełnić jeszcze kilka dodatkowych warunków, co sprawia, że na te pieniądze mogą liczyć jedynie osoby znajdujące się w bardzo trudnej sytuacji. Przy czym maksymalna kwota, którą otrzyma kredytobiorca, nie może być wyższa niż 2 tys. zł, a okres trwania pomocy to 36 miesięcy. W tym czasie Fundusz Wsparcia Kredytobiorców będzie przelewał na rachunek bankowy przyznane nam środki, co może znacząco obniżyć wysokość płaconych przez nas rat.

Po upływie dwóch lat od wpłacenia ostatniej raty wsparcia z funduszu rozpoczyna się zwrot owych środków, które zostają podzielone na 140 równych rat. Jeśli terminowo spłacimy 100 rat, pozostała część zadłużenia zostanie umorzona.

Mniej korzystnym rozwiązaniem jest kredyt konsolidacyjny, adresowany do osób, które obok kredytu hipotecznego muszą jeszcze spłacać kredyt gotówkowy, ratalny, pożyczki pozabankowe, przyznany limit w koncie czy zadłużenie na karcie kredytowej.

Jeśli bank uzna, że klient ma odpowiednią zdolność kredytową, można połączyć wszystkie te zobowiązania w jeden kredyt z niższą ratą. Minusem takiego rozwiązania jest często znaczne wydłużenie się okresu spłaty.

Można też podjąć negocjacje z bankiem. Po takie rozwiązanie sięgają osoby, które wpadły w kłopoty, lecz gotowe są spłacić chociaż część zobowiązań. Zwracają się z wnioskiem np. o rozłożenie kredytu na większą liczbę niskich rat lub o umorzenie części odsetek. Bank może przyjąć propozycję, lecz nie musi. Może również przedstawić własne rozwiązanie.

Ostatecznym rozwiązaniem jest ogłoszenie upadłości konsumenckiej, czyli wszczęcie postępowania sądowego, którego celem jest oddłużenie i nowy start osoby fizycznej, która stała się niewypłacalna i tonie w długach.

Upadłość konsumencka oznacza wstrzymanie naliczania odsetek od zaciągniętych zobowiązań, a także działań windykacyjnych. W efekcie zaczynamy życie od nowa, bez majątku. Co w każdym wieku jest poważnym wyzwaniem.

Nadciąga kryzys, lecz sektora bankowego on nie dotyczy

W nadchodzących latach przyjdzie nam się zmierzyć z najpoważniejszym od dekad kryzysem gospodarczym. Pandemia COVID-19 zdemolowała światową gospodarkę, a wojna w Ukrainie jeszcze pogorszy sytuację. Inflacja w Europie i Stanach Zjednoczonych przybiera na sile, rwą się więzi kooperacyjne i handlowe. Jeśli Unia Europejska wprowadzi embargo na rosyjską ropę naftową i gaz ziemny, ceny niemal wszystkiego znacząco wzrosną. Oznacza to oczywiście wzrost kosztów obsługi zaciągniętych kredytów, w tym mieszkaniowych.

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że ponad pół miliona osób zaciągnęło kredyty mieszkaniowe w latach 2020-2021 na kwotę ponad 106 mld zł. Jest też licząca ponad 2,5 mln osób grupa, która obok kredytów hipotecznych spłaca kredyty gotówkowe, ratalne i z kart kredytowych. Wielu z tych ludzi, jeśli nie wzrosną im dochody, znajdzie się w bardzo trudnej sytuacji. Rzecz w tym, że nie sposób dziś oszacować, jak wielka będzie skala problemu. Ekonomiści, dziennikarze i politycy wiedzą, że to może się zdarzyć, i szukają rozwiązań. Jednym z nich jest zgłoszony przez Lewicę pomysł zamrożenia stawki WIBOR, która ma wpływ na wysokość raty kredytu. Podobne rozwiązanie zaproponował na Węgrzech w trakcie kampanii wyborczej premier Viktor Orbán.

Większość ekonomistów odniosła się do tego krytycznie. Prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński uznał, że byłaby to niedopuszczalna ingerencja w prywatne stosunki prawne. Sławomir Dudek z Forum Obywatelskiego Rozwoju wskazywał, że kiedy stawka WIBOR zostałaby zamrożona, nastąpiłby gwałtowny wzrost kosztów obsługi kredytów. Negatywnie wypowiedział się na ten temat również były premier i były prezes NBP prof. Marek Belka, który nazwał to, oraz inne koncepcje opozycji, jak walczyć z inflacją, „pomysłami z piekła rodem”. I radził, by zwrócono się do banków komercyjnych o zwiększenie wkładów na Fundusz Wsparcia Kredytobiorców. „Do tej pory popyt na pożyczki z tego funduszu był minimalny. Teraz pewnie będzie rósł”, ocenił były szef rządu. Jego zdaniem to rozwiązanie byłoby też korzystne dla sektora bankowego.

Z kręgów rządowych wypłynęła informacja, że jednym z rozważanych sposobów obniżenia kosztów kredytów mieszkaniowych byłoby obcięcie marży bankowej, która jest na stałe zapisana w umowach kredytowych. I ten pomysł spotkał się z krytyką, jako niedopuszczalna ingerencja w relacje między bankami a ich klientami. Dlatego sądzę, że ze spłatą kredytów hipotecznych i innych zaciągniętych w ostatnich latach będzie jak z frankowiczami – ludzie pokrzyczą, pohałasują, politycy udzielą kilku wywiadów… i nic się nie zmieni. Trzeba będzie zacisnąć pasa i płacić.

Fot. Forum

Wydanie: 18/2022

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy