Kryminały z życia wzięte

Kryminały z życia wzięte

Chodzimy po świecie, podsłuchujemy, podglądamy. Nigdy nie wiesz, kiedy znajdziesz się w powieści


Katarzyna Bonda – pisarka, autorka m.in. cyklu kryminałów z psychologiem śledczym Hubertem Meyerem oraz tetralogii z profilerką Saszą Załuską.


Zacznijmy od ulubionego tematu ludzi kultury, czyli od pieniędzy. W przeciwieństwie do większości osób piszących ty zarobiłaś na twórczości literackiej całkiem dobrze.

Ile już zarobiłaś na pisaniu?
– Zarabiam wystarczająco, by spokojnie utrzymać rodzinę. Czytelnicy kupili ponad 3 mln moich książek, a nie tysiące. Biorąc pod uwagę, że żyję z tantiem, są to tak satysfakcjonujące kwoty, że nie śniłabym o nich, pozostając w zawodzie reporterki, nawet gdybym była naczelną przodującego tytułu. Nigdy nie ukrywałam, że znajduję się wśród szczęśliwców, którzy mogą tylko pisać, bez posiłkowania się etatem lub braniem dodatkowych zleceń, ale to dla mnie miły efekt uboczny tej pracy. Zaszczytne potwierdzenie, że czytelnicy chcą wciąż zainwestować własny czas, serce i pieniądze w moje opowieści. To jest dla mnie nobilitacja. I nie zmieniło się to od lat, możesz być pewny, starczy spojrzeć na listy bestsellerów. Celem jednak nigdy nie były i nie są pieniądze. One jedynie pozwalają mi na wolność twórczą, co sobie chwalę.

W końcu twoje książki wydawane są w 16 krajach i ekranizowane.
– Fakt, że zagraniczni wydawcy wciąż interesują się polską autorką, jest dla mnie wielkim wyróżnieniem. Pieniądze oczywiście są z tego inne, bo w walucie. To dla mnie głównie dowód, że moje opowieści są zrozumiałe na całym globie, bo sprzedałam prawa do tłumaczeń na tak odległe terytoria jak np. Korea.

Nie masz już dość tej pracy? Nie myślałaś o pisarskiej emeryturze albo innym zajęciu? Może prowadzenie siedliska na Podlasiu, restauracji, agencji kreatywnej?
– Dlaczego miałabym mieć dość? Spełniam się w tym, daje mi to frajdę i splendor. Moja praca zapewnia mi wszystkie możliwe rozrywki i wyzwania. Wciąż mam poczucie, że jeszcze wiele mogę się nauczyć i mnóstwo wyzwań przede mną, a nie za mną. Odkąd usprawniłam system pracy i zbudowałam sobie przestrzeń osobistą, by pisać więcej i regularnie wydawać, jestem jeszcze szczęśliwsza niż do tej pory. Kluczem okazały się jak zwykle dyscyplina i otwarcie na nowe rzeczy. To, co czytelnicy uważali za moją dotychczasową pieczęć autorską, w pewnym momencie wyrzuciłam do kosza i zmodyfikowałam modus operandi.

Co cię szczególnie fascynuje w tym zawodzie?
– Uwielbiam w nim to, że on nigdy się nie kończy, a im jestem starsza, tym jest ciekawiej. Bluźniłabym, gdybym zaczęła narzekać, a prowadzenie agencji kreatywnej wydaje mi się arcynudne, do tego trzeba chodzić na pasku klientów. Siedlisko na Podlasiu odpada, bo jestem dziewczyną typowo miastową. Wolę szpilki, a nie kalosze. Zresztą nie jest to zgodne z moją niepodległą naturą. Pisanie to nie tylko siedzenie przy komputerze. To przygoda, zarówno w sensie duchowym, jak i rzeczywistym. Wciąż dokumentuję, sprawdzam, odwiedzam różnorakich ekspertów i czytam akta. Mam ciekawsze życie niż kiedyś, gdy pracowałam w mediach i dziennie przesłuchiwałam tabuny ludzi.

Jesteś autorką spełnioną, już dawno byłaś nazywana królową kryminału. Gdy myśleliśmy, że znudził ci się ten gatunek, wracasz do niego serią z Jakubem Sobieskim. Skąd pomysły na kolejne serie i książki?
– Z obserwacji otaczających mnie ludzi, wydarzeń, wiadomości, anegdot, wreszcie z akt spraw kryminalnych. Słowem, każda moja książka bierze początek z życia. Uwielbiam to, że każda historia zaczyna się od drobnego, pozornie mało istotnego elementu, a w czasie zapisu urasta do tematu szerszego, społecznego. Dużo jest w tym opowieści o rodzinie, psychologii naszej polskości i przepracowywania społecznych traum, których nie mają już jak przetrawić media, bo internet wyrugował pogłębienie i namysł, za sprawą naturalnej szybkości. Jakub Sobieski pojawił się znienacka, kiedy zaplanowałam „O włos”, czyli historię seryjnego sprawcy zabójstw na prostytutkach. Żaden śledczy w strukturach nie mógłby realnie przeprowadzić takiego dochodzenia, nawet Meyer, który nieustannie przekracza granice, więc stworzyłam nowego bohatera wiodącego – detektywa funkcjonującego poza systemem, który nie musi działać pod przykrywką i zgodnie z literą prawa. Jeśli jest się blisko historii, ona sama pisarza niesie, nie wolno przeszkadzać postaciom się rozwijać. Idę od lat tym tropem. I nie zamierzam ustawać.

Nie chciałabyś się spróbować w innych gatunkach? Masz w portfolio chociażby reportaż „Polskie morderczynie”. Czy fikcja jest ciekawsza niż non-fiction?
– Mam serię bazującą na sprawach z prawdziwych akt kryminalnych. Wszystko, o czym przeczytasz w „Miłość leczy rany”, „Miłość czyni dobrym”, jest prawdziwe. Spoiwem jest fabuła, by tej opowieści nie zapisywać sucho, lecz jak dobrą, wielowątkową powieść. Tutaj ważna jest dokumentacja, umiejętne patrzenie na prawdziwe dokumenty spraw i czytanie między wierszami intencji bohaterów, bo najciekawsze jest to, czego ludzie nie zeznają, co chcą ukryć. Nie, nie zarzekam się, że zawsze będę pisała tylko o Hubercie Meyerze, Saszy Załuskiej albo Kubie Sobieskim. Zawsze jednak będę się starała odkrywać sekrety i poszukiwać prawdy. Uważam, że tego oczekują ode mnie moi czytelnicy. Wybór gatunku to jedynie forma dla tematu, jaki biorę na warsztat, a nie moja świadoma decyzja, że teraz będzie kryminał, powieść czy może książka dokumentalna.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 53/2022, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Łukasz Dziewic

Wydanie: 53/2022

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy